
Wśród pisarzy dominują dwa przeciwstawne typy osobowości. Po pierwsze są ci, którzy poza wybitnymi umiejętnościami literackimi mają także wybitne umiejętności społeczne, czyli są duszami towarzystwa, lwami salonowymi. Do takiego portretu psychologicznego należy przypisać choćby Capote'a, Bukowskiego, Joyca, a z naszego podwórka Gombrowicza, Tuwima i przede wszystkim Witkacego. Właściwie wydawałoby się, że to naturalna droga dla pisarza, wszak jeśli ktoś potrafi interesująco pisać, to powinien być także interesującym rozmówcą, osobowością. Jednakże nie mniejsza grupa pisarzy to ci, którzy hodują swoją prozę na własnych neurozach i obsesjach, skrzywieniach psychicznych i introwertycznych sekcjach, czy nawet upośledzeniu emocjonalnym lub moralnym. Kafka, Miłosz, Jelinek, Beckett, Camus, Świetlicki czy Masłowska, żeby wymienić tylko kilka nazwisk autorów, którzy mniej lub bardziej nieskutecznie zmagali się ze światem, co było zarazem kołem zamachowym ich literatury. Do tego typu pisarzy należał także Bruno Schulz, i jak pokazują badania, nigdy nie stałby się wybitnym pisarzem gdyby był bardziej - wybaczcie bezpośredniość - normalny.
Wiesław Budzyński w "Schulzu pod kluczem" podkreśla, że Bruno bał się ludzi, był chorobliwie nieśmiały, a gdy nastawały dni wolne od pracy (święta, wakacje) godzinami nie wychodził ze swojego pokoju; w podobnym tonie o pisarzu wypowiada się Gombrowicz w swoich dziennikach. Nie dziwi zatem, że Schulz miał problemy w kontaktach z otoczeniem ; przede wszystkim z kobietami i najbliższą rodziną. To wszystko objawy defektu osobowościowego, jaki był udziałem Schulza, i który był tyleż przekleństwem jeśli chodzi o jego życie prywatne, co dawał mu wyjątkowy handicap przy tworzeniu fikcji. Wszystko wyjaśni się, gdy przyjrzyjmy się temu, co wyróżnia jego prozę.
Bruno Schulz już jako dziecko budował sobie mechanizmy obronne w postaci fortecy swojej wyobraźni i poetyzowania mizernej rzeczywistości. Ostetecznie podstawowe elementy
charakteryzujące jego prozę poetycką - deformacje rzeczywistości, umitycznianie świata, wpływ nastrojów na formalny kształt świata zewnętrznego - wywodzą się ściśle z postawy, którą można by (a raczej należy) określić dziecięcą: niezgoda na rzeczywistość, ucieczka w marzenia, nierzadko nielogiczność i nieracjonalność. Owszem, proza Schulza wsparta jest na psychologii Junga, współczesnej socjologii i filozofii, jednak już na przykład oniryczność jego poetyckiego języka także czerpie pełnymi garściami z dziecięcych rojeń i majaków. Ponadto, jak zauważa Halina Kasjaniuk, karłowatość mężczyzn w prozie pisarza, w tym postaci "o twarzy Schulza", wskazuje na niedojrzałość duchową autora, a także na obecność w psychice artysty archetypu wiecznego chłopca, Piotrusia Pana, który nie umie dorosnąć. W obliczu powyższego nie dziwi fakt, że autor "Sklepów cynamonowych" tak często odwoływał się do symboliki dzieciństwa i dziecinnego postrzegania świata.
Badacze stawiają sprawę jasno: Schulz emocjonalnie pozostał dzieckiem, i to rujnowało mu życie osobiste, lecz jego twórczość zyskiwała przez to unikalny wymiar - była światem postrzeganym oczyma dziecka, ale z perspektywy dorosłego. Pełnym dziecęcej ciekawości i magii, ale zderzanej z dojrzałymi problemami, które prywatnie pisarza nierzadko przerastały. Kraina dzieciństwa była być może jedynym miejscem, w którym czuł się bezpiecznie i swojo, i dlatego tak często skrywał się w niej za pośrednictwem fikcji.
Szczególnie, że delikatnie mówiąc nie żył w najszczęśliwszych czasach. Trudno nie uciekać od rzeczywistości, gdy jest ona pełna upiorów wojny - w jego rodzinnym Drohobyczu najpierw terror siali sowieci, a później naziści, którzy zafundowali mu piekło getta. Zofia Nałkowska, najważniejsza protektorka i zarazem przyjaciółka pisarza, próbowała za pomocą swoich kontaktów wydostać Brunona z Drohobycza i przewieźć go do Warszawy. Niestety, 19 listopada 1942r, na jeden dzień przed planowaną akcją ucieczki z miasta, Schulz został zastrzelony w ramach tzw "dzikiej akcji" gestapowców, mordujących Żydów na ulicy w odwecie za postrzelenie jednego z Niemców; pisarz prawdopodobnie szedł wtedy po zapasy chleba na drogę. Jego ciało cały dzień leżało na ulicy, gdyż nie pozwolono go pochować. Tak brutalny świat dopadł go wreszcie, ale jego fantastyczne literackie światy stanowią inspirację i schronienie dla kolejnych pokoleń czytelników.
Więcej o prozie Bruno Schulza w piątek w Akedemii Pisania. W środę w (pop)kulturalnie natomiast o słynnej ekranizacji "Ulicy Krokodyli", za sprawą której Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone odkryły twórczość pisarza.
Grafika: Bruno Schulz "Undula idzie w noc" z cyklu "XIĘGA BAŁWOCHWALCZA" 1920 - 1922, technika cliche-verre.