liczba publikacji: 3
liczba punktów: 31

Ogrody Deszczu (rozdział pierwszy)

Rozdział I

Gorący kubek z kawą przyjemnie rozgrzewał dłonie Ady, kiedy uśmiechając się do zapłakanej szyby, wsłuchana w nierówny rytm przejeżdżających samochodów – gdyż niemal każdy dźwięk układał się w jej głowie w urzekającą melodię – spoglądała poprzez szklaną zasłonę ze zmarszczką w kąciku ust, na rozkołysane gałęzie drzew, podczas gdy jej odbicie, jakby obrażone na brak zainteresowania ze strony swej pani, zdawało się rozmywać w finezyjnej kompozycji wody i światłocienia. Nostalgiczne staccato ciężkich kropel deszczu niczym pochód żołnierzy w dniu defilady, rozbrzmiewał za oknem i mieszając się z pluskiem wody w zardzewiałej rynnie docierał do jej uszu jakby z oddalenia. Nie byłoby przesady w twierdzeniu, iż w tej ulotnej chwili, sam na sam z myślami płynącymi rwącym strumieniem, czuła się oderwaną od świata cząstką pramaterii, łódeczką ze skorupy kokosu ciśniętą w bezmiar oceanu w poszukiwaniu chwil dawno straconych, za to otulona marzeniami niczym grubym szalem. Była jedną z tych wolno sunących ku ziemi kropel, tęsknotą nieba do dawno zapomnianych krain.

Stary dom z dzieciństwa, skrzypiący pomnik dziejów, wojen, smutku oraz chwil szczęścia, narodzin i ślubów państwa Tamarczyk, pojawił się w jej myślach nagle i z rzadką jak dotąd wyrazistością, zupełnie jak gdyby pragnął jej o czymś przypomnieć, coś uświadomić.

Zamknęła więc oczy i dała się porwać niesionym na wietrze pamięci, kruchym liściom dziecięcych wspomnień. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Leżała w łóżku. Był letni wieczór a potem noc; duszna od gorąca nagrzanych za dnia murów. Wysokie aż pod sufit okna przypominały w wyobraźni bramy do równoległych światów, gdzie lody waniliowo-czekoladowe zjada się na śniadanie i nikt nie przerywa zabawy, gdy ta w najlepsze się rozkręca; jedną z wielu krain zapamiętanych z bajek, z piosenek na dobranoc, które nuciła zniżonym, sennym głosem, jej matka. A na tych oknach, zakrywające odpryski farby z przegniłych framug, utkane jakby ze mgły, długie firany. Wpatrzona w ich mieniącą się na tle mroku biel, odblask wędrującego po niebie księżyca, ze zdumieniem i zauroczeniem, które poczuć może tylko małe dziecko, towarzyszyła baśniowym postaciom w ich równym marszu, grając na flecie i wiwatując w radosnym pląsie życia. Tak bowiem, zasypiała każdej nocy.

Dziś noce są znacznie dłuższe i zimniejsze. Piękne chwile zapamiętane z dawnych lat już nie chronią Ady przed porywistym wiatrem życia, co najwyżej służą jej jako skąpy kaptur, licha to jednak zasłona przed rozbudzonym szkwałem. Nie ma też przy niej ciepłych ramion matki, w które wtuliłaby się najchętniej. Skulona przed burzą, przemierza dzień po dniu szare ulice miasta a cienie ludzi z rzadka docierają do jej świadomości, tak niewiele poświęca im uwagi. Czasami odwiedza Park Chorzowski, właściwie tylko latem, bo i cieplej, i bezpieczniej, ale też dlatego, że ponad wszystko kocha zieleń i brąz otaczającej ją natury, a w śpiewie ptaków mogłaby utonąć. I choć wie, że gdzieś tam, może tuż za rogiem, otaczają ją z każdej strony osoby skłonne wedrzeć się do jej serca i wyrwać zeń nadzieję, mocno trzyma w zaciśniętej dłoni iskierkę światła, którą przekazała jej matula zanim przyszedł jej czas. Wierzyła, że jej moc wyzwoli ją któregoś dnia od bezbarwnego życia i pozwoli odnaleźć właściwą ścieżkę. Bez niej trudno by było znieść kolejne dni, a co dopiero całe lata...

Pamięć przyniosła jej także na myśl wspomnienie leśnej chałupy, którą raz jeden widziała dawno temu, a która niczym stu kilowa kotwica zakorzeniła się w duszy Ady i co noc przyzywała do siebie. To właśnie takie obrazy, tych istniejących i tych zmyślonych miejsc, od dziecka układały się w jej głowie w wielobarwną mozaikę, przez co nie wiedząc kiedy i po co, sięgnęła po pędzel. A gdy przelewała na płótno myśli i uczucia wezbrane niczym wody rzeki, uzmysłowiła sobie, że niczego bardziej nie pragnie, jak oddać się bez reszty malarstwu, podług niego układając kolejne dni swego życia.

Gdy pięć lat temu opuściła mury katowickiego ASP od nadmiaru pomysłów nie przespała siedmiu nocy z rzędu. Matka śmiała się z niej po cichu, przezywała gejzerem gotowym eksplodować nagle jeśli nie zrobi sobie choćby tygodnia przerwy. Nie chciała jednak odpoczywać, rozdrabniać się, tracić z oczu cel, który dodawał jej sił. Wciąż gnała do przodu. Umawiała się ze znajomymi na coraz to dłuższe spotkania snując wokół industrialne inspiracje z lekką nutką romantycznego idealizmu, co dawało zabawny obraz jej znerwicowanej osobowości a naiwna wiara, że świat można zmienić jednym uśmiechem, wzbudzała w ludziach radość – bo każdy z nas gdzieś głęboko skrywa duszę dziecka – na przemian ze złością i ignorancją. Nikt bowiem nie potrafił z równą łatwością zjednywać sobie tak przyjaciół, jak i wrogów.

Zaczarowany spektakl młodzieńczego życia, jak nazywała ów stan dobra znajoma mamy, pani Podgórska, krępa kobiecina o srebrnych włosach splątanych w warkocz i kwiecistej podomce, rozkwitł zaledwie po to, aby dać się pochłonąć potężnej i nieczułej biurokracji. Zresztą, mogła się założyć, że i o tym wiedziała staruszka, kiedy po raz pierwszy zwierzyła jej się ze swych planów. Miała takie małe marzenie, aby otworzyć Galerię Sztuki, w której dwa zjednoczone światy: świat abstrakcji oraz luźne miejsce spotkań młodych, ambitnych ludzi, spędzających czas przy filiżance kawy, tworzyłyby nieszablonową rzeczywistość, gdzie puste ściany zapełniałyby się obrazami duszy wypalonymi w celuloidzie czy na szkle, ugniatając ciężką, niepoddającą się ludzkiej woli, metalową materię z odzysku.

Czasem jednak, fantazja przerasta obiektywny świat, przeskakuje przezeń niczym niesforna kozica i na nic się tu zda uczonego szkiełko zamiast oka. Tak właśnie było z Adą. Pogubiła się nieco. Ale najgorszy w tym wszystkim był brak pieniędzy.

Jak się później okazało, jedynym sposobem ich zdobycia miało być zaciągnięcie kredytu. I w tym miejscu zamiary spełzły na niczym. Wyjąc z bólu porzuciła je, gdy na drodze stanął jej wysoki pan z działu kredytów, dla którego „niezbyt przejrzysty” biznesplan wydał się za słabą podstawą dla dalszych rozmów. Po trzecim, czy czwartym banku, który nawiedziła swą skromną osobą, za to z niewyparzonym językiem, uświadomiła sobie, że jej ambitne zamierzenie umarło śmiercią naturalną zanim poczuła jego smak. Ludzie, od których zależało - jednym podpisem, krótkim machnięciem pióra, niczym brzytwą po jej delikatnej skórze - najzwyczajniej w świecie nie dorośli, aby dzielić wraz z nią radość i nadzieję, a co dopiero tak ważny w początkowej fazie procesu twórczego – kapitał.

* * *

 

To właśnie wtedy przyszło pierwsze załamanie. Patrząc na ulicę w smudze deszczu, przypomniała sobie jego smak i ból. Pierwsze łzy i wyrzuty skierowane ku nieczułemu systemowi, i swojej własnej bezsilności, niczym zaprawa wzmocniły ją od środka. Czuła jednak, że w taki czy w inny sposób, uśmierciły jakąś cząstkę jej samej, tę, o której istnieniu być może nie zdawała sobie nawet sprawy.

Byłam wtedy taka głupia – myślała z żalem. Zamiast cieszyć się kolejnym dniem, odetchnąć i w spokoju zastanowić nad celowością swego losu, nad tym co się już osiągnęło; zasiąść przy wspólnym stole, choć tak lichym, gdyż dzieliła go tylko z matką i od czasu do czasu z panią Podgórską, której odwiedziny stały się dla nich niemal rytuałem, pochłonięta nieodgadnionym dla reszty porywem serca nie wyczuła zbliżającej się katastrofy. A dane jej były znaki. Dlaczego ich nie dostrzegła? Często bowiem wydaje się nam, że możemy uchwycić czujnym okiem przeszkody, które pod nogi rzuca nam los i w porę złapać je w niby sieć pajęczą, by nad nimi zapanować. Tymczasem ślepi i głusi brniemy przed siebie niezdolni wyczuć zagrożenia, ale czy można nas za to winić?

Choroba mamy, która spadła na nią nagle jak letnia burza z gradem, należała do takich przeszkód. Bez znaczenia był fakt, że sama nią dotknięta, dostrzegała w tym jasne strony. Wiadomość o ciężkim stanie matuli w jednej chwili pogrążyła Adę w bolesnej stagnacji, zamknęła ją w czterech ścianach domu a później szpitala. Nic już nie miało znaczenia. Patrząc na dogasające życie mamy w mig pojęła jaką była egoistką. Na przekór łzom, błaganiom, zaklinaniu nieba i ziemi, aby nie odbierały jej ostatniej ukochanej osoby na świecie, czas płynął nieubłaganie a wraz z nim kurczyło się jej życie, aż w końcu zdało się maleńkim naparstkiem na najmniejszym palcu, pyłkiem zaledwie, nic nieznaczącym epizodem. Nawet lekarze zwiesili bezradnie ręce i ze słowami rezygnacji odesłali do miejskiego hospicjum.

Zapadł wyrok. Nowotwór w zaawansowanym stadium, nieoperacyjny. Odtąd liczyły się już tylko godziny. Niektórzy ludzie odchodzą miesiącami, inni nawet po wielu latach. Ale nie jej mama. Nie mogła więc w tych ostatnich chwilach, pozostawić ją w zimnych ścianach umieralni, jak niechcianego psa przed wakacjami. Zabrała ją do domu, codziennie pielęgnowała najlepiej jak potrafiła, spędzała przy jej łóżku wiele godzin, a gdy zmęczenie ścinało ją z nóg, na chwilę zasypiała w fotelu, pozostawiając strudzone oblicze matki uwadze pani Podgórskiej, ufna, że obudzi ją w razie czego.

Nim przyszedł ostatni dzień, minęły kolejne dwa tygodnie. Krucha nadzieja, jak suchy liść na porywistym wietrze, odchodziła z wolna ku lepszym czasom. Jeśli pragniecie je znaleźć wystarczy sięgnąć po ulubione zdjęcie, w ostatecznym rozrachunku pozostaje po nas tylko on.

Dlatego też siedząc na parapecie, zapatrzyła się jak zwykle gdzieś daleko przed siebie, błądząc myślami po usłanych kolcami ścieżkach pamięci. A gdy tak siedziała w bezruchu a unosząca się ku górze para z kawy roztaczała wokoło południowo-amerykański aromat, zdała sobie sprawę z nieskończonej pracy, która ją czekała.  Spojrzała zniechęconym wzrokiem na stos zaległych broszur i kserokopii leżących na małym stoliczku w kącie pokoju i przeszedł ją dreszcz, ale tylko na chwilę. Wiszący na ścianie noworoczny kalendarz, z datą 2000, połyskujący śnieżno-białą scenerią Tatr oraz widok zza okna, całkowicie przeciwny typowemu wyobrażeniu zimy, zbiegł się w jej myślach z gorącym pragnieniem, aby uciec choćby na drugi koniec świata, na Hawaje albo do Nowej Zelandii i zapomnieć o wszystkich tych większych i mniejszych problemach dnia codziennego a zwłaszcza przed wspomnieniami. W domu niemal każda rzecz, przypominała jej mamę. Przestała więc spędzać w nim czas. To zrozumiałe. Korzystając z dobroci pani Podgórskiej, zamieszkała na pięterku jej domu przy ulicy Floriańskiej i tam też, w oszklonej oranżerii, pośród papug i kanarków oraz wielobarwnych ziół i kwiatów umieściła swoją pracownię malarską. W zamian za pomoc przy zwierzętach oraz podlewanie roślin, mogła do woli spędzać w niej czas, pomiędzy pracą a trzecią w nocy, gdyż wtedy to starsza pani udawała się na spoczynek. Nie miała więc prawa narzekać, zwłaszcza że zawsze marzyła o takim prostym życiu, nakierowanym na spokój i ciszę. Dodatkowym plusem były też ich wspólne posiłki, długie rozmowy przy lampce wina oraz nagromadzona przez lata wiedza staruszki na temat ziół i leczenia. Komuś innemu, wydałoby się to wszystko próżnym kręceniem się wokół własnego ogona, jakby życie nie miało większego znaczenia i toczyło się gdzieś daleko stąd, poza nami, jednak Ada znalazła w nim swego rodzaju szczęście i póki co, nie zamierzała je zamieniać na nic innego. Krótkie chwile spędzone poza domem na Floriańskiej, w ogóle się nie liczyły. Także teraz, pomimo awersji do papierkowej pracy, zdawała sobie sprawę, że kiedy pierwsze zmęczenie odejdzie precz, powróci trzeźwość myślenia i wrodzona spolegliwość, dzięki której jak zawsze wywiąże się z wszelkich zobowiązań. Taką bowiem miała naturę, sumienną i konsekwentną. A praca, którą otrzymała dzięki dobremu sercu pana kierownika, a mianowicie w administracji zakładu zajmującego się dystrybucją leków, nie nastręczała jej większych zmartwień. Musiała tylko w niej być i wykonywać proste zadania, głównie przepisując dokumenty, wprowadzając gotowe dane i archiwizując je w katalogu. Wówczas to, zasiadała do pracy, by nim zegar wybije szesnastą, a palce dłoni zesztywnieją nad klawiaturą komputera, odnieść swój dzienny urobek szefowi i pójść do domu. Dzisiejszego dnia, zostały jej tylko trzy godziny pracy. Natomiast prawdziwe życie, to pośród farb i pędzli niczym stały ląd, jej własna bezpieczna przystań, do której jakże miło powracać z wygnania, czekało na nią w utęsknieniu gdzieś za horyzontem, skupione z całych sił by przeczekać huragan, ten nie znający wytchnienia sztorm ludzkich emocji, nieustający wyścig szczurów. Z czegoś jednak trzeba było żyć, czyż nie? I choć czas wielkich nadziei gdzieś się zapodział, niczym chmury na niebie odpłynął ku rozległym polom, Ada pragnęła wierzyć, że któregoś dnia jak płomień, który choć migoce, nigdy nie gaśnie,  powróci  do niej a wraz z nim otworzy się niebo. Dlatego też każdego ranka, nawet w tak zapłakany i szary jak dziś, spoglądała za okno wypatrując jego śladu.

* * *

Nie zauważyła nawet, gdy przez uchylone drzwi od korytarza, cichutko niczym skradająca się myszka, zajrzała do niej znajoma z sekretariatu. Ewa była wysoką brunetką o dość charakterystycznej urodzie, lekko zadartym nosku, piwnych oczach i szerokim uśmiechu, którym zarażała niemal każdą napotkaną na swej drodze osobę. Zapewne wzbudzała zazdrość u niektórych kobiet, domyślała się Ada, miała bowiem ten rzadki dar przemiany szarej codzienności w mieniący się barwami tęczy karnawał. Była jej przeciwieństwem. 

- Ty jeszcze tu siedzisz? – wykrzyknęła na jej widok Ewa. Posłała jej przy tym od progu jedno z wielu zdziwionych spojrzeń, które zdążyła dopracować niemal do perfekcji, bawiąc się od rana do wieczora kolorowymi długopisami czy z rzadka – dla odmiany – odbierając telefon.

- Co? – Ada wybąkała wyrwana z zamyślenia, prawie wylewając na siebie gorącą kawę. 

- Rany boskie, znowu się zagapiłaś w okno – koleżanka prychnęła z oburzeniem i wśliznęła do pokoju zamykając ostrożnie drzwi za sobą. – Jak to ciele w malowane wrota! Mówię ci skończ z tym albo szefostwo skończy z tobą, to niezdrowe. 

- Ale ja nic nie robię – Ada wzdrygnęła się i po raz pierwszy spojrzała na rozkrzyczaną brunetkę, dziś wyjątkowo w długim i zmechaconym swetrze koloru indygo.

- No właśnie o tym mówię... Która godzina?  Nie powinnaś już iść do domu?

- Przecież jeszcze nie pora... - próbowała zaoponować, ale jak zwykle wyszło jej to marnie. 

- Słucham? – Ewa wbiła w nią wzrok i na ułamek sekundy zamarła, lecz zaraz zwróciła się w stronę zegara, który jak gdyby nigdy nic spokojnie odmierzał kolejne minuty trzynastej. Z wrażenia nieomal przysiadła na stole, który zagracony aktówkami, przypominał raczej sztab dowodzenia kryzysowego aniżeli uporządkowane miejsce pracy.  - A niech to! - zakrzyknęła w przypływie emocji Ewa. - Ile razy ci mówiłam, żebyś wreszcie nastawiła ten przeklęty zegar? Przecież już dawno po szesnastej...

- Czas nie płynie w taki sposób – obruszyła się Ada powoli schodząc na ziemię, dosłownie i w przenośni.

- To znaczy w jaki? Myślisz, że dla ciebie specjalnie zwalnia? - zdębiały wyraz twarzy kobiety mówił sam za siebie. – Chyba mi nie powiesz, że ostatnie trzy godziny przesiedziałaś bezczynnie na parapecie? Czy ty naprawdę nie masz nic lepszego do roboty? Wyleją cię w końcu a z taką głową, coś szczerze wątpię że szybko znajdziesz inną pracę. 

- No cóż... - Ada popatrzyła z zażenowaniem na stos leżących dokumentów, którymi planowała się dzisiaj zająć. Nie miała jednak na to ani ochoty, ani wystarczająco dużo sił. Po raz kolejny spasowała. 

- Matko i córko! - brunetka zbliżyła się do Ady i z troską na twarzy pomogła jej pozbierać się do kupy. Nie było to proste, gdyż poruszała się niczym mucha w smole. 

- Nie wiem co się ze mną dzieje – Ada powiedziała bardziej do siebie, jednak czuła ulgę, że to właśnie Ewa wyciągnęła ją z tego zamroczenia. Rozejrzała się po tonącym w półmroku pokoju, po ciężkich szafkach, na których gąszcz teczek i szpargałów oraz zielonych roślinek tworzył senną całość i samej sobie nie mogła się nadziwić, w jak ciemną i głęboką studnię popadła dzięki swej wybujałej wyobraźni... A może to coś więcej? Ponoć odsetek zachorowań na depresję u ludzi w jej wieku rośnie z każdym rokiem. Na chwilę, przestała czuć grunt pod nogami a to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.  

- Powinnaś pójść do domu i odpocząć – kontynuowała koleżanka tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Zaraz nastawię ten piekielny zegar, bo jeszcze jutro spotka cię ta sama historia. Z ciebie jest niezły numer, wiesz? 

- Masz rację – odparła ciężko, przecierając twarz ręką, jakby ścierała zeń resztki koszmarnego snu, nijak tylko nie potrafiła go sobie przypomnieć, gdyż ostatnie minuty, a może godziny, zdały jej się raczej spokojnym snem, spacerem po zielonej łące, po żwirkiem wysypanej ścieżce, tak dobrze jej było. Ubrała się z wolna w wiszący dotąd na wieszaku płaszcz, z krzesła ściągnęła torebkę i gdy upewniła się, że o niczym nie zapomniała, pozwoliła wyprowadzić się Ewie z pokoju. To ona również zamknęła drzwi na klucz i włożyła go do jej ręki.

- Masz szczęście, że cię lubię i nie zamierzam zbijać kariery na twoich potknięciach.

- Dalej, śmiało... Nie mam nic przeciwko – Ada posłała jej cierpki uśmiech.

- Mam nadzieję – Ewa mówiła dalej, przewiązując przez szyję ciepły, bawełniany szal w kolorze głębokiego fioletu – nadzieję wprawdzie nieśmiałą, że przestaniesz wreszcie bujać w obłokach i weźmiesz się do pracy. Nie zawsze będę w pobliżu by cię ubezpieczać. Zrozumiałaś? Dotarło?

Schodząc po schodach do podziemnego garażu, gdzie Ewa zaparkowała swoje czerwone Tico, brunetka paplała jak najęta, na co Ada odpowiadała tylko uśmiechem oraz nieśmiałym potakiwaniem. Nie miała ochoty przerywać koleżance. W zasadzie nic ją nie obchodziły jej sercowe sprawy, ale skoro Ewa była tak miła i podwoziła ją codziennie po pracy do domu, to z jakiej racji miałaby się jej nie odwdzięczyć.

Do jej uszu dolatywały strzępki słów, wyrwane z kontekstu opisy miejsc i zdarzeń, równie odległych dla zamyślonej Ady niczym najdalszy księżyc Saturna. Raz tylko spojrzała uważniej na rozemocjonowaną narratorkę, wydawać by się mogło porywającej historii rodem z Hollywood, a mianowicie gdy padło z jej ust niezwykłe imię. Odkąd sięgała pamięcią, zawsze fascynowały ją rzadkie imiona a jeszcze bardziej ich etymologiczne pochodzenie.

 - Jak ma na imię? Bo chyba nie dosłyszałam – przerwała Ewie zatrzymując się prawie, na co roześmiana koleżanka, z aż nadto widocznym błyskiem w oku, jak podczas wysokiej gorączki, wyrzuciła z siebie jednym tchem:

- Emanuel!

- Ciekawe imię – odrzekła po zastanowieniu. Gdzieś już je słyszała, wprawdzie nie przypominała sobie żadnego kolegi o takim imieniu, nawet z czasów studiów, jednak dziwne uczucie pozostało i nie dawało spokoju. Było niczym zadra wokół paznokcia; uporczywe i zdumiewająco bolesne. Były już prawie na miejscu. Ciemny hall parkingu był zimny i przesadnie cichy. Ada poczuła ulgę, że nie musi przemierzać go sama. 

- Najciekawsze w nim jest jednak to, że sam prezes kłania mu się w pas. Musi być grubą rybą, a co za uśmiech! Żałuj, że go nie widziałaś, takiego mężczyzny się nie zapomina! - Ewa trajkotała jak najęta. Ada nie specjalnie przepadała za amantami, a takie mniej więcej wyrobiła sobie wstępne zdanie o nowym chłopaku Ewy. Byleby jej nie skrzywdził, to wszystko, co miała na względzie.

* * *

Tico Ewy stało zaparkowane pośrodku długiego rzędu aut. Wciśnięte pomiędzy beżowe Audi oraz zielonego Volkswagena, zdawało się broczyć krwią. Po raz kolejny przypomniała sobie, za co go nie lubi. Ścisk i duchota panująca w środku zawsze doprowadzały ją do szału, zwłaszcza wtedy, kiedy jadąc w spódnicy, ocierała swoje kościste kolana o tylne siedzenie. Nie przepadała za jazdą z przodu. Dziś jednak, postanowiła zrobić wyjątek i gdy tylko Ewa odblokowała drzwi, usiadła wygodnie obok niej i pospiesznie zapięła pasy.

- Zmiany zawsze wychodzą na dobre – skomentowała Ewa i przekręciła klucz w stacyjce. Potem włączyła klimatyzację i w ułamku sekundy auto wypełniło się zapachem kwitnącego bzu. To był ulubiony zapach wiecznie uśmiechniętej brunetki. Ada też go lubiła, aczkolwiek nie kojarzył jej się ze szczęściem. W mgnieniu oka wyjechały z ciemnej krypty, jaką wydawała się szeroka przestrzeń z betonu i sunąc pod górę przemknęły zakolem prowadzącym do bramy wyjazdowej. W takich miejscach Ada nieodmiennie odczuwała klaustrofobię. Wąska uliczka przywitała ich sznurem samochodów powracających do domu.

- Ale kocioł! Cholera, myślałam że zdążę! – Ewa skrzywiła się na widok niekończącej się  linii pojazdów. Żaden najwyraźniej nie zamierzał ustąpić im miejsca. – No to sobie postoimy - westchnęła. Skulona nad kierownicą obracała głowę to w jedną, to w drugą stronę a korek jak stał, tak stał.  Ada pomyślała o pani Aldonie siedzącej w samotności na bujanym fotelu tuż koło okna. Pewnie słucha jedną ze starych płyt, może Sarę Voughn i popija herbatę z rumem? Zapewne czeka na jej powrót, jak zawsze zresztą, bo od śmierci mamy nie ma nikogo bliskiego. Gdzieś z tyłu dobiega  do niej śpiew kanarków i wróbli, które na dobre zadomowiły się w jej wiecznie otwartej oranżerii. Tymczasem płyną minuty i jak tak dalej pójdzie najbliższe pół godziny spędzą wpatrzone w sznur pojazdów, nieczułych maszyn wiozących jakże cenny skarb. Ludzi wracających do domu, do kochających rodzin stęsknionych ich widoku. Z drugiej strony nigdy nie wiadomo, co przyniesie los. Może właśnie w tej chwili wszechświat układa dla nas plan życia i każda minuta zdaje się cenniejsza od złota? Czy gdyby wysiadła z samochodu tu gdzie stoją i najzwyczajniej ruszyła do domu na piechotę, nie zburzyłaby jakiegoś misternego planu? Ale skąd ma wiedzieć, że ów plan będzie dla niej dobry?

- Ooo! - krzyknęła nagle Ewa przyprawiając Adę niemal o zawał. – Nareszcie się ruszyło – powiedziała z ulgą, po czym nacisnęła pedał gazu. Jakimś nadludzkim sposobem wcisnęła swój mały samochodzik między kawalkadę ospałych metalowych żuczków i tak, raz wolniej, raz szybciej, opuściły  poniewczasie zakorkowaną Pszczyńską i udały się w stronę Placu Piastów.

- Zaraz będziemy pod twoim domem – obiecała uśmiechając się od ucha do ucha Ewa. Kolejny powód do radości – pomyślała Ada zazdroszcząc w duchu tego niegasnącego od lat optymizmu. Nie zawsze tak było.

* * *

Zaledwie pięć lat temu, kiedy zatrudniła się w Medico, poznała Ewę od nie najlepszej strony. Kobieta rozstała się właśnie z narzeczonym, gdy ten dowiedział się o jej ciąży. Rozżalona na cały świat, z początku jawiła jej się jako rozkapryszona dziewczynka z bogatego domu, próżna i fałszywa. Zmieniła o niej zdanie dopiero miesiąc później, kiedy spadł na Ewę kolejny cios. Poroniła. Któregoś dnia, idąc jak zwykle do pracy znalazła udręczoną brunetkę w toalecie, gdzie ta usiłowała podciąć sobie żyły. Jeszcze nigdy wcześniej nie dostrzegła w oczach człowieka tak wielkiego smutku. Od tamtej pory ich losy splotły się ze sobą. Dramatyczne przeżycia Ewy zachowała tylko dla siebie i gdy minął rok podjęła decyzję za nie obie. Namówiła koleżankę na adopcję. Była pewna, że ta iskierka szczęścia zwróci jej nadzieję i przemieni w lepszą osobę. Tak też się stało i była za to wdzięczna bogu, przeznaczeniu, dobrym wróżkom albo całemu Wszechświatowi. Choć ten jeden raz skorygował swój błąd. Dzięki cudownemu splotowi okoliczności, uratowała życie dwojgu ludzi. Ewie, bez której praca w nudnym biurze okazałaby się udręką oraz małej Mako, ośmioletniej dziś pół-Azjatce, którą rodzona matka porzuciła na dworcu centralnym w Katowicach w drodze na Zachód. Mogła być pewna ich szczerej i wiecznej przyjaźni aż po grób.

- To miło z twojej strony, że nadkładasz dla mnie drogi – zauważyła uroczyście.

 - Żartujesz sobie? To drobiazg, my kobiety musimy sobie pomagać – odparła Ewa rumieniąc się przy tym.       - Frazesy. Znam ludzi, większość nie jest tak skora do pomocy. Na szczęście mam ciebie – odparła szczerze – znając siebie, pewnie bym pomyliła autobusy a nie uśmiecha mi się przechadzka po Łabędach o tej porze.       

Skręciły w ulicę Piwną. Niegdyś mieściła się tu dobrze prosperująca huta, tuż obok przychodnia, dla maluchów, do której sama chodziła, gdy zachorowała. Na gofry z marmoladą w małej budce, zabierał ją tata, zanim rodzice się rozwiedli, do dziś wspomina ich smak z rozmarzeniem. Po obu stronach drogi niczym strażnicy na warcie rosły smukłe topole. W porównaniu z Pszczyńską, zaludnioną do granic możliwości, wyludniony odcinek drogi przed wiaduktem, wydał się Adzie niemalże surrealistycznym żartem.        Ewa milczała. Być może i w niej obudziło się zmęczenie po całym dniu pracy. Jednakowoż jej milczenie, brak komentarza a także próżnia, która rozpostarła swe ciężkie skrzydła nad ulicą, były czymś dziwnym. 

Miała zamiar zapytać o to wprost, lecz nagłe uczucie chłodu, przeszyło ją od karku aż po koniuszki stóp, odwróciło jej uwagę i kazało spojrzeć przed siebie, tam gdzie ciemny wylot tunelu rozwierał się przed maską samochodu. Jeszcze chwila a ogarniająca wszystko czerń pochłonie małe autko bez reszty i nawet mdławo żółte światła nie przebiją się na drugą stronę.        Niewypowiedziane słowa zamarły na jej ustach, w myślach natomiast zadawała sobie pytanie: Co się dzieje?

Wówczas to, nim zdążyła zaczerpnąć tchu a pojazd wjechał w tunel, jakaś zbita, bezkształtna masa spadła z impetem na maskę wykrzywiając ją groteskowo a rozczapierzone jej krawędzie odchyliła ku górze w kształt zwijającego się pąka kwiatu. Krzyk Ewy zlał się z jej własnym. Dostrzegła twarz koleżanki pobladłą niczym oblicze upiora i jak bezwolnie wypuszcza z rąk kierownicę bo nie miało już żadnego znaczenia czy ktoś prowadzi. Siła uderzenia podźwignęła bowiem tylną część Tico ku górze i nim się zorientowały, cisnęła z całym impetem na jezdnię. Po czym dachowały. Jeszcze tylko przez chwilę słyszała trzask pękających szyb, odgłos rozsypującego się po drodze szkła oraz nieprzyjemny, lekko mdły zapach rozchodzący się wokoło.

       To benzyna! - pomyślała z lękiem i zemdlała.

Cd...

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 437  |  Dodano: 2010-06-16 14:10  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Akordy
poezja 2017-09-20 15:55
Pasja
poezja 2017-09-17 23:23
-3-
poezja 2017-09-17 22:28
Akordy
poezja | 2017-09-20 15:55
beatum
Pasja
poezja | 2017-09-17 23:23
beatum
-3-
poezja | 2017-09-17 22:28
www
MARZENIA
poezja | 2017-09-14 10:05
beatum
Siła
poezja | 2017-09-13 23:06
beatum
pokaż wszystkie »
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com