
Charles Baudelaire – poeta przeklęty. Etykietka, którą przyklejono mu ku uciesze mieszczańskich przeciętniaków, dla których szybko stał się towarem, produktem zawłaszczonym przez rodzący się w jego czasach nowoczesny kapitalizm. Połowa XIX wieku był to bowiem początek nowoczesnego świata, świata takiego, jaki znamy współcześnie. Po romantycznej rewolucji, podczas której poeta rzucił wyzwanie skostniałym strukturom społecznym, obraził gust i smak konserwatywnej klasy panujących intelektualistów, ale która to rewolucja mimo wszystko utrzymała w mocy obowiązek wzniosłości, patosu i dominacji szlachetnego tematu w literaturze, przyszedł czas na kolejny krok. Krok Baudlelaire’a polegał przede wszystkim na zanurzeniu się w paskudztwie rzeczywistości. Od jego czasu literatura tarza się w błocie ludzkiej potworności. Taka koniunktura.
Połowa XIX wieku to także bujny rozwój wielkonakładowych gazet codziennych. Powstawało wtedy także współcześnie znane nam dziennikarstwo. Rodziły się nowoczesne mechanizmy rynkowe – prawo popytu i podaży wpływało również na żurnalistykę. Wydawcy odkryli zasadę, wedle której największą poczytnością cieszą się opisy skandali, okrucieństwa, wynaturzeń, perwersji, ludzkiego upadku. Codzienne gazety rozpisywały się więc o wszelkiego typu wstrząsających ludzkich przypadkach. A takich w dziewiętnastowiecznej rzeczywistości nie brakowało. Wystarczy przeczytać powieści Dickensa, Dumasa, Dostojewskiego. W bujnie rozwijających się dzięki wyzyskowi miastach (pamiętajmy, że ten etap rozwoju gospodarczego, to obok rewolucji przemysłowej, także czas tzw. czarnego kapitalizmu), gdzie obok zapierających dech w piersiach pałaców, ludzie umierali z głodu, chorób i wycieńczenia, nędza była wszechobecna. Występek, zbrodnia; miasta roiły się od dzieciobójczyń, prostytutek, trucicieli, nożowników (chociażby słynny Kuba Rozpruwacz, działający w ówczesnym Londynie). Doniesienia prasowe elektryzowały opinię publiczną. Zapewniały odpowiednią poczytność i sukces finansowy.
Poeci również wyciągnęli z praw rynkowych odpowiednie wnioski. Narodził się nowy sposób docierania do odbiorcy – szok. Kiedy Baudelaire opublikował swoją Padlinę, krytycy i czytelnicy byli zgodni. To był skandal. Skandal okazał się jednak gwarantem sukcesu. Bo nie ważne co, ważne, żeby mówiono. W ten sposób udało się poecie to, co jego poprzednikom tylko się marzyło: trafił niemalże pod strzechy. A przynajmniej w ręce szerokiego grona zbulwersowanej, ale czytającej z rumieńcem podniecenia mieszczańskiej (czyli wtedy ekonomicznie najistotniejszej) publiczności.
Wiersz Padlinożercy mhorowskiego jest bezpośrednim nawiązaniem do wyżej wspomnianego hitu sprzed półtora wieku. Aluzja jest bardzo mocno wyeksponowana zarówno w tytule jak i samej treści. Francuski poeta zostaje przywołany z nazwiska, następuje ukłon w stronę jego talentu i monumentalnej twórczości, po czym podmiot liryczny przechodzi do zupełnie innego tematu. Zjadliwie i celnie wymierza policzek armii epigonów, pogrobowców tematu i stylu zmarłego poety:
„na paryskim cmentarzu uczta trwa od dawna
a goście znacznie bardziej wybredni niż sępy
obrastają w piórka jedząc dobre mięso
nie zawsze świeże - to prawda - ale wciąż pożywne”
Liczni naśladowcy żerują na literackich zwłokach, na geniuszu wybitnym, ale już od dawna martwym. Widzą w nim sprawdzony przepis na sukces – mroczny erotyzm, obrzydliwość i obrazy wywołujące uczucie wstrętu. Do tego opowiedziane językiem będącym kompromisem między dosadnością, a tym, co przeciętny zjadacz literackiego chleba rozpoznaje jako styl poetycki. Nic więc dziwnego, że wciąż znajdują się nowi amatorzy łatwego skandalu. Są więc jak robactwo z oryginalnego utworu Baudelaire’a:
„Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra
I z wnętrza larw czarne zastępy
Wypełzały ściekając z wolna jak ciecz gęsta
Na te rojące się strzępy”
Poeta stał się ofiarą własnej taktyki – jak zauważa podmiot liryczny, przewidział jednak swój koniec. Miał już bowiem, różniącą go od poprzedników, świadomość praw rynkowych. Wiedział, że robactwo zejdzie za nim do grobu i będzie drążyło, wyżerało, pasożytowało na nim, zamieniając jego ciało (ale także – symbolicznie – twórczość) w masę bezkształtnej zgnilizny. Larwy bowiem doprowadzają do rozpadu mięsa, produkują swoje jady, produkty przemiany materii. Literackie ekskrementy. Tak, tak właśnie trzeba by nazwać to zjawisko, ciągnąc dalej, w pełni konsekwentnie, tę metaforę.
„ten mroczny proceder uważam po prostu
za iście barbarzyński no bo jak tak można
umarłym język wyrywać”
Strategia polegająca na „wyrywaniu języka umarłego poety” jest, według podmiotu, barbarzyństwem. Cały wiersz zbudowany jest zresztą zdecydowanie w celu wywołania obrazu obrzydliwej nekrofilsko-kanibalistycznej orgii, której dopuszczają się poetyckie sępy na zwłokach bezbronnego już poety. Przedostatnia strofa jednak tłumaczy wiele: „nie powinni wyjeżdżać stąd głodni/ bo do częstochowy z montparnasse daleko”. Opisywany w utworze gatunek poetów, to rodzaj specyficzny, żywiący się językami, konwencjami, stylistyką. Jego główną cechą jest padlinożerstwo, które z definicji wymaga elementów martwych, statycznych, pozbawionych żywotności, co pozwala na wślizgnięcie się w nie pasożytom. Stąd wybór pada na leżakujących już odpowiedni czas pod ziemią klasyków (w przypadku Baudelaire’a oczywiście w sensie kanonu literackiego, nie nurtu) lub zupełnie martwej sztampy, jak w przypadku rymów częstochowskich.
Literatura przestaje powstawać z rzeczywistości lub nawet z uczciwej poetyckiej imaginacji. Staje się wytworem przemiany materii w obrębie martwych dzieł literackich. A pamiętajmy o tym, że genialność zwrotu estetycznego w XIX wieku polegała właśnie na czerpaniu z rzeczywistości pełnymi garściami, na odwróceniu się od idealizacji. Natomiast wyekstrahowana z literatury rzeczywistość współczesnego wiersza przestaje być autentyczna, czego przeczucie być może miał już Baudelaire w swojej Padlinie:
„Forma świata stawała się nierzeczywista
Jak szkic, co przestał nęcić
Na płótnie zapomnianym i który artysta
Kończy już tylko z pamięci”.
Literatura staje się trupim jadem zatruwającym świadomość młodych, niedoświadczonych twórców, którzy odurzeni nią, nie potrafią wznieść się ponad pasożytnictwo. Zajęci podróżowaniem po utartych literackich szlakach, przeszukując rowy w poszukiwaniu padliny, nie patrzą w niebo. Stracili kontakt z rzeczywistością. Przestali nawet silić się na oryginalność. Wolą odcinać kupony od sprawdzonych literackich pomysłów.
Przykład Baudelaire’a jest oczywiście tylko przykładem – każdy niemalże poeta ma swoich naśladowców, epigonów, swoje pasożyty, które nie pozwalają mu na święty pośmiertny spokój, wciąż przeżuwając jego własne pomysły jego własnym językiem. Tworzą w ten sposób coraz bardziej bezkształtną, popkulturową papkę, którą to papką będą się żywiły kolejne pokolenia poetów. I w końcu ci poeci, w wyniku ewolucji, stracą zupełnie zęby, rodzić się będą bez języków. Zdolni będą już jedynie do połykania. „Ale tak się nie godzi!”. Pozwolę sobie wzmocnić wydźwięk tej puenty wykrzyknikiem. Bracia poeci! Szanujmy się! – tak wydaje się mówić podmiot liryczny, którego podejrzewam o tożsamość z autorem.
Bo w przeciwnym razie na drodze literackiego rozwoju, albo – jak zdaje się sugerować utwór – na drodze literackiego regresu, postmodernistyczna idea wchłaniania i zawłaszczania sobie przez sztukę wszystkich elementów rzeczywistości, wszystkich języków, wszystkich sposobów myślenia, zmutuje. Ta postmodernistyczna idea, która – jak deklarował kiedyś Derrida – zakłada, że wszystko jest tekstem, że wszystko może zostać zacytowane, przywłaszczone i przetworzone w kolejną odsłonę tej samej, już nie tyle fizycznej, co intertekstualnej rzeczywistości (czyli złożonej z wielu połączonych ze sobą, wzajemnie na siebie wpływających elementów innych tekstów: czyli książek, filmów, sytuacji życiowych, przekazów medialnych – bo wszystko jest tekstem), stanie się już niedługo padliną. Nowy filozof powie być może: wszystko jest padliną. Może posunie się nawet dalej. Kierowany nienową przecież, jak pisałem wcześniej, pokusą wywołania skandalu, powie: wszystko jest gównem! I być może będzie miał rację.
photo by Félix Nadar
* Ch. Baudelaire, Wesoły zmarły [w:] Kwiaty Zła.
Przewlekłe tygodnie i inne obroty w wierszach Wioletty GrzegorzewskiejAnalizy 2011-12-02 12:36 | Przepis na pedałaAnalizy 2011-05-10 09:14 | Piotr Łuszcz z literackiej stronyAnalizy 2011-04-19 13:46 |