AnilG
liczba publikacji: 4
liczba punktów: 52

rak nieborak

\n // --> SCENA I
Typowy gabinet lekarski, w którym czuć zapach sterylnych środków do czyszczenia. Przy biurku siedzi przystojny mężczyzna przed czterdziestką (JANUSZ) na krześle naprzeciwko siedzi młoda, dwudziestoczteroletnia kobieta (MARTA).

JANUSZ
[sucho]
Rak.

MARTA
Rak?

JANUSZ
Tak.

Milczenie.

MARTA
Jak to?

JANUSZ
A tak. Rak nieborak.

MARTA
Gdzie mam tego raka?

JANUSZ
W szyjce macicy.

MARTA
[zbulwersowana]
Mojej macicy?!

JANUSZ
[ironicznie]
Nie, w mojej!

Milczenie.

MARTA
[z nadzieją]
A da się go wyleczyć?

JANUSZ
Hm! Spróbujemy. Ale nie daję pani wielkich szans.

MARTA
Dlaczego?!


JANUSZ
A trzeba było tak zwlekać z wizytą?!

MARTA
No...ale...

JANUSZ
No, właśnie!

Milczenie.

MARTA
[łamiącym się głosem]
Ale może...jednak...może jednak uda się wypędzić tego raka?!

JANUSZ
[łagodnieje]
Jak już mówiłem- spróbujemy. W piątek zacznie pani chemioterapię.

MARTA zaczyna płakać.

JANUSZ
Na moje oko, zostało pani około trzy miesiące życia.

MARTA
[płacze, wrzeszczy]
I to mnie miało, kurwa, pocieszyć?!

Krępujące milczenie.

MARTA, nie żegnając się, wychodzi z gabinetu trzaskając drzwiami.

SCENA II
Małe mieszkanie, całe w ciemnościach. W jednym z pokoi siedzi MARTA i płacze. Trzask drzwi. Do mieszkania wchodzi dwudziestoośmioletni mężczyzna (JUREK).

JUREK
Kotku, jestem!

Cisza.

JUREK
Kooootkuuuu!

JUREK wchodzi po kolei do każdego z pokoi. W końcu natrafia na MARTĘ.


JUREK
Martusia! Dlaczego płaczesz, co się stało?

MARTA
Rak.

JUREK
Co?

MARTA
Rak nieborak. Przyszedł i wpełzł do mojej macicy.

JUREK milczy.

MARTA
Mój kochany ginekolog uważa, że zostały mi trzy miesiące życia.

JUREK
Trzy...?

MARTA
Od piątku zaczynam chemioterapię.

JUREK milczy. Wolno obejmuje MARTĘ.

MARTA
Kurwa. Kurwa, kurwa mać.

JUREK
Ciiicho, ciichoo.

MARTA
Będziesz przy mnie, kiedy będę umierać? Będziesz?

JUREK
Nie myśl o tym.

MARTA
Nie! Pytam- będziesz?

JUREK
Martuś...oczywiście.


TYDZIEŃ PÓŹNIEJ


SCENA III
To samo mieszkanie. Lekko zabałaganione. Wściekła MARTA właśnie weszła do mieszkania.
Kiedy tylko zamyka drzwi, sięga po komórkę.

MARTA
[wściekła]
Jurek?! Gdzie ty, do cholery, jesteś?! Miałeś odebrać mnie z chemii!

JUREK
[cicho]
Martuś...wybacz.

MARTA
Co?

JUREK
Właśnie wprowadziłem się do Iwony.

Milczenie.

MARTA
Co?! Kurwa, do jakiej Iwony?!

JUREK
Wziąłem swoje rzeczy i pojechałem. Planowaliśmy to już od jakiegoś czasu...Po resztę rzeczy wpadnę jutro. Klucze zostawiłem na półce obok łóżka.

MARTA
Ty gnoju! Zwyczajnie uciekłeś! Nie potrafiłeś powiedzieć mi tego w twarz!

JUREK
...uważałem...uważałem, że tak będzie lepiej...

MARTA
Kurwa! Mam gdzieś to, co uważałeś! [próbuje powstrzymać łzy, ale głos się jej łamie] Ty kretynie ostatni, ty draniu, ty skurczybyku cholerny!

JUREK
Marta...

MARTA
A pierdol się, kurczę! Nie potrzebuję cię! W ogóle!

Rozłącza się. Stoi chwilę w milczeniu. Opiera się o drzwi i wolno zsuwa na podłogę.




MARTA
[do siebie]
Zostaliśmy sami. Sami, Raku, wiesz? Samiusieńcy. Nikt nas nie chce.


SCENA IV
Łazienka. MARTA podnosi się znad toalety, gdzie właśnie wymiotowała. Opłukuje twarz w zimnej wodzie z kranu. Patrzy w lustro, zawieszone nad umywalką. Krzywi się. Nagle chwyta z wściekłością swoje włosy, jakby chciała je wyrwać. Ciągnie. W dłoniach zostaje jej spora kępka włosów.

MARTA
[myśli]
No, świetnie! Po prostu lepiej być nie mogło. Rzygam od rana do wieczora i od wieczora do rana i na dodatek wypadają mi włosy. Może to całe leczenie było bez sensu? I tak umrę. Ginekolog nadal nie daje mi wielkich szans. Mogłabym umrzeć z długimi włosami i piękną cerą. Kazałabym zostawić otwartą trumnę, żeby wszyscy mogli patrzeć na mnie, tam, w trumnie i wzdychać: ‘taka piękna, taka młoda! Czy ta śmierć była potrzebna?’. No jasne, że nie potrzebna. Ale Rak, mój Rak ubzdurał sobie, żeby przyjść właśnie do mnie. Krzywdzi mnie tymi swoimi szczypcami i próbuje wykończyć. Dlaczego ta choroba w ogóle nazywa się rak? Co ma wspólnego z tymi morskimi stworzonkami? Widziałam kiedyś raka! Tata pokazywał mi go przecież, kiedy byliśmy dawno temu na wakacjach...Tata...Szkoda, że nie może go być teraz przy mnie. Potrafiłby wesprzeć mnie na duchu. Zawsze to robił. Nieważne, jak wielką chandrę miałam, wystarczyło, że pojawiał się on i nagle zza deszczowych chmur widać było słońce...
Tata. Pierdolony kierowca ciężarówki!
Dawno nie byłam u mamy. Choć te moje wizyty nie mają żadnego sensu. Do niej i tak nic nie dociera. Mam nadzieję, że nigdy nie pokocham kogoś tak mocno, jak ona tatę, choć jednocześnie chciałabym.
Tak, chciałabym. Ale zostały mi trzy miesiące życia. A przynajmniej tak twierdzi doktor Janusz. W trzy miesiące nie zdołam przecież kogoś pokochać.

SCENA V
Gabinet lekarski. JANUSZ pisze coś szybko. Nagle do gabinetu wchodzi MARTA.

MARTA
Dzień dobry.

JANUSZ
Hm, witam.

MARTA milczy. JANUSZ patrzy na nią podejrzliwie.

JANUSZ
Tak? Co panią do mnie sprowadza?

MARTA
Nie pani. Marta jestem.

JANUSZ
Wiem.

Milczenie.

MARTA
Wie pan co, jest pan jedynym normalnym facetem, którego znam.

JANUSZ
Normalnym?

MARTA
No, może nie całkiem. Nikt normalny nie lubuje się chyba w zaglądaniu całymi dniami do często chorych pochew w różnym wieku.

JANUSZ milczy zaskoczony.

MARTA
Ale to tylko moje zdanie. Nigdy nie chciałabym zaglądać nikomu do pochwy.

Milczenie.

MARTA
Ale pan przynajmniej nie jest skurwysynem. Pańska żona musi być z pana dumna.

JANUSZ
Nie mam żony.

Milczenie.

MARTA
Porozmawia pan ze mną?

Przerywa na chwilę, ale nie pozwala powiedzieć czegokolwiek JANUSZOWI, tylko znów zaczyna mówić.

MARTA
Ja przepraszam, ale czuję się taka samotna! Jestem tylko ja i mój rak, mój chłopak wyprowadził się do Iwony. Wie pan, kim jest Iwona? Pewnie nie. Iwona to głupia suka, która była kiedyś moją przyjaciółką. Ale to było dawno. Teraz jest moim najgorszym wrogiem, ale może wszystko jej wybaczę, bo w końcu umieram. Nie mogę odejść z tego świata z nieczystą duszą. Bo wie pan, ja jednak w Boga wierzę. Mimo wszystko. Cały świat działa na zasadzie Boga.

JANUSZ
Była dziś pani na chemii?

MARTA
Tak. Na szczęście wymioty chwilowo ustąpiły, bo, jak pan widzi, jeszcze nie zarzygałam panu biurka.

Milczą. Po chwili MARTA robi się na twarzy jakaś niewyraźna. Kilkanaście sekund później wymiotuje na biurko JANUSZA, zanieczyszczając mu wszystkie papiery oraz dłonie.

SCENA VI
Wewnątrz samochodu, Reno Clio. Prowadzi JANUSZ, MARTA siedzi na miejscu pasażera.

MARTA
Przepraszam, przepraszam!

JANUSZ
Nic się nie stało, spokojnie.

MARTA
Zawracam tylko panu głowę.

JANUSZ
Lepiej będzie, jeśli odwiozę panią do domu.

MARTA
Pani, pani! Dlaczego nie może mówić mi pan zwyczajnie: Marta?

JANUSZ
No dobrze, Marto.

MARTA
Świetnie. Może jednak odda mi pan swój fartuch, zaniosę go do pralni chemicznej...

JANUSZ
Pralni chemicznej?

MARTA
Hm. W amerykańskich filmach nigdy niczego nie piorą w domu, tylko zanoszą do pralni chemicznej. Nie wie pan, dlaczego?


JANUSZ
[rozbawiony]
Może nie mają pralek?

MARTA
Wydaje mi się jednak, że są zbyt leniwi.
JANUSZ
Też jestem leniwy.

MARTA
Może ma pan amerykańskie korzenie?

JANUSZ
Mów mi Janusz [uśmiecha się do MARTY].

MARTA
Super! O, jesteśmy prawie na miejscu. Niech pan skręci i jedzie prosto. Mieszkam w tym niebiesko- żółtym bloku.

SCENA VII
Mieszkanie. Kuchnia. Na stole stoją dwa kieliszki szampana. JANUSZ i MARTA biorą je do ręki.

MARTA
Nigdy nie kupowałam szampana. Prawdę mówiąc, ten prawdziwy jest strasznie drogi. Niedawno stwierdziłam jednak, że i tak umieram, więc tuż przed śmiercią mogę zaznać odrobiny luksusu. Wypiję całą butelkę w dzień mojej śmierci.

JANUSZ
Skąd wiesz, kiedy umrzesz?

MARTA
Myślę, że będę to przeczuwać.

JANUSZ
To może oddam ci swój kieliszek.

MARTA
Nie! Nie. Musimy poznać się jak należy. Jak można znać kogoś bez tradycyjnego bruderszaft!

JANUSZ
Co racja, to racja. A więc, raz jeszcze: Janusz.

MARTA
Marta.

Piją. Odstawiają kieliszki na stół. Milczą. Siadają.


JANUSZ
Ładne mieszkanie.

MARTA
Dzięki. Jego wygląd to duża zasługa mojego byłego. Wyczucia stylu nie można mu odmówić. No i to on dysponował kasą.

JANUSZ
Pracujesz gdzieś?

MARTA
Pracowałam. W sklepie muzycznym. Całkiem przyjemna robota. Całymi dniami z głośników sączy się muzyka. AC/DC, Iron Madein, Metallica...to preferowałyśmy z moją koleżanką. Czasami dla odmiany puszczałyśmy jeden ze współczesnych gniotów, żeby nie odstraszyć klientów. Wieczorami lubiłyśmy słuchać Grechuty i Kaczmarskiego. Zawsze nas odprężali.

JANUSZ
Ciekawie.

MARTA
Tak. Ale zrezygnowałam z niej.

JANUSZ
Dlaczego?

MARTA
I tak za niedługo umrę.

JANUSZ
Ale masz przecież szanse na wyleczenie...

MARTA
Sam gorzko uświadomiłeś mnie, że na twoje oko zostały mi trzy miesiące.

JANUSZ
Ale wiesz przecież, że nie jestem nieomylny. Wierzę, że wyzdrowiejesz.

MARTA
Miła odmiana.

JANUSZ
[rozbawiony]
Hm, dobra, czas uciekać.

MARTA
O, dziewczyna wyznaczyła ci godzinę policyjną?

JANUSZ
Mieszkam sam. Możesz kiedyś do mnie wpaść. Upijemy się na smutno: nienormalny singiel- ginekolog i dziewczyna z rakiem.

MARTA
[rozbawiona]
Dzięki za zaproszenie, z chęcią skorzystam.


DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ


SCENA VIII
Mieszkanie. Stukanie do drzwi. MARTA otwiera. W drzwiach stoi JANUSZ.

MARTA
[ze śmiechem]
To znowu ty?

JANUSZ
A kto by inny!

Mierzą się przez chwilę spojrzeniami i uśmiechają. JANUSZ robi krok do przodu, chcąc wejść, ale MARTA nie rusza się ani o krok. Stoją bardzo blisko siebie, ocierając się o siebie swoimi ciałami. JANUSZ pochyla się i delikatnie całuje MARTĘ. Stoją tak przez dłuższą chwilę, całując się coraz bardziej namiętnie. Nagle MARTA odsuwa się od niego delikatnie.

MARTA
Zostały mi dwa miesiące życia, wiesz o tym?

JANUSZ
Wiem.

MARTA
Co, jeśli zacznie ci na mnie zależeć?! Co zrobisz, gdy umrę?! Krzywdzisz samego siebie!

JANUSZ
Za późno. Już mi na tobie zależy.

Obejmuje ją mocno i całują się.

MARTA
[płaczliwie]
Bóg to partacz! Zbliżającą się śmierć, wynagrodził tobą...



SCENA IX
Dom starców. MARTA idzie wolno schodami. Na włosach ma chustkę, spod niej wystaje jej marna resztka włosów. Niepewnie rozgląda się po korytarzu, w końcu puka do jednego pokoju.
Przy oknie siedzi jej matka. Nawet nie odwraca się, kiedy MARTA wchodzi.

MARTA
Cześć, mamusiu.

Cisza. MARTA siada niedaleko matki i patrzy na nią. Zaczyna mówić.
MARTA
Wiesz, mamusiu, dotknęły mnie dwie sprzeczności: miłość i śmierć. Jeszcze żyję, ale ponoć za miesiąc i jakiś tydzień- czysto teoretycznie- mam zejść z tego świata. Mamusiu, może odejdziemy razem? Byłoby wspaniale, spotkać się tam, na górze, razem, we trójkę. W końcu zobaczyłabym cię taką, jak dawniej.
Ale ty jesteś zbyt silna. Twoje ciało jest zbyt silne. Przecież ty nigdy nie chorowałaś. Pewnie dołączysz do mnie i do taty za dobre kilkadziesiąt lat...
Choć w zaświatach nie będzie tak dobrze, bo nie będzie tam Janusza. Pewnie nie wiesz, kim jest Janusz. Na pewno pamiętasz Jurka, bo spotykałam się z nim jeszcze, gdy tatuś żył. Ale Jurek to skurwysyn. Zwykle krzywiłaś się, gdy przeklinałam. Dziś już się nie skrzywisz. Szkoda.
Mamo, jak to jest kochać, tak silnie, tak na śmierć i życie, tak od początku do końca, sercem, rozumem i każdą komórką ciała?  Mamo, co on będzie czuł, kiedy odejdę?
Boję się jego cierpienia. Boję się, co się z nim stanie po mojej śmierci.
Kocham go mamo. Z każdą minutą coraz silniej.
Nie tyle boję się swojej śmierci, co tego, co on będzie czuł po niej.
Nie chcę go krzywdzić, choć wiem, że to robię, za każdym razem gdy trują mnie w szpitalu, za każdym razem gdy podnoszę głowę z poduszki, a na niej zostaje cały pukiel włosów. Wiem o tym, ale jednocześnie daję mu radość. Daję mu szczęście, bo widzę to w jego oczach. On patrzy na mnie z M I Ł O Ś C I Ą, mamo. Jak jeszcze nigdy inny facet wcześniej! Mamusiu, jestem cholernie szczęśliwa i cholernie smutna jednocześnie. Czy to możliwe?
Chciałabym mieć choćby te dwadzieścia lat, które ty przeżyłaś z tatą, choćby tyle, choć wiem, że nawet tak dugi czas nie ułatwiłby rozłąki. Nie ułatwiłby cierpienia.
Mamo...nawet nie chcę wyobrażać sobie, jak bardzo cierpisz.





MIESIĄC PÓŻNIEJ


SCENA X
Szpital. Na łóżku leży nieprzytomna MARTA. Obok na krzesełku siedzi JANUSZ. Niedaleko drzwi stoi LEKARZ I.

LEKARZ I
Już z nią lepiej. Najgorzej było trzy godziny temu. Nie mogliśmy zbić gorączki.

JANUSZ
Ile ma procent szans na wyzdrowienie?

Chwila milczenia.

LEKARZ I
Trzydzieści, może czterdzieści. Trudno mi to w tej chwili ocenić.

JANUSZ
Tylko tyle?!

LEKARZ I
Dla niektórych to „aż”.

Wychodzi. Po chwili oczy otwiera MARTA.

MARTA
Januszek...

JANUSZ
Nic nie mów, jesteś zmęczona, odpoczywaj.

MARTA
Janusz, przynieś mi szampana...

JANUSZ
Co?

MARTA
Dziś jest dzień mojej śmierci. Przynieś mi szampana.

JANUSZ
Nie, kochanie, nie. Już z tobą lepiej. Wyleczą cię, słyszysz, wyleczą!

MARTA
Czuję to...po prostu czuję. Januszku...przynieś mi tego szampana.

JANUSZ milczy przez chwilę. Zagryza wargi. Bez słowa wybiega i po niedługiej chwili niesie pod kurtką butelkę.

JANUSZ
[dyszy]
Kupiłem w monopolowym niedaleko szpitala...


MARTA
Dzięki. Możesz go otworzyć?

JANUSZ otwiera szampan i leje do plastikowego kubka, stojącego na półce. MARTA podnosi kubek do ust i sączy. Piją go wspólnie, milcząc. Po jakimś czasie JANUSZ zagryzając wargi nalewa do kubka resztki szampana i stawia pustą butelkę na podłodze. Trzyma kubek w drżącej dłoni.

MARTA
Kochanie...

Podaje jej kubek. Moczy w nim usta i patrzy na niego.

MARTA
Przecież wiedziałeś, że tak będzie. Sam mi to powiedziałeś.

JANUSZ
Martuniu...

MARTA
[uśmiechając się]
Masz śliczne oczy, kochanie, mówiłam ci to już kiedyś? Ale usta masz jeszcze piękniejsze. No, chodź, pocałuj mnie.

JANUSZ nachyla się i przez bardzo długą chwilę całują się.

MARTA
Widzisz? Marzenia się spełniają. Chciałam, żeby to było moim ostatnim wspomnieniem. I będzie...!

Patrzy jeszcze przez chwilę na niego. Mruga szybko rzęsami, żeby strzepać łzy. Po chwili jej powieki zaczynają bardzo wolno opadać. Kiedy zamykają się, urządzenia wydają z siebie głośny jęk. Ręka z kubkiem opada bezwładnie, na posadzkę sączą się krople niedopitego szampana.
JANUSZ patrzy na jej wciąż uśmiechniętą twarz, na jeszcze świeże łzy na jej policzkach. Pochyla się, zbiera palcem łzę z jej twarzy i podnosi do ust. Dotyka nią warg, nawet nie czując, jak jego własne oczy przepełniają się łzami.



JANUSZ
[drżącym, złamanym przez płacz głosem]
Idzie rak, nieborak...





KONIEC

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 990  |  Dodano: 2010-06-10 17:40  |  Punkty od użytkowników: 4.00
Komentarze
Zobacz również
Porzucony Aquapark cz. 5
opowiadania 2017-12-18 12:54
Demon: Lis Północy
opowiadania 2017-12-13 21:13
Wracamy do kampanii na północy!  Mam nadzieję że kilka następnych opowiadań zakreśli...
Porzucony Aquapark cz. 4
opowiadania 2017-12-12 16:26
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com