Jalu_M
liczba publikacji: 4
liczba punktów: 71

The Tree Days\' Tale

The Tree Days’ Tale

 

Historia Trzech Dni

 

Day No.1

 

Zimne podmuchy wiatru unosiły końce niebieskiego szalika okręconego wokół szyi dziewczyny. W jednej ręce niosła czarną torbę podróżną i jednocześnie podtrzymywała ześlizgujące się z ramienia ucho drugiej. Miarowy stukot obcasów o zniszczony betonowy chodnik odmierzał jej kolejne kroki. Cisza. Skrzypnięcie drzwi. Dziewczyna weszła do przestronnego, zaniedbanego holu dworca kolejowego. Wślizgnęłam się za nią i obserwowałam, jak rozgląda się w poszukiwaniu okienka informacji, które wyznaczono na miejsce spotkania grupy. Przeczesała palcami włosy i po chwili wahania skierowała się schodami na piętro. Ruszyłam jej śladem. Ciekawe, co powiedziałaby na to, że podąża za nią niewidzialna istota ubrana w brązową sukienkę i zielony, sięgający za kolana płaszcz…?

Podczas gdy ja rozważałam możliwe scenariusze, dziewczyna dostrzegła kilkunastoosobowe zgromadzenie koło filara i energicznym krokiem podeszła do kobiety, która trzymała w ręku listę.

- Hej, ty na warsztaty? – dobiegło mnie pytanie skierowane do Śledzonej i zaraz potem następne, dotyczące jej nazwiska. – Jestem Roksana – przedstawiła się ta z długopisem odhaczając dziewczynę na liście obecnych.

- Cześć, Wanda, hej, miło mi – powtarzała właścicielka niebieskiego szalika witając się z kolejnymi osobami stojącymi wokół Opiekunki. Spojrzałam na nią i wyostrzyłam zmysły. Właśnie myślała o tym, że, jak na razie, przeważają osoby płci żeńskiej i że, oczywiście, nie zdołała zapamiętać ani jednego z wymienionych jej imion. Starała się uspokoić bijące serce i nie dać po sobie poznać, że jest zdenerwowana. I podekscytowana. Niemal słyszałam rytmiczne pulsowanie krwi krążącej w jej żyłach i szmer chłodnego powietrza wypełniającego płuca w regularnych odstępach czasu. Zacisnęłam wargi. Kiedyś poczułabym zazdrość. Teraz było to jedynie delikatne ukłucie w nieistniejącym sercu przypominające o tym, że kiedyś ów opiewany przez poetów narząd znajdował się na swoim miejscu.

Podskoczyłam i usiadłam na daszku kiosku stojącego nieopodal. Wanda przypatrywała się kolejnym osobom próbując przypisać im jakieś cechy charakteru. Dziewczęta wyglądały dość niepozornie - takie „szare myszki” i w dodatku zdecydowanie młodsze. Wyczułam, że nieco ją to ucieszyło. „Mniejsza konkurencja” - błysnęła myśl, nie do końca uświadomiona i nie do końca prawdziwa. Na dłużej zatrzymała wzrok na chłopaku z blond włosami związanymi w niedbały kucyk i plecakiem - kostką z naszywkami zarzuconym na ramię. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jej typ.

 

Koła turkotały i pociąg stopniowo toczył się do przodu. Wanda siedziała naprzeciwko dwóch dziewczyn – brunetki i blondynki i prowadziła uprzejmą rozmowę. Pogodnym wyrazem twarzy starała ukryć się zniecierpliwienie i zażenowanie faktem, że współtowarzyszki najwyraźniej chciały jej zaimponować  i dlatego nie przestawały opowiadać o miejscach, w których były i ludziach, których poznały… nie omieszkując wspomnieć języków, którymi władają bądź których się uczą. Sama mówiła niewiele, przytakiwała i od czasu do czasu wtrącała komentarze.

Czas płynął. Z nudów wsłuchałam  się w myśli Śledzonej. Najwyraźniej żałowała, że nie udało jej się usiąść z męską częścią grupy. „Przynajmniej nie musiałabym gadać o bzdurach”, przymknęło jej przez myśl  i skupiła swoją uwagę na łące, którą właśnie mijaliśmy. Przypomniała jej się droga powrotna z wycieczki w góry kilka lat temu. W oddali majaczyły wierzchołki gór, a ją przepełniało upajające poczucie tryumfu. Była zmęczona, głodna i o wątpliwych walorach estetycznych, ale czuła się wolna i odważna. Ludzie są tacy sentymentalni… Wygodniej usadowiłam się na półce na bagaże.

 

Wysiadka, kilka minut spędzonych na peronie, boląca od dźwigania torby ręka i znowu pociąg, ale tym razem w innym towarzystwie. Wanda rozluźniła się i swobodnie rozmawiała z jakąś dziewczyną o niedługich, pofalowanych włosach i błyszczących oczach. Poznałam ją.  Kiedy Śledzona odebrała e-maila z listą osób jadących pociągiem z Piotrkowa, próbowała wyszukać je na Naszej Klasie. Jedną z nich była siedząca naprzeciwko niej brunetka, Lena. Pamiętam, że oglądając jej profil i widząc zdjęcia z różnych wymian i akcji Wanda odniosła wrażenie, że nie dość, że dziewczyna miała swój styl to jeszcze wyglądała na obytą w świecie.

Obok nich siedział chłopak o poważnym wyrazie twarzy, a po prawej stronie dodatkowa dwójka. Okazało się, że ci ostatni mają po 14 lat i udowodnienie swojej dorosłości obrali sobie za punkt honoru. Tylko że coś im to nie wychodziło. Bez bliżej określonej przyczyny biegali tam i z powrotem po wagonach i głośno zastanawiali się nad zadziwiającym zjawiskiem pustki w większości z nich. Wydawali się być rozczarowani faktem, że reszta nie podzielała ich płomiennego zainteresowania niezwykłym fenomenem. Oprócz nich w przedziale znajdowała się jeszcze tylko jedna osoba, która najwyraźniej zaintrygowała Wandę – chłopak z burzą kręconych włosów zebranych w kucyk czytający „Politykę”.

Mijały minuty, rozmowa zeszła na temat warsztatów. Ciepło panujące w wagonie i jednostajny odgłos sunącego po szynach pociągu  sprawił, że zrobiłam się senna. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że Wanda dokądś wychodzi i szarpie zacinające się drzwi. Pomaga jej chłopak z kucykiem, a ona dziękuje mu zakłopotanym uśmiechem. Zasypiam.

 

Korytarz niepokojąco przypomniał szpitalny. Halogenowe oświetlenie i seledynowe ściany sprawiały, że człowiek czuł się jakby zanurzony w mętnej wodzie i w dodatku niemogący wydostać się na powierzchnię. Przynajmniej stolik znajdował się w strategicznym miejscu. Siedząc na nim w samym końcu korytarza mogłam z łatwością obserwować ponure wnętrze. Poprawiłam kołnierz płaszcza i wyprostowałam przekrzywioną fałdę sukienki. Czekałam. Po mojej lewej stronie znajdował się pokój 311, po prawej – 312, a za plecami słyszałam nerwowe szczekanie psów i jeszcze bardziej nerwowy głos weterynarza. Ze zdziwieniem uniosłam brwi. Gabinet zwierzologa w hotelu? Czemu nie.

Tymczasem z pobliskiego holu zaczęły dobiegać obiecujące odgłosy. Obserwowałam ludzi wbiegających i zbiegających ze schodów, witających się uśmiechami i skinieniami głowy, czasem także uściskiem dłoni. Interesujące. Zachowywali się jakby znali się od dawna.

Moje medytacje przerwała Wanda, która właśnie pojawiła się w korytarzu. Nawet z takiej odległości czułam, że jest nieco oszołomiona i nie do końca przekonana o realności otaczających ją ścian. No ładnie, jeszcze mi tutaj fikołka wywinie i trzeba będzie mobilizować weterynarza. Szczęśliwie udało jej się dobrnąć do pokoju 311 i w chwilę potem z niewyraźną miną lustrowała pomieszczenie. Dwa łóżka. Gołe ściany. Balkon („dobra nasza”, pomyślała). Otworzyła drzwi prowadzące do łazienki i ze strachem w oczach zajrzała do środka. Po chwili odetchnęła jednak z ulgą i pokiwała głową: „Luksusów nie ma, ale tragedii też nie”.

 

 A oto przede mną roztaczał się osobliwy widok: gromada ludzi podążała korytarzem od pokoju do pokoju i wyciągała z nich kolejne osoby, które następnie dołączały do orszaku. Mieszały się twarze, narodowości i języki. Już kilka klamek temu zgubiłam się, kto jest Polakiem, a kto pochodzi z Czech i Słowacji. I chyba nie byłam jedyna. Wanda z promiennym uśmiechem na twarzy poznawała się z kolejnymi osobami. Ekspedycja Exploring trwała w najlepsze. Wreszcie ktoś przypomniał sobie o kolacji i jak jednogłowy chiński smok wszyscy ruszyli na stołówkę…

 

Trzy godziny później zakończyła się pierwsza tura warsztatów w grupach, które odbywały się w salce, której znalezienie wymagało nie lada zdolności. Szpiegowsko – harcerskich zdolności ze wskazaniem na umiejętność poruszania się w terenie korytarzowym, dla uściślenia. Wanda wydawała się być nieco zmęczona, ale przede wszystkim podekscytowana perspektywą spędzenia wieczoru z dopiero co poznanymi ludźmi. Świadomość, że jest z daleka od domu, pośród osób, które wiedzą o niej tylko to, co zechciała im ujawnić działała na nią mobilizująco. Właśnie wpadła do pokoju, zamieniła kilka słów ze współlokatorką, Słowaczką o imieniu Bianka i zaraz wypadła z płaszczem narzuconym na ramiona i torbą zawierającą we wnętrzu aparat fotograficzny. Teraz rozpocznie się City Exploring. Jeszcze kilka chaotycznym pytań: kto jest, kogo nie ma, na kogo my właściwie czekamy…?! I poszli.

 

Przystanek Żabka. Wanda dostrzegła blondyna z kucykiem, tego od kostki, z dwoma innymi wchodzących do całodobowego sklepu. Który, nawiasem mówiąc, kojarzył jej się z dwutygodniowym pobytem w Zakopanem i sprzedawcą obawiającym się dziennikarskiej inwigilacji. Jak również z osobnikiem, z którym pewnego wieczoru włóczyła się po zakopiańskich szlakach…

Ku jej niezadowoleniu, dopiero co spotkani nie wyrazili chęci dołączenia się do zdominowanej przez płeć piękną grupki i poszli w inna stronę. Śledzona szybko pozbyła się natrętnego uczucia zniechęcenia i wyjęła z torby aparat. A że właśnie przechodzili koło stacji benzynowej, a konkretniej: góry brudnego śniegu przed... Jasne, czemu by nie porobić tam zdjęć?! Z niedowierzeniem patrzyłam, jak kilka osób wspina się na zaspę i pozuje. Kilkoro przechodniów śmieje się i pokazuje ich sobie palcami. „No pięknie!”,  myśli Wanda i wyzwala spust migawki. Do budynku wrócili legalnie – bo punktualnie, ale z już mniej legalną 0,7 w torbie…

 

Wanda? zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. Umówiły się z Bianką, że zostawi go w recepcji, tak na wypadek gdyby nie mogły się znaleźć. Z sokiem w ręce energicznym krokiem przemierzyła korytarz i niemal wpadła na grupę chłopaków, którzy wchodzili po schodach niosąc jakieś pakunki. Ośmielona nadzieją na bliższe poznanie blondyna z kucykiem, który miał zjawić się na wieczornej imprezie w pokoju 505, uśmiechnęła się i  zapytała:

- Heej, a gdzie się koledzy wybierają? – znacząco spojrzała na coś co wyglądało jak przenośne stereo i dwa głośniki.

- Wymieniamy się pokojami. A tak generalnie to zamierzamy za chwilę zorganizować jakąś integrację z kumplami – odpowiedział za wszystkich blondyn i zlustrował Wandę wzrokiem. Ta, niespeszona, kontynuowała:

- No to zapraszam do pokoju 505 – kolejno popatrzyła na przedstawicieli płci męskiej i dopiero teraz zauważyła, że jednym z nich jest chłopak, który pomógł jej z drzwiami w pociągu. - Powinno zebrać się tam trochę ludzi.

- A, a… – tu blondyn uczynił wymowny gest symbolizujący wysokoprocentowe trunki. – Będą?

- Będą - Wanda zaprezentowała minę z rodzaju flirtująco-zaczepnych. - Przyjdźcie.

Blondyn posłał w jej kierunku szelmowski uśmiech i stwierdził:

- W takim razie zaraz jesteśmy – podjął wędrówkę w górę schodów w ślad za pozostałą dwójką. – A tak w ogóle to jak masz na imię?

- Wanda. – odpowiedziała i z zaciekawieniem uniosła brwi. Nieczęsto zdarzało się jej zapomnieć o kurtuazyjnej wymianie grzeczności. – A ty?

- Adam.

Wanda kiwnęła głową na znak, że przyjęła tę informację do wiadomości i ruszyła w głąb korytarza torując sobie drogę między zgromadzonymi tam Słowakami.

 

W pokoju było już sporo ludzi. Oprócz Leny była jeszcze Natalia, Zuzia, Natka, Patryk, Tomek, Sonia i kilka innych osób. Część dziewczyn stwierdziło, że zrobią sobie pidżama party i po chwili pojawiły się odpowiednich kreacjach. Pstry, pstryk, kliiiiik – wydawał dźwięki Wandowy aparat uwieczniając koleżanki skaczące po jednym z łóżek. Po kilkunastu ujęciach lustrzanka powędrowała w ręce Natki, która wypadła na korytarz i zaczęła fotografować Bogu ducha winnych Słowaków. Z kolei Wanda zsunęła buty i usiadła na oparciu kanapy robiąc miejsce dla nowoprzybyłych: chłopaka od „Polityki” i oczekiwanego blondyna, z którym od momentu przyjazdu do Olszynki wymieniała wymowne spojrzenia – Kamila posiadającego, jak się okazało nie tylko kucyk, ale i uśmiech od którego Wanda poczuła ciepło rozchodzące się po całym ciele.

Zaczęło robić się tłoczno, a pojemność pokoju została wystawiona na ostateczną próbę w momencie, gdy drzwi uchyliły się po raz kolejny i wszedł Adam z kolegą o pokaźnych gabarytach. Wanda była w swoim żywiole. Przefrunęłam na parapet i obserwowałam, jak Śledzona z oparcia kanapy rzuca to tu, to tam kilka słów i raz po raz się przy tym rumieni. Nie mogłam nie zauważyć, że kilku obecnych tu chłopaków z zainteresowaniem się jej przygląda. Wanda dobrze zdawała sobie z tego sprawę i wyraźnie dodawało jej to animuszu. „Proponuje wznieść jakiś toast”, znacząco spojrzała na siedzącego przy stole Adama. Ten, posłuszny jej sugestii zabrał się za otwieranie butelki o wiadomej zawartości. Okazało się, że panowie zadbali nawet o plastikowe kubeczki, co, oczywiście, wzbudziło powszechną aprobatę wśród zgromadzonych. Wanda odzyskawszy aparat powróciła do pierwotnie podjętej czynności i skierowała obiektyw na wszystkich obecnych, a potem uwieczniła na portretach Lenkę i Adama. Ktoś rzucił hasło, żeby przenieść się do szóstki. Chwyciło i pokój …. opustoszał.

 

- Nie zamulaj, ładnie wyglądasz jak się uśmiechasz – usłyszała Wanda opierając się o ścianę i czekając na jakąś konstruktywną decyzję dotyczącą ostatecznej lokalizacji imprezy. Wiosna ludów doprowadziła ich do szóstki, jednak wkrótce stało się jasne, że miejsca wcale nie jest więcej. Zaskoczona podniosła głowę i zobaczyła, że słowa wypowiedział Adam. W odpowiedzi z niedowierzaniem pokręciła głową i roześmiała się. Chyba jeszcze nie przypuszczała, że trzy tygodnie później będzie z sentymentem wspominać ten moment.

 

Czas płynął. W miarę opróżniania butelek atmosfera stawała się coraz bardziej swobodna, a umysły zasnuwała przyjemna mgiełka niepamięci. Zgromadzeni wokół stołu pogrążeni byli w luźnej rozmowie, a grupka dziewczyn siedzących na łóżku snuła opowieści ze szkolnej ławy. Wandę opuściło całodniowe napięcie, a w jego miejsce wkradło się znużenie i senność. Zrobiło jej się zimno, więc skoczyła do pokoju po sweter i narzuciła go na czarną bluzkę. Bianka już spała. Gdy wróciła okazało się, że jej krzesło przywłaszczyła sobie Zuzia. Machnięciem ręki pokazała jej, że nie ma sprawy i ulokowała się na łóżku pomiędzy Adamem a dziewczyną o wyglądzie matalówy. Nie wiem, na ile była to świadoma decyzja, a ile było w tym podszeptu intuicji i przeczucia. Wkrótce okazało się, że cicho wypowiedziane przez Adama słowa „no to dobrze, nawet bardzo” na jej stwierdzenie, że kim jak kim, ale lesbijką to nie jest, były prorocze. Tymczasem chłopak usiadł bliżej Wandy. Zaczęli rozmawiać.

 

Nagle poczułam, że przestrzeń wokół mnie zmienia się. Już nie znajdowałam się w pokoju wypełnionym ludźmi – ci stali się odlegli, a ich rozmowy – wyciszone, ale w dźwiękoszczelnym akwarium. Wandę ogarnęło nieznośne uczucie wytłumienia wszelkich odgłosów poza tymi, jakie w postaci słów wydobywały się  ust jej i Adama. Wrażenie było tak intensywne, że, oszołomiona, przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję i w jakim celu. Na szczęście niewidzialna wytłumiająca odgłosy bańka pękła, gdy Adam zaczął gładzić dłoń Wandy, aby po chwili zamknąć ją w swojej. Śledzona biernie poddała się temu gestowi, ale jednocześnie jakby uleciała jej pewność siebie. Z niedowierzaniem spostrzegłam, że natura energicznej dziewczyny przygasa i ukrywa się w dalekim zakamarku umysłu. Sztucznie swobodnym ruchem, jakby przebudzona z głębokiego snu, uniosła głowę i potoczyła zawstydzonym wzrokiem po znajomych twarzach. Wszyscy pogrążeni byli w rozmowie, której sens umykał jej raz za razem. Zastanawiała się, ile czasu upłynęło odkąd odłączyła się od świata i przestała nadążać za tematem dyskusji. Minuta? Dwie?...

Wanda odwróciła głowę w stronę okna i napotkała oczy Kamila. Przez moment wydawało jej się, że widzi w nich zaskoczenie pomieszane z nieufnością. Zanim zdołała otrząsnąć się z uczucia odrealnienia, poczuła na sobie jeszcze jedno spojrzenie. Kierowana instynktem odwróciła się w kierunku chłopaka od „Polityki”. Przyglądał się jej – im – z jawną dezaprobatą. Wanda wyobraziła sobie, że jego usta wykrzywiają się w wyrazie pogardy. Nie wiedziała natomiast, dlaczego miałoby tak być. „O co mu chodzi?”, pomyślała i w tej sekundzie dotarło do niej, że oto ten chłopak o kobiecej urodzie duchem należy do innej, lepszej epoki. W której niedopuszczalne byłoby trzymanie dłoni kobiety poznanej kilka godzin wcześniej. Emanowało z niego jeszcze jedno uczcie – rozczarowanie. Wandzie wydawało się, że słyszy jego oskarżycielskie myśli: „Kolejna naiwna.” Zmieszała się. Z wysokości półki na której siedziałam mogłam dostrzec, że wzdryga się i zaczyna drżeć. Chwilę potem puszcza ciepłą dłoń Adama i wymyka się do toalety.

 

Dziewczyna słyszy jak ktoś wchodzi za nią do łazienki. Rozlega się pukanie do drzwi kabiny. „Zajęte”, mówi. Chwila ciszy. Drzwi zostają otwarte po raz kolejny. Słyszy głos Adama mówiącego coś do, jak się okazuje, Kamila. Teraz drży już na całym ciele – nie wie, czy ze strachu, emocji, zmęczenia czy wskutek wypitego alkoholu. A może wszystko jednocześnie. Stara się możliwie jak najciszej załatwić swoje potrzeby i wychodzi już opanowana, z uśmiechem na twarzy i żartuje ze swojej świty. Kamil znika za drzwiami toalety. Dziewczyna myje ręce i odwracając się napotyka dłonie i usta Adama. Oddaje mu szybki, ulotny pocałunek i jak gdyby nigdy nic wraca do pokoju.

 

Wanda i Adam skręcili w korytarz prowadzący do pokoju 311. Niespodziewanie drzwi na lewo od nich otworzyły się i wyszedł z nich Michał, koordynator. Chociaż zdawał się w ogóle nie zwracać na nich uwagi, Wanda odruchowo puściła dłoń Adama i niemal od razu pożałowała tego gwałtownego ruchu. „Weź się w garść, jesteś dorosła!” – krzyczała w duchu na samą siebie. Zmarszczyłam brwi. Zachowywała się jak trzynastolatka przyłapana na paleniu trawki. Weszli do ciemnego pokoju i Wanda poczuła, jak chłopak obejmuje ją w talii i jednocześnie pospiesznie szuka jej ust. Jego ręce błądziły po jej ciele, a w jej świadomości głos rozsądku rozbudzony przez wspomnienie współlokatorki śpiącej tuż obok, za załomem ściany walczył z pragnieniem pozwolenia Adamowi zostania na noc. Odchyliła głowę i zamknęła oczy gdy wargi chłopaka przesuwały się po jej szyi. Niespodziewanie przypomniał jej się Wilk…

„Lubisz być całowana w szyję?” – pytanie pojawiło się na niebieskim tle komunikatora.

„Nie wiem, nigdy nie miałam okazji się przekonać…” – odpowiedziała wtedy, zażenowana swoim brakiem doświadczenia. „Teraz już wiesz, jak to jest”, odezwał się głosik w głowie oszołomionej Wandy, aby po chwili zatracić się w natłoku myśli i doznań.

 

Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że jeśli zaraz nie wypchnie Adama za drzwi, to w oczach Bianki stanie się panną o lekkich obyczajach. A tego mimo wszystko nie chciała. Delikatnie odepchnęła go od siebie i skierowała w stronę drzwi. Już zaczynała wątpić w słuszność swojej decyzji, kiedy w jaskrawym świetle korytarza dojrzała zdumienie malujące się na twarzy chłopaka.

- No ejj, ale jaką mam pewność, że jutro będzie tak samo? – oburzył się.

- Nie masz – stanowczo odpowiedziała Wanda, po czym przyciągnęła go do siebie, pocałowała, a na koniec zatrzasnęła drzwi. „Co ja wyrabiam?!”, pomyślała i, wciąż niedowierzając, że oto przed chwilą dobrowolnie odgrodziła się od chłopaka za pomocą drewnianego prostokąta z klamką, skierowała się do łazienki. Trzy tygodnie potem o godzinie pierwszej w nocy miała żałować, że nie pozwoliła mu zostać, a sobie – poczuć ciepła drugiego człowieka na chwilę przed zaśnięciem.

 


 

Day No.2

 

Wanda ze świeżo umytymi, nie do końca ułożonymi włosami siedziała na łóżku z laptopem na kolanach, Marikiem po prawej i Janosem po lewej stronie. Była nieziemsko zmęczona, ale i pełna satysfakcji z dokonanego dzieła. Nie dalej jak godzinę temu wrócili z placu bitwy – miejskiej gry – w postaci trzech oblepionych śniegiem, ledwo żywych postaci. Wysiłek zrewanżowała bezcenna zdobycz w postaci zdjęć wszystkich miejsc, które mieli odszukać i uwiecznić oraz poczucie niesamowitej, nawet jeśli krótkotrwałej, więzi. Wanda zgrywała fotografie na twardy dysk miniaturowego komputera Bartosza i denerwowała się, gdy dotykowa klawiatura nie chciała jej słuchać. Ze znużenia  zapominała się czasem i zaczynała mówić po polsku co wywoływało falę wesołości ze strony chłopaków. Otworzyła pusty plik Worda żeby w kilku krótkich zdaniach podsumować informacje o odwiedzonych miejscach, kiedy do pokoju weszła Lena a w ślad za nią Adam.

- Tu jest – powiedziała i dla lepszego efektu wskazała Wandę dłonią. Adam z cudownym zdziwieniem na twarzy zasiadł na kanapie i w języku przodków zwrócił się do Wandy:

- Kobieto czy ty zdajesz sobie sprawę jak zimno jest na tych korytarzach? – zapytał w zabawny sposób zakładając ręce.

- Naprawdę? – z niewinną miną zwątpiła Wanda. – A co ty robiłeś na korytarzach?

- Łaziłem jak głupi szukając cię, myślałem, że może będziesz chciała gdzieś iść czy coś – powiedział jednym tchem.

- Dobrze myślałeś – z uznaniem pokiwała głową Wanda dobrze maskując to, że nie spodziewała się kontynuacji wczorajszego wieczoru. W końcu nie widzieli się przez cały dzień. Inna sprawa, że rano po tym, jak kiwnęła mu głową na powitanie na śniadaniu, Adam dogonił ją na korytarzu i zaczął całować. – Tylko musimy skonstruować kilka zdań o cieszyńskich zabytkach – znacząco spojrzała na chłopaków, którzy z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchiwali się rozmowie. „Ciekawe, ile z tego zrozumieli” – pomyślała Wanda.

Adamowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Przerzucił się na angielski i zaczął opowiadać o tym wszystkim, o czym Wanda, Marik i Janos dowiadywali się przez ostatnie cztery i pół godziny błądząc po Olszynce w na przemian jesienno-zimowej i wiosennej aurze. Wyraz twarzy Wandy mówił wszystko.

 

Lena zatrzymała Wandę na korytarzu:

- Tylko bezpiecznie mi tam! – pogroziła jej i dodała: – Dobrej zabawy.

 

Wejście do lokalu znajdowało się w jednej z bram olszyńskiego rynku. Po zejściu z kilkunastu schodów wchodziło się do niewielkiego pomieszczenia skąpanego w ciepłej poświacie lamp. Na lewo, zajmując niemal całą długość ściany, mieścił się bar, za którym krzątała się ładna, ciemnowłosa dziewczyna, na oko niewiele starsza od Wandy. Papierosowy dym skrywał twarze osób siedzących przy stolikach, a ich cienie groteskowo wydłużały się i drgały jakby podążając za rytmem muzyki płynącej z głośników.

Śledzona i Adam zajęli stolik w kącie sali. Przysiadłam na krześle naprzeciwko dziewczyny  i obserwowałam wesołe ogniki igrające w jej oczach. Uśmiech najwyraźniej na stałe przykleił jej się do twarzy i nie zdołały go zmyć nawet przechodzące ją od czasu do czasu dreszcze. Jak widać napromieniowanie zimnem podczas kilkogodzinnego spaceru, na który to zostali oddelegowani z Marikiem i Janosem, wciąż dawało o sobie znać.

Wandzie nietrudno rozmawiało się z Adamem. Był gadułą i płynnie przechodził z tematu na temat. Szkoda tylko, że najwyraźniej miał tendencję do snucia różnorakich historii o swoim życiu. Na początku dziewczynę to ciekawiło. Po kilku opowieściach zaczęło jednak trochę drażnić. Z drugiej strony, po doświadczeniach z polskim odpowiednikiem zaprzyjaźnionego z nią Argentyńczyka, była to miła odmiana – po prostu siedzieć i słuchać, czasem zadać jakieś pytanie i wtrącić swój komentarz. Wyciąganie każdej najmniejszej informacji z człowieka do zajmujących czynności zdecydowanie nie należało, także ostatecznie postanowiła nie narzekać i przestać się tym przejmować. Tym bardziej, że jutro o tej porze miało jej tam już nie być.

W pewnym momencie do pubu weszła grupa ludzi, a wśród nich Warszawiak, współlokator Adama, blondwłosa dziewczyna i dwóch wysokich facetów. Trzej ostatni okazali się być znajomymi Adama, a co za tym idzie, obywatelami miasta Olszynka. Nie zważając na mordercze spojrzenia rzucane przez Wandowego towarzysza zamówili po piwie i przysiedli się do ich stolika. Dziewczyna nie miała nic przeciwko temu. Do czasu. Do czasu, kiedy nie zaczęli sobie żartować, że powinna wypić więcej piwa to będzie łatwiejsza. Gdyby myśli Wandy mogły zabijać to Słońce, Patrycja i trzeci kolega, którego imienia nie zapamiętała padliby trupem. Roześmiałam się i przysunęłam bliżej Śledzonej.

 

Nieliczne naftowe latarnie oświetlały pogrążoną w ciemności aleję, która wiła się pomiędzy parkowymi ławkami, aby po chwili minąć kościół i doprowadzić wędrowca do głównego traktu. Za dnia okolica była pełna kupców zachwalających swoje towary i zachęcającym gestem zapraszających przechodniów do wnętrz małych sklepów ciągnących się wzdłuż ulicy. Przekupki hałaśliwe wyliczały towary przeznaczone na sprzedaż i równocześnie podejrzliwie obserwowały małe dziecięce rączki sięgające po kolorowe drewniane zabawki, słodkości i kuszące rumiane jabłka. Jakaś starsza dama krzyczała na chłopca na posyłki rugając go za jego powolność…

Wspomnienie zniknęło tak nagle jak przyszło. Zdezorientowana, potoczyłam wzrokiem po okolicy próbując wyłowić z nocnej ciszy hałas ulicy, którą dopiero co widziałam. Wzleciałam wysoko ponad wieżę kościoła wypatrując kramarzy i spieszących ludzi, ale dostrzegłam jedynie ciemne kontury kamienic, a ponad nimi jasne punkciki gwiazd na bezchmurnym niebie. Niemal zapomniałam, jak wyglądają z ziemskiej perspektywy. Mój zielony płaszcz zawirował zaskoczony nagłym podmuchem lodowatego wiatru i uformował furgocącą pelerynę. Gdyby ktoś, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, mógł mnie dostrzec pomyślałby, że oto potępiona dusza wzlatuje ku niebu chcąc dostać się tam, gdzie w swojej rozpaczy być nie mogła. Spojrzałam w dół. Dostrzegłam dziewczynę i chłopaka idących wolno przykościelną aleją, drżących z zimna, ale mimo to nieprzyspieszających kroku. Gdy pomknęłam w ich stronę świat zawirował.

 

- Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec wieczoru? – zapytał Adam kiedy weszli do budynku i mrużyli oczy w obronie przed jaskrawym światłem halogenów. – Przyjdź do mnie – spojrzał na Wandę, a ta skinęła głową na znak zgody.

 

Dziewczyna zdążyła wejść do swojego pokoju i zdjąć buty, gdy rozległo się pukanie i zaraz potem pojawiła się najpierw głowa, a potem reszta szczupłego ciała Janosa. Podchmielonego Janosa, woli ścisłości. Słowaczki zgromadzone w pokoju wybuchnęły śmiechem i zaczęły się przekrzykiwać, prawdopodobnie komentując fakt, iż w tak krótkim okresie czasu zawitało tu tylu „adoratorów” Wandy. Sama zainteresowana spłonęła rumieńcem i chwyciwszy torbę jedną ręką i ramię chłopaka drugą skierowała ich na korytarz. Tam niemal wpadła na, niemal równie podchmielonego co Czech, Marika i w ich obstawie, mętnie tłumacząc cel swojej wędrówki, rozpoczęła wspinaczkę na trzecie (albo czwarte? kto by to pamiętał…) piętro.

 

- Would you be so kind…? – Adam ze stoickim spokojem przytrzymał drzwi robiąc przejście Janosowi. Ten zachwiał się jednak bez zbędnych pytań wyszedł na korytarz i pożegnał ich krótkim: „See you guys”. Wanda z trudem powstrzymywała drganie mięśni twarzy i nakazała sobie spokój w myśl zasad dobrego wychowania. Roześmiała się dopiero kiedy chłopak przekręcił zamek i wyłączył światło pozostawiając jedynie to w łazience. Czując się trochę niepewnie Śledzona usiadła na łóżku i w telegraficznym skrócie streściła historię eskorty chłopaków i chichotów Słowaczek.

- No nie dziwię im się... – podsumował Adam. – Biorąc pod uwagę, że byłem tam u ciebie w pokoju kilka razy i za każdym okazywało się, że cię nie ma… - Wanda znów zaczęła się śmiać i oparła się o ramię chłopaka.

- Wiesz, jest mi zajebiście niewygodnie – stwierdził po chwili trwania w takiej pozycji. – Chodź na moje łóżko – podniósł się i wyczekująco spojrzał na dziewczynę, zapewne oczekując fali protestów. Widziałam iskierkę wahania tlącą się  że w oczach Wandy, ale poszła jego śladem i wsunęła się pod koc podkuliwszy nogi i obejmując je rękoma. Po chwili zreflektowała się jednak, że musi to wyglądać jakby próbowała się przed czymś bronić i po prostu oparła głowę na ręce, tuż obok jego twarzy. Gdyby nie nieznośne dreszcze, które znowu dały o sobie znać, czułaby się o niebo lepiej i swobodniej. Bała się, że Adam pomyśli, że trzęsie się ze strachu. Była ciekawa, to tak. Zaintrygowana. Zafascynowana sytuacją, w której się znalazła. Ale nie przestraszona ani zdenerwowana. A przynajmniej nie do chwili, w której zaczął wspominać kochanie się z poprzednią dziewczyną przy dźwiękach muzyki raegge. Wtedy Wanda osłupiała. „To nie są sprawy, z których zwierza się niemal obcej osobie”, pomyślała z determinacją, jednak nie dała tego po sobie poznać. Rozmowa toczyła się dalej.

 

- Powiedz mi, jak to się stało, że zwróciłaś na mnie uwagę? – zapytał chłopak patrząc w oczy Wandzie. Od jego przeszywającego spojrzenia zrobiło jej się nieswojo. Odgarnęła opadające na twarz włosy i z ociąganiem odpowiedziała:

- Sama nie wiem… - nie ma to jak być romantycznym. Ogarnij się dziewczyno! – Chyba ze względu na to, że jesteś w moim typie – delikatnie się uśmiechnęła. Z uznaniem pokiwałam głową. Tak lepiej.

- A jaki jest twój typ? – dociekał.

- Mam słabość do długowłosych facetów – zaczęła. Adam roześmiał się i odparł:

- Nie obrażaj mnie! Kiedyś miałem włosy do pasa!

- W takim razie szkoda, że cię wtedy nie znałam – odparowała Wanda zmieniając pozycję i kładąc się na wznak.

- I co jeszcze? – ponaglił ją jego nieco zachrypnięty głos.

- I jeszcze czyste paznokcie i rodzaj butów – wypaliła i odwróciła się na bok chcąc zaobserwować jego reakcję. Która zresztą nie była trudna do przewidzenia. Nawet z odległości łóżka, na którym ulokowałam się zawczasu przewidując dłuższy pobyt w tym pokoju dostrzegałam jego wzrok, który nie mniej, nie więcej, mówił jedno: „chcę mieć cię tu i teraz”. Jego męska natura skoncentrowana była na rozbieraniu jej wzrokiem. Kawałek po kawałeczku. Warstwa po warstwie. Objął ją i przysunął bliżej siebie po czym zaczął całować. Wanda nie opierała się. Czuła ręce Adama błądzące po jej udach i rozpinające jej pasek od spodni. Otaczały ją języki ciemności, które pełzały po ścianach i przyoblekały je w fantastyczne kształty. Świat zawężył się do niewielkiej przestrzeni. Ale to było za mało. Chciała się zapomnieć, popłynąć z jego dotykiem i poczuć płomyk pasji, wszechogarniającej, porywającej myśli. Ukłuła mnie szpilka smutku i żalu. Dziewczyno, z nim nie zatańczysz… Nie mogła usłyszeć mojego głosu, ale położyła swoją rękę na jego, dając mu do zrozumienia, żeby przestał. I właśnie wtedy poczuła się jak swoja matka… Dotknęłam jej umysłu i wydobyłam wspomnienie pewnej wigilii sprzed wielu lat i prezentu wręczonego mamie przez tatę. Była to ładna nocna koszulka. Nigdy nie założona, wepchnięta na dno szafy. Niezauważony, odrzucony, niedoceniony prezent. I kryjący się za tym chłód, dystans, brak ciepłego słowa. „Nie chcę tak…”, niemo szeptała raz za razem.

W końcu uspokoiła się. „Nie teraz. Nie tu.”, pomyślała w zadumie.

 

Grzesiek odsunął pasmo włosów zasłaniające jej oczy, zupełnie jak kiedyś Ku… Zrobiła jej się ciepło na sercu.

 

 

 

Day No.3

 

Następnego ranka Wandę obudził chłód wkradający się podstępną smugą przez nieszczelne okna. Pomyślała o wczorajszym wieczorze i nie do końca potrafiła zrozumieć, dlaczego drży na jego wspomnienie. Jej świadomość była podzielona. Jakaś część niej nie posiadała się ze szczęścia i była upojona nie tak dawną bliskością, druga zaś – upokorzona i zażenowana. „Przecież to był tylko pasek”, tłumaczyła sobie i próbowała pozbyć się niejasnego wrażenia skrępowania nieznaną jej dotąd otwartością mężczyzny. „O czym myślisz?”, pytał ją kilka razy, aż w końcu odwdzięczyła mu się tym samym. Nie musiał odpowiadać. Dobrze wiedziała, o czym. Przeszedł ją dreszcz na myśl o tym, że on jej pożądał. Jak kobietę.

 

W południe wszyscy mieli już serdecznie dość. Niewyspani, zmuszeni do ciągłego umysłowego wysiłku, pod presją czasu i z perspektywą prezentacji kończącej warsztaty marzyli o wydostaniu się z dusznej salki. Ale zanim miało to nastąpić, musieli do końca wypełnić przydzielone im zadania. Wanda starała się, zgodnie z prośbą Piotra, trenera, motywować (jak zdążyłam zauważyć, to jedno z częściej używanych słów podczas takich przedsięwzięć) resztę do aktywności (kolejne sztampowe hasło). Wychodziło jej raczej średnio jako że sama była już zmęczona, ale starała się jak mogła, aby jej pomoc wyglądała naturalnie. Służyła więc za chodzący słownik tudzież translator oraz tubę głośnomówiącą – jako że formułowała w logiczną wypowiedź pomysły innych. Właśnie klęczała na podłodze zamalowując litery na plakacie mającym reklamować happening zaplanowany przez grupę ‘Culture and History’. Marik, widząc jak Wanda manewruje ręką w powietrzu nie chcąc zabarwić jej na czerwono, położył swoją na płachcie zakolorowanego papieru, po czym oparł jej dłoń na swojej. Dziewczynę przeszyło gwałtowne uczucie sympatii i poczucia głębokiej więzi z tym chłopakiem. Szczerze go polubiła za tą jego bezpośredniość i życzliwość w stosunku do świata. Osobiście podejrzewałam, sądząc po jego zachowaniu w stosunku do Wandy i tym, że trochę zbyt często jak na zwykły przypadek zatrzymywał na niej wzrok, iż dostrzegł w niej kogoś więcej niż koleżankę z grupy. No ale cóż, młody był jeszcze, miał zaledwie szesnaście lat więc dziewczyna traktowała go jak brata. Zresztą, i tak ktoś inny zaprzątał jej głowę. Co nie znaczy, że chwilami nie zastanawiała się, czy aby nie pospieszyła się z zaangażowaniem w love story z Adamem. „Może trzeba było poczekać i poznać lepiej kolegę z kucykiem…?”, medytowała, aby po chwili zganić się za te egoistyczne wątpliwości.

 

Na stołówce zgromadzili się już niemal wszyscy uczestnicy warsztatów. W centralnym miejscu umieszczony został projektor i laptop, a wokół, w półkolu rozstawiono krzesła. Wanda rozglądała się w poszukiwaniu wolnego miejsca i Adama. Namierzyła to pierwsze i przecisnęła się do niego pomiędzy nierównymi rzędami, po czym wyjęła aparat i zaczęła robić zdjęcia. Wypatrywaną personę zobaczyła i usłyszała w chwilę potem. Adam wyszedł na środek i zaczął prezentować rezultaty prac swojej grupy, a w miarę jak mówił, Wanda oniemiała coraz bardziej. Co prawda Tomek stwierdził kiedyś (gdzieś pomiędzy smarowaniem bułki masłem a konsumowaniem białego sera), że chociaż jej szybkość porozumiewania się w języku angielskim rozkłada go na łopatki, to w jego grupie jest taki chłopak który mówi jeszcze szybciej. Już wiedziała który to. I nawet nie była zazdrosna. Zaimponował jej, a to zdarzało się Wandzie rzadko.

 

Korytarz powoli zapełniał się ludźmi niosącymi torby podróżne i płaszcze. Oddawano klucze do recepcji, robiono ostatnie zdjęcia, wymieniano się e-mailami… Kilka uścisków, płomiennych deklaracji i hol opustoszał. Zostali jedynie członkowie grupy wracający do Piotrkowa i ci, którzy byli stąd, z Olszynki. Stałam tuż obok Wandy i Adama, którzy próbowali rozmawiać. Kluczyli pomiędzy tematami obawiając się powiedzenia o jedno słowo za dużo. Jedno – kilka? –  za dużo i potem będzie boleć. A to niepotrzebne. Nie było już czasu na wypad na miasto, pozostało jedynie kilkanaście minut do zbiórki i przejścia na dworzec. Wanda dotknęła bransoletek na ręce chłopaka rozpaczliwie próbując uniknąć znienawidzonej przez nią krępującej ciszy. Zawsze w takich momentach wydawało jej się, że jest z niej beznadziejna partnerka do dyskusji. Była to jedna z tych rzeczy, które potęgują niezręczność sytuacji, paraliżują zdolność logicznego myślenia i formułowania spójnych zdań, co w konsekwencji bynajmniej nie ułatwia stosunków międzyludzkich. W końcu wskazała ławkę pod ścianą. Usiedli. Znów rozmawiali. Tym razem o szkole, studiach, o tym, że może kiedyś, jak nie będą z kimś związani, że może…

 

Pojawia się Opiekunka i zaczyna przeliczać obecnych niczym wychowawczyni dzieciaki na koloniach. Adam i Wanda wstają i, wiedząc, że co najmniej połowa osób pilnie śledzi ich wzrokiem, pozwalają sobie jedynie na krótki, podszyty tęsknotą pocałunek. A potem wychodzą za grupą z budynku nie oglądając się za siebie.

 

Koła turkotały i pociąg znów stopniowo toczył się do przodu. Za oknem mignęli Piotr i drugi trener kierujący się w stronę czeskiej granicy. Dostrzegli ich i machali, dopóki ciężka machina nie przyspieszyła i nie zniknęła im z oczu.

 

Wanda włączyła komputer i zaczekała, aż załączy się antywirus, po czym otworzyła kartę przeglądarki internetowej i zalogowała się na Naszej Klasie. Rozbłysło niebieskim tłem, a w lewym górnym rogu zamigotała żółta koperta. You’ve got mail.

Po raz ostatni spojrzałam na Wandę i uśmiechnęłam się do niej wyobrażając sobie, że odpowiada mi tym samym.

Sekundę później już mnie tam nie było.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 687  |  Dodano: 2010-06-10 23:26  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Każde Twoje słowo
poezja 2017-09-24 23:31
MOTYLE
poezja 2017-09-24 17:10
- 4 -
poezja 2017-09-23 18:42
Każde Twoje słowo
poezja | 2017-09-24 23:31
Moe
MOTYLE
poezja | 2017-09-24 17:10
beatum
- 4 -
poezja | 2017-09-23 18:42
www
Mikołaj
poezja | 2017-09-23 12:03
Lola
Akordy
poezja | 2017-09-20 15:55
beatum
pokaż wszystkie »
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com