jarkusm
liczba publikacji: 22
liczba punktów: 545

Wykopki

             Chłodna jesień przyszła dziś z samego rana. Tu zajrzała, tu szczypnęła, uszczknęła trochę liści z mojej ulubionej wierzby. Przez otwarte okno, zajrzała również do mojego pokoju. Trochę nieśmiało, bo kaloryfery ciepłe, ale wystarczyła jej chwila, żeby dumnie obwieścić – jestem. Poranek zrobił się srogi i nieprzystępny, jakby nabrał kolców, igieł, potłuczonego szkła. Skóra odpowiedziała skurczem. Całe moje ciało, zaczęło się kurczyć do tego stopnia, że do przykrycia, wystarczyłaby mi mała poduszka. Pierwszy wstrząs przeszedł. Nie powiem, żeby od razu zrobiło mi się cieplej, ale jakoś tak poczułem, wszechogarniającą moje komórki czuciowe, obojętność termiczną. Karłowacenie najwidoczniej osiągnęło swoje maksimum. Nozdrza zaczęły chwytać subtelności jesiennej agresji – wilgoć, zapach butwiejących liści, zapach chłodu. Ta niepowtarzalna aromatyczna mieszanina, przywołała mi obrazy z dalekich lądów mojego dzieciństwa. Lądów odległych na tyle, aby nie można ich było odwiedzić a wyłącznie wspominać. Pośród tych wszystkich zapachów, przebijał się jeden. Zapach kopania kartofli. Wygrzebywania bulw z czarnej ciężkiej ziemi. W czasach mojego dzieciństwa, nie było jakichś cudacznych kombajnów ziemniaczanych, które już niedługo, będą tak zaawansowane technologicznie, że od razu z pola będzie można zabrać samochodami mrożone frytki, chipsy i inne przetwory ziemniaczanej materii. W czasach mojego dzieciństwa najnowocześniejszym wynalazkiem była konna kopaczka ziemniaczana. Mniej nowoczesnym, ale najpospolitszym narzędziem do wydobywania tego niezwykłego warzywa z ziemi, była tak zwana motyka. Motyka przydatna była również w przypadku kopania kopaczką, z tej prostej przyczyny, że za kopaczką, w ziemi, zostawały często kartofle, a każdy kartofel był cenny. Kartofle zbierało się do wiklinowych koszy. Prowadziło się selekcję – większe i średniaki do jedzenia, drobnica dla świń. Nic nie mogło się zmarnować. Kartofle bowiem były podstawą ówczesnej diety. Wokół kartofli kręciła się cała ówczesna wiedza na temat właściwej diety mieszkańców wsi. Nie można powiedzieć, jak zwykli wytykać to złośliwi ówcześni specjaliści od zdrowej żywności, że jadło się wtedy równo ze świniami. Otóż była subtelna, aczkolwiek istotna różnica w spożywaniu kartofli przez nas, a w spożywaniu kartofli przez świniaki. Ich kartofle doprawiane były otrębami, pospolicie zwanymi osypką, a nasze, cóż - cudownymi rumianymi skwarkami. To odróżniało nas, ludzi, od świń. Odróżniało naszą dietę, znaczy.

           Kartofle zbierały całe rodziny. Pracowali wszyscy – dorośli, staruszkowie i dzieci. Tylko najmłodsze zasrańce, owinięte w koce, siedziały na wozie i przyglądały się mrówczej pracy reszty rodziny. W tamtych pięknych czasach ludzie byli sobie życzliwi. Sąsiad szanował sąsiada i chętnie pomagali sobie wzajemnie. Tak też było przy wykopkach. Kalinowscy wołali do pomocy Chomiuków w zamian za co, Kalinowscy skwapliwie pomagali zbierać kartofle tymże Chomiukom. Moi dziadkowie u których się wychowywałem również korzystali z dobrodziejstwa sąsiedzkiej pomocy i wsparcia. Najczęściej, z tego co pamiętam współpracowali z Grelikami. Była to rodzina „zza kanału”, czyli jakby osobnej „dzielnicy” wsi, oddzielonej od głównej jej części kanałem melioracyjnym. Ów kanał to zupełnie inna historia. Kartofle na naszym polu oczywiście zbierałem razem ze wszystkimi, ale już do Grelików nie musiałem iść. Szedłem jednak - z ciekawości.

 

                W słotne dni, kiedy zbierało się kartofle powietrze pachniało właśnie tak jak dziś. Butwiejącymi liśćmi, mgłą, chłodem ale wtedy pachniało jeszcze czymś dodatkowo, czymś nigdzie więcej i nigdy więcej nie spotykanym – cudownym ciepłem mojej kochanej babci. Podrzuconemu jej pewnej wiosny przez moich rodziców na wychowanie szczeniakowi poświęciła całą siebie. Zastępowała mi mamę i jednocześnie była babcią. Była wymagającą i uczącą mamą i jednocześnie dobroduszną, cierpliwą, pozwalającą na wszystko babcią. W takie jesienne dni opatulała mnie ciepło i wypuszczała z domu w jesienny zapach butwiejących liści, wszechobecnej mgły i chłodu.

 

          Leżałem na łóżku skulony z zimna wdychając zapach wspomnień. Minęło ponad czterdzieści lat, obrazy trochę się zamazały ale zapach w pamięci pozostał jasny i wyraźny. Węch, jeden ze zmysłów wspólny dla wszystkich ssaków, pozwala zachować pamięć, ciekawe. Muszę gdzieś poczytać o wpływie węchu na pamięć. Zapewne jest bogata literatura na ten temat. Jakoś do tej pory nie interesowałem się tym zagadnieniem. Jednocześnie często zastanawiam się nad pochodzeniem zapachu, który czuję. Porównuję go, a raczej przypisuję go do zdarzeń z mojego życia. Czasem zachowuję się jak pies wciągając powietrze i gmerając w pamięci.

            Podparłem się na łokciu i przymknąłem okno i po chwili czuć było tylko zapach gorącej farby z kaloryferów. Wykopki się skończyły.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 752  |  Dodano: 2010-05-20 18:08  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Samotność
poezja 2017-11-18 18:11
Król Marzeń
bajka 2017-11-17 12:46
Bajka dla dzieci i dla dorosłych - zwłaszcza dla dorosłych.
Szpiegowianin w świecie
poezja 2017-11-17 10:35
facecja
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com