Kapelusznik
liczba publikacji: 12
liczba punktów: 159

Przebudzenie- Fragment 1

Wiatr radośnie szumiał między liśćmi wysokich drzew. Melodia ptaków nie była zakłócona nawet jednym szmerem. Jednak dobre ucho młodzieńca usłyszało go. Silne palce zacisnęły się na łuku. Piękne zielone oczy zaczęły lustrować otoczenie szukając celu. Po chwili odezwał się tupot małych kopytek. Czteronożne stworzonko wysunęło się z krzaków. Kerete, bo tak nazywało się to zwierze wyglądało jak miniaturka dzika połączona z świnką morską. Niby strachliwy jak gryzoń, ale kopytka i kły ma jak dzik. Zwierz, o połowę mniejszy od typowej dzikiej świni dreptał niespiesznie wśród niskich krzewów. Młodzieniec napiął mięśnie i powoli w pełnym skupieniu założył strzałę na cięciwę. Naciągnął ją powoli wstrzymując oddech. Stworzonko jakby usłyszało lekkie skrzypnięcie naciąganej cięciwy i zwróciło główkę w stronę gdzie ukrywał się łowca. Nie zdążyło zareagować. Dłoń puściła naciągniętą cięciwę i pchnęła długą strzałę w kierunku celu. Lot był krótki ale udany. Grot wbił się w miękką skórę pod łopatką i przeszył serce stworzenia na wskroś. W ostatnim akcie zaskoczenia stworzonko wierzgnęło i upadło martwe na ziemię. ( Można by rzec, że strzeliło kopytkami i kopnęło w kalendarz…) Chłopak uśmiechnął się i wstał. Las nie przerwał swej pieśni. Widocznie nie odczuwając straty po śmierci małego zwierzęcia. Chłopak, wysoki, umięśniony młodzieniec z zielonymi jak szmaragd oczami i czarnymi jak noc włosami zbliżył się do zdobyczy. Miał na sobie skurzane spodnie i kurtkę, wzmacniane na udach i piersi. Ciało okrywał brązowo zielony płaszcz z kapturem, a na plecach wisiał prawie pełny kołczan. Chłopak założył łuk na plecy, i wodząc dłonią po pasie gdzie wisiały małe sakiewki dotarł do pochwy z nożem. Wyjął go i ukląkł przy zwierzęciu. Przyłożył nuż do podbrzusza.

- Dziękuję ci Matko Naturo za sprowadzenie tej istoty by mogła nakarmić mnie i moich bliskich. Dziękuję ci Fortuno, Pani, która niesiesz moje strzały – wyszeptał podziękowania dla bogiń i ciął.

Sprawnie i szybko zaczął pozbywać się wnętrzności z truchła gdy tuż przed nim wylądował czarny kruk. Ptak podskoczył radośnie i zakrakał na przywitanie.

- Cześć Zarko – młodzieniec przywitał przyjaciela.

Kruk w odpowiedzi podskoczył trzy razy i zatrzepotał skrzydłami. Następnie stanął i wyczekująco patrzył na młodzieńca. On wywrócił oczami i uśmiechnął się rozbawiony.

- Dobrze, dobrze… - uspokoił go – Dostaniesz jakiś kąsek. Daj mi chwilę.

Przeniósł całą swoją uwagę na zwierzątko i wrócił do poprzedniego zajęcia. Wyjął resztki zbędnych wnętrzności. Jednak kruk czekał, a on obiecał mu smaczny kąsek. Sięgnął głębiej szukając pewnego smakołyku, znalazł i ostrożnie go wyciął. W lepkiej od krwi dłoni trzymał serce kerete. Kruk jakby wiedząc co widzi w dość aktorski ( Jak na ptaszysko ) sposób, podskoczył i upadł na plecy, rozłożył skrzydła i otworzył dziób udając martwego. Chłopak zaśmiał się i rzucił kąsek ptakowi. Kruk wstał i wskoczył na kawałek mięsa, zakrakał zadowolony i zabrał się do pałaszowania. Młodzieniec natomiast podniósł truchło zwierzaka i ruszył do miejsca gdzie pozostawił konia. Kasztanowa klacz czekała spokojnie pośród krzewów. Na widok swojego pana parsknęła zadowolona. Młodzieniec pogłaskał konia i zaczął zbierać swój łup. Kerete to jedno, ale dziś udało mu się upolować dwie przepiórki. Przyczepił zdobycze do tobołków przy siodle. Uspokoił zrażoną zapachem krwi klacz i dosiadł jej. Włożył nogi w strzemiona i ruszył w stronę swojego domu. Znany nam już kruk leciał tuż nad jego głową. Ten młody chłopak, mający za sobą zaledwie siedemnaście wiosen ma w sobie coś więcej niż można by podejrzewać na pierwszy rzut oka. Nazywa się Dan… Dan de Re. Detroński szlachcic z bogatej rodziny. Pół elf, pół człowiek. Chłopak o dobrym sercu i niezachwianej wierze w swoje przekonania. Osoba która jeszcze nie wie, jak bardzo zmieni świat który go otacza. Dzień 19 lipczyka 999 roku drugiej ery ludzi jest dniem w którym zaczyna się jego historia i mit… o Satrusie.

Dan zbliżał do swojej wsi, Cegielnianki. Nazwa pochodziła od faktu że właśnie tu, w zakolu Zielnego Potoku znaleziono wielkie zasoby gliny. Przez ten fakt rodzina de Re, kupiła te tereny i złożył swoją własną wieś. Leżąca na szlaku handlowym prowadzącym prosto do Białego Miasta i Fortecy Końca bardzo szybko się rozwinęła i teraz wyglądała jak małe miasteczko. Niska palisada i drewniane baszty nie robiły może tego samego wrażenia co kamienne mury, ale, to wystarczało by bronić się przed większością zagrożeń jakie mogły wyjść z lasu, od bandytów, po dzikie zwierzęta. Przez to centrum wsi tętniło życiem. Wysoka na dwa piętra gospoda dorównywała wysokości szlacheckiej willi, a ze stojącej obok kuźni biło ciepło i huk pracującego młota. Sama cegielnia i budynki gdzie przechowywano wydobytą glinę stały poza palisadą, tak jak pojedyncze domostwa które pojawiły się po jej powstaniu. Na same cegły był specjalny skład tuż obok kuźni. Ludzie byli tu szczęśliwi, zresztą nie tylko oni. W kuźni pracował krasnolud i elf, dziwny duet, ale radzili sobie nadzwyczaj dobrze w każdym zadaniu. Reptil natomiast ( pół człowiek pół jaszczurka ) prowadził gospodę, a na to wszystko wieś odwiedzały centaury mieszkające w sąsiedniej wiosce. Dziwny był ten świat gdzie tyle ras żyło obok siebie. Tak różnych, a równocześnie tak podobnych do siebie. Razem pili, jedli, kłócili się, bili i godzili się przy kuflu piwa. Tak to wtedy wyglądało, po wielu latach konfliktów i wojen, w północnej Tyryli w końcu zapanował pokój. Dan jadąc w stronę głównej bramy mijał chłopów ciągnących taczki z gliną. Oni widząc go stawali i ściągali kapelusze i kłaniali się z uśmiechem.

- Dzień dobry paniczu – mówili jedni – Witamy z powrotem Paniczu – mówili drudzy – Jak polowanie? – Pytali trzeci i bez końca.

Dan uśmiechał się w odpowiedzi zwalniał i odpowiadał zwracając się do większości po imieniu.

- Piękny, a jakże Ferdku – odpowiadał – Nie ma to jak dom – mówił drugiemu – Fortuna się do mnie uśmiechnęła Andrzeju. Spójrz! Piękne łupy! – chwalił się trzeciemu.

Tak witając się z większością mijanych osób dojechał do bramy. Trzech wartowników w kolczugach kiwnęło głowami na przywitanie i stanęło na baczność. Dan odkiwnął w odpowiedzi i wjechał do centrum wsi. Ludzi było pełno, jednak zamiast pracować, większość uwijała się przy przygotowywaniu najróżniejszego typu smakołyków. Słodki zapach wypiekanych ciast i woń pieczonego mięsa mieszały się ze sobą przypominając jak ważne święto dziś wybija. Pierwsza pełnia lata, dzień gdy w Starej wierze czci się umarłych. Według podań, tego dnia dusze zmarłych mogą zejść na ziemię i zobaczyć się ze swoimi bliskimi. Był więc to dzień wesoły. Hucznie i głośno witano dusze zmarłych. Rozpalano wielkie ogniska i wydawano wielkie uczty. Jednak tym razem święto to nabrało jeszcze jednego znaczenia. Białe Miasto miał odwiedzić sam król Desmont „Prawy”. Tak więc każdy starał się za trzech, by to święto pamiętano na następne dziesięciolecie i by dziadkowie mogli o nim opowiadać swoim wnukom na starość.

( Ale zapachy… sam bym sobie coś przekąsił, ale nie wypada by narrator mówił z pełnymi ustami. )

Młodzieniec podjechał pod swój dom, przed którym, na ganku siedział jego dziadek Wartoris z księgą w dłoni i fajką w ustach. Mimo siwych włosów i brody, jego czarne oczy nadal były żywe, a budowa ciała należała nie do starca, a do wojownika. U jego boku leżał równie stary jak jego pan, oswojony wilk. Warni uniósł łeb na widok Dana i zaszczekał radośnie. Wartoris uniósł wzrok nad księgi i zerknął na wnuka z uśmiechem.

- Udane polowanie? – zapytał.

- Jak widać – Dan zeskoczył z konia i podał wodze jednemu ze służących.

- Nie przesadziłeś trochę? – zapytał starzec z uśmiechem – Chcesz by nasz kochany król pękł z przejedzenia? – zaśmiał się.

Dan uśmiechnął się i podszedł ze zdobyczami pod ganek.

- Mięsa nigdy za mało – odpowiedział.

Ptactwo podał służką które od razu zabrały się do oporządzenia cennego mięsa, a sam rozłożył kerete i zaczął je oskórować. Dziadek patrzył na niego uważnie obserwując każdy ruch ostrza. Kiedy Dan skończył i skóra wylądowała na ziemi kiwnął z uznaniem głową.

- Jakie to szczęście że cię tego nauczyłem – pokiwał głową nie kryjąc znaczenia swoich zasług w wychowaniu wnuka.

Wnuk natomiast zaśmiał się wspominając tygodnie morderczych ćwiczeń. Uniósł wzrok na dziadka i zapytał złośliwie.

- A ty dziadku nie pomagasz w kuchni? – zapytał.

- Twoja matka mnie wygoniła z krzykiem, mówi że nie znam się na gotowaniu – odparł lekko chichocząc. – Tak więc przyjąłem ten ciężki obowiązek i razem z Warnim strzeżemy naszego domostwa, by absolutnie nikt nie mógł przeszkadzać twojej matce.

Odpowiedź była przesiąknięta ironią, więc oboje się roześmiali. Dan pokręcił głową. Podniósł mięso i ruszył dookoła domu by tylnimi drzwiami wejść do kuchni. Otworzył je na oścież i wszedł do środka. Jego matka Ariel, oraz rodzeństwo 20 letni Mariusz i 21 letnia Miranda uwijali się w obszernej kuchni, tak jak połowa służby.  Na jego widok, ( a konkretnie jego zdobyczy ) ludzie zakrzyknęli radośnie.

- Na litość Fortuny… - sapnął Mariusz – Kolejny zwierzak?! Przygotowujemy się na przyjęcie czy na wojnę, bo jak tak dalej pójdzie, to nasza wieś wykarmi cały korpus! Dan jakie diabły ci dziś pomagały?

Miranda natomiast podeszła do Dana i pogłaskała go po głowie.

- Nie słuchaj go – szepnęła mu do ucha. – Po prostu nie jest takim dobrym łowcą jak ty.

- Słyszałem! – odkrzyknął z boku Marian filetując kurczaka.

Dan uśmiechnął się zwycięsko. Mariusz był zupełnie inny niż on. Blondyn o niebieskich oczach i niepozornej figurze. Kiepsko sobie radził z łukiem, ale włócznia czy oszczep w jego dłoniach zyskiwały na znaczeniu. Dodatkowo był złotnikiem i jubilerem. Jego wyroby kupowano w całej okolicy. Spokojny, cyniczny, ale przede wszystkim uczciwy, taki był jego brat. Miranda natomiast, lustrzane odbicie piękna matki. To w niej ukazała się główna część elfie krwi. Długie czarne włosy i równie czarne oczy błyszczały niczym nocne niebo. Tak więc nic dziwnego że za żonę wziął ją sobie syn lorda Fortecy Końca, Edmund Kraniecki. Dan nie widział go w kuchni.

- A gdzie Pan Edmund? – zapytał siostrę.

- Jest w Twierdzy, szykuje się – odpowiedziała. – Szkoda, ale powinien wrócić zanim wyruszymy do miasta. – odpowiedziała. Zostaliśmy zaproszeni przez samego lorda, nie możemy przecież odmówić.

- Ani się spóźnić! – popędziła ich matka – Koniec pogaduszek – popędziła oboje. – Musimy się pospieszyć.

- Ależ matko, jeszcze południe nie wybiło! – Jęknął Mariusz.

- A my nadal jesteśmy po łokcie w pracy – odpowiedziała stanowczo Ariel. – Wracajcie do pracy… - tu spojrzała na Dana – A dla ciebie mam kolejne zadanie.

Dan stanął komicznie na baczność.

- Czekam na rozkazy! – uśmiechnął się.

Matka podała mu kartkę.

- Pędź do miasta do mistrza Fridricha, sprawdź czy wykonał dla mnie to o co zamówiłam… – poprosiła – i popędź ojca. Niech zakończy ten przetarg w porcie i niech wraca.

- Na rozkaz! – Dan zasalutował i wybiegł z domu.

W biegu wskoczył na konia i z miejsca ruszył galopem. Miasto nie było daleko, jakieś trzydzieści minut szybkiej jazdy konno. Już stąd widać było wysoki klif na którym wznosiła się Forteca Końca, oraz rozpościerające się pod nią Białe Miasto. Białe Miasto… drugi największy port na Białym jeziorze, zaraz po stolicy Detronii, zamku Cantos. ( Białe Jezioro, bo jest słone i na brzegach wytrąca się solanka, zresztą, właśnie dzięki produkcji soli Białe Miasto posiada swą nazwę i znane bogactwo. ) To tu stacjonowała główna część floty rzecznej. To tu kontrolowano przepływ towarów wodą, lądem i powietrzem ze wschodu na zachód. To była druga stolica Detronii. Miasto, zbudowane bardziej w celach handlowych i produkcji cały czas się rozrastało, więc pomiędzy pięknymi kamienicami, magazynami i obszernymi rynkami widać było pozostałości dawnych kamiennych murów i wierz, teraz zamienionych na koszary, lub strażnice milicji miejskiej. Najnowsze mury otaczały dumnie miasto, odstraszając swą wysokością i grubością jakichkolwiek najeźdźców. Dodatkowo przez zbyt duże zaludnienie przedmurza, lord Kraniecki zarządził budowę nowych murów. Dan dobrze widział jak z dnia na dzień nowe kamienne mury i baszty wznoszą się ku niebu. Mała część była już gotowa, nad resztą nadal trudzili się spoceni robotnicy. Jednak to nie miejskie mury były symbolem siły miasta, a Forteca Końca i wykopane kanały. Zielony potok który przechodzi tuż obok wsi Dana płynie aż do klifu i tam zderza się z znacznie większą rzeką Krei mijając go z zachodniej strony. Kiedy budowano fortece chciano by posiadała fosę z obu stron, tak więc stworzono kanał i przekopano kawał ziemi łącząc zielony potok rzeką od wschodniej strony klifu. Dzięki temu kanał prowadził prosto do portu, jeszcze wtedy małego Białego Miasta. W ten sposób forteca zyskała kolejną linie obrony. Tuż przy kanale wznoszą się jej zewnętrze mury, a do środka prowadzi jedynie zwodzony most. Za pierwszym murem można znaleźć kwatery dla bogatych gości oraz osobisty rynek fortecy.

Wyżej wznoszą się kolejne mury, a za nimi widać stajnie, koszary, świątynie, kuźnie, spichlerze i magazyn broni. To tu stacjonuje główna część garnizonu. Na samym szczycie klifu stoi ostatni mór i siedziba samego Lorda… Wielka kamienna twierdza. Równie dobrze przygotowana do przyjmowania gości co wrogów i długich oblężeń. Według legend, w czasie straszliwej wojny z Darkusem, forteca ta utrzymała jego oblężenie przez pięć lat i to bitwa pod jej murami zadecydowała o jego porażce. Właśnie dlatego dziś nazywa się Fortecą Końca. To tu przez pięć długich lat jaśniała gwiazda będąca nadzieją i symbolem wytrwałości dla ludzi oraz drzazgą w oku Darkusa i jego przeklętych legionów. Minęło ponad czterysta lat od tych wydarzeń, a ludzie wciąż pamiętają. Wielką niepowstrzymaną czarną falę pomiotów, demonów i mutantów. Bestii stworzonych na rozkaz tyrana. Do dziś resztki tych bestii czają się w ciemnych jamach polując i zabijając, wciąż pamiętając, tak jak ludzie, swego nieustępliwego Pana. Dan zerknął na zachód. Z tej odległości nie było jej widać, ale wszyscy wiedzieli że to tam stoją Czarne ruiny. Ostatniej twierdzy Darkusa. Przeszedł go dreszcz. Zbyt wiele legend skrywało się za tymi ruinami. Zbyt wiele tajemnic strzeże Mur Strażników by chcieć je poznać. ( Mur Strażników otacza wielki obszar dookoła czarnych ruin. Strzegą go, ku zaskoczeniu wszystkich, Strażnicy, zakon rycerzy, paladynów i magów, powstrzymujący lęgnące się w ruinach potwory przed ucieczką na świat. ) Dan odwrócił się w stronę murów. Tłumy ludzi ciągnęły z okolicy. Przedmurze już było pełne płonących ognisk i pachnących potraw. Południowa brama nie była w stanie przyjąć tylu ludzi na raz wchodzących i wychodzących z miasta. Na Zielonym potoku również czarno od barek. Dan wiedział jedno. Nie wjedzie, ani nie wpłynie do miasta od tak. Miał jednak i na to sposób. Podjechał do stojącej pod murem gospody. Jak można się domyśleć, nosiła ona nazwę „Pod Murem”. Dan podjechał do stajni gdzie przywitał go znajomy pracownik karczmy.

- Zaopiekować się nią przez chwilę Paniczu de Re? – zapytał wskazując na klacz.

Dan zeskoczył z konia i rzucił mu sześć groszy. On złapał je w locie i zerknął sprawmy okiem. Nie ma co. Chojnie. Uśmiechnął się szczerbatym uśmiechem i schował pieniądze do sakiewki.

( W Detronii panuje następujący system monetarny: 10 groszy to 1 denar, 100 denarów to 1 talar. Typowy wartownik dostaje miesięczny żołd w postaci 3 denarów. 6 groszy to wystarczająco by w takie święto jak Księżyc Dusz, najeść się do syta za 3 grosze i za kolejne 3 schlać się w trupa. )

- Koń będzie wyczyszczony i napojony. – oznajmił i przyjął konia.

Dan natomiast poprawił płaszcz i pas i ruszył w stronę muru. Stajenny zatrzymał się i zerknął za chłopakiem. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

- A panicz znowu będzie to robił?! – zakrzyknął za nim.

- Śpieszy mi się! – odkrzyknął Dan i pobiegł w stronę murów.

- Chyba do złamania karku… - szepnął stajenny i zakreślił święty krąg w powietrzu – Fortuno, czuwaj nad tym dzieciakiem. – mruknął i ruszył do stajni kręcąc głową.

Dan podbiegł do znanego mu fragmentu muru i zaczął się na niego bezproblemowo wspinać. Niby piętnaście metrów w górę, ale nie po to tyle trenował by nie używać swoich umiejętności, zresztą, znał kilka zaklęć. Upadek z tej wysokości nie był aż tak dużym wyzwaniem. Krok po kroczku, metr po metrze wspiął się na mur. Chwycił się dłońmi za blanki i podciągnął się. Powoli postawił nogę na murze i odetchnął. Niezłe ćwiczenie. Uniósł wzrok. Tuż przed nim stał Zarko, we własnej osobie i znany już Danowi wartownik. Oboje patrzyli na młodzieńca przekrzywiając głowę na lewą stronę.

- Witam panicza na południowym murze. – odezwał się wartownik – To już trzeci raz w tym miesiącu.

Zarko zakrakał, choć wyglądało to bardziej jakby się śmiał. Dan wiedział że wpadł po uszy.

- Na dole wielki tłum, nie ma jak przejść. – argumentował zakłopotany.

- Taaaak… ale ludzie nadal idą przez bramę, a nie wspinają się na mury. – odpowiedział cynicznie wartownik – Naprawdę... może od razu ustawmy drabiny z jednej i drugiej strony, albo zburzmy mury, by ludziom było wygodnie, pal licho wartości obronne. – mruknął ponownie przepełnionym cynizmem głosem wartownik.

Dan czekał lekko zbity z tropu. Wartownik wywrócił oczami.

- No leć już, widzę że już wychodzisz z siebie. – popędził go – A ja już zabiorę się do złożenie kolejnego raportu o twoich wybrykach… - tu Dan podał mu trzy grosze – albo i nie… - odparł wartownik i ruszył dalej nie zwracając już znacznej uwagi na Dana.

Zarko zaśmiał się na swój kruczy sposób. Dan natomiast odetchnął z ulgą i spojrzał na niego krytycznie. To było stanowczo za dużo wydanych oszczędności jak na jeden dzień, nie miał humoru na ptasie dowcipy i śmiech. Kruk zamachał skrzydłami i wylądował na blance.

- A ty nadal taki dumny z siebie. – mruknął Dan – Ma skrzydełka i może sobie siadać gdzie chce.

Kruk pokiwał dziobem i nastroszył dumnie piórka. Dan wywrócił oczami i zerknął w stronę portu.

- Kto pierwszy w kuźni mistrza Fridricha? – zapytał kruka.

Ptak spojrzał na niego bystrze i zakrakał twierdząco. Dan uśmiechnął się i bez słowa zeskoczył z muru prosto na dachówki pobliskiej kamienicy. Zarko nie zdążył wzbić się jeszcze w powietrze, a on już przeskoczył na drugi dach i pędził nie zważając na kilka metrów możliwego upadku. Jego ruchy były szybkie i wyważone. Nawet jedna dachówka nie zsunęła się kiedy biegł po wysokich dachach. Biegnąc tak minął południowy targ. Ludzie jak w roju przesuwali się między kolorowymi stoiskami z których dobiegały zachęcające okrzyki kupców i sprzedawczyków. Dan nie zwrócił na nich większej uwagi. Kuźnia jest po drugiej stronie szerokiej ulicy, jeśli chce wyprzedzić kruka musi znaleźć jakąś drogę na drugą stronę. Nie musiał długo szukać. Długa lina do której doczepiono kolorowe chorągiewki wisiała dokładnie nad drogą. Dan starając się nie stracić tępa wszedł na nią. Lina się ugięła, ale doświadczony w takich ruchach Dan, szybko zbalansował swoje ciało i przebiegł na drugą stronę. Kuźnia była już tylko kawałek drogi stąd. Nie zamierzał zwalniać, kruk deptał mu po… ( …dreptał… serio…? Jak ja myślę? Gdzie ja mam mózg? Cóż jeśli faktycznie by dreptał, robiąc przy okazji te wszystkie salta i przeskoki, to było by co najmniej imponujące… ale leciał… więc… jak to powiedzieć… jak to powiedzieć…. A! Już wiem! ) … kruk zaczął go już doganiać gdy Dan znalazł się dokładnie nad kuźnią i zeskoczył w dół. Wylądował w jedynym wolnym miejscu dokładnie tuz przed kuźnią. Podniósł się i uśmiechnął serdecznie do zaskoczonych osób które go otaczały. Z kuźni odezwał się śmiech. Z pary i dymu wyłonił się brązowoskóry ork. Ostre kły zabłyszczały w uśmiechu. Dan kiwnął mu na przywitanie.

- Dzisiaj remis. – oznajmił rzemieślnik – Wylądowaliście na ziemi w ty samym momencie. 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 406  |  Dodano: 2017-08-04 17:40  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze
Zobacz również
Demon: Koszmary
opowiadania 2017-10-24 00:39
Śnieg i zimno, koszmar się zbliża, a Francis Adler wpada na pomysł jak zesłać piekło na Varsjańską...
Zabójczyni Ciemności
opowiadania 2017-10-22 18:00
  Lenaria Deararan słynna zabójczyni, została zdradzona i złapana. Wylądowała w obozie...
-5-
poezja 2017-10-16 00:06
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com