Gregor Bender
liczba publikacji: 13
liczba punktów: 145

Twinning Część 2

TWINNING

Część 2

          Tylko on i Bóg zdawali sobie sprawę, jak w tej chwili pękała mu głowa. Wczoraj znowu za dużo wypił, ale miał ku temu specjalną okazję. Może nareszcie zejdzie się ze swoją żoną. Po tych wszystkich latach znowu pojawiła się nadzieja. I pewnie cieszyłby się z tego powodu, gdyby mógł tylko jakoś zastopować kaca. Mężczyzna leżał teraz we własnym łóżku. Obudziły go promienie słońca wpadające przez odsłonięte okno. Zalewały one całą sypialnię, a jego samego raziły w oczy.
         — Hestia! Zasłoń kotary! — rozkazał zakrywając głowę poduszką.

         — Odmawiam. Jest już dwunasta rano. Najwyższa pora wstawać, nie uważasz? — odpowiedział kobiecy głos wydobywający się z głośników wbudowanych w całym domu.

         — Jesteś tylko systemem komputerowym. To mój apartament! Rób, co mówię!

         — Jestem Sztuczną Inteligencją zaprogramowaną do opieki nad tym miejscem. Poza tym nie należy ono do ciebie tylko do Wydziału.

         Głupia SI! Nie może robić, co chce nawet we własnym mieszkaniu! Co za paranoja! Mając dalej przymknięte powieki zwrócił się do Hestii:

         — Mam nienormowany czas pracy. A teraz zasłoń kotary! Obudzisz Iwonę!

         — Iwonę? Czy masz na myśli swoją byłą żonę?

         — Tak.

         — Jesteśmy tutaj sami. Tylko ty i twoja opiekunka ogniska domowego.

         — Co takiego?! — wykrzyknął, zrywając się. Miejsce, gdzie wczoraj leżała jego była żona było teraz puste. — Cholera!

         — Obudziłeś się Piotrze. To dobrze.

         — Moja żabcia…

         — Twoja eks… żabcia wyszła z samego rana.

         — Czemu? — zapytał zdruzgotany, próbując rozjaśnić myśli i przypomnieć sobie wczorajszy wieczór.

         — Spójrz na podłogę, a zrozumiesz.

         Wyjrzał za kraniec łóżka. Na podłodze leżały trzy butelki po czerwonym winie i trzy po Martini, jeśli dobrze kojarzył.

         — Sam to wszystko wypiłem?

         — Dziwię się, że twój kac sam ci tego nie podpowiedział. Część wypiła Iwona, ale ona wiedziała, kiedy przestać. W przeciwieństwie do ciebie oczywiście.

         — Niech to! — krzyknął Piotr i rzucił się z powrotem na pościel. — Czemu jej nie powstrzymałaś?

         Z głośnika Hestia odezwała się, udając zdziwienie:

         — Powstrzymać ją? To raczej ciebie należało powstrzymać!

         — To, czemu mnie nie powstrzymałaś?!

         — Zrobiłabym to, ale kilkanaście godzin temu kazałeś mi przejść w stan czuwania. Nie chciałeś żebym widziała to i owo.

         — Cholera!

         — Powinieneś mi bardziej zaufać.

         — I mam pozwolić, żeby jakiś komputer wtrącał się w moje prywatne życie? Nie, dziękuję!

         — Po pierwsze jestem zaawansowanym systemem operacyjnym. Be ze mnie nie otworzysz w tym domu nawet drzwi. Po drugie nikt, nawet ja nie mogłabym sobie tak zrujnować życia, jak ty to właśnie zrobiłeś. Pod warunkiem, że byłabym żywym człowiekiem naturalnie.

         — Och, daruj sobie!

         Piotr usiadł na skraju łóżka. Co by nie powiedziała, miała rację. Chyba żaden człowiek nie mógłby bardziej rozpieprzyć swojego życia, jak on to właśnie zrobił.

         — Mówiła coś, jak wychodziła?

         — Z nagrań, które zarejestrowałam, wnioskuję, że nie była zadowolona. Mówiła, że ma dość twojego pijaństwa i braku odpowiedzialności. Stwierdziła też, że zmarnowała przy tobie swoje najlepsze lata życia.

         Pracownik Wydziału spuścił głowę, patrząc niemrawo w podłogę. Chyba teraz naprawdę zawalił. Wątpił, że dostanie jeszcze jedną szansę.

         — Idę po butelkę — oznajmił, zakładając kapcie. — Kotary mają być zasłonięte, jak wrócę.

         — Co ty zamierzasz zrobić Piotrze? — odezwała się groźnym głosem Hestia.

         — Jak to, co? Zamierzam się znowu upić!

         — Piotrze Nowicki! Zabraniam ci!

         — Możesz mi naskoczyć.

         Podreptał do kuchni. Pamiętał, że w lodówce miał jeszcze parę piw. Złapał za uchwyt, ale lodówka pozostała zamknięta.

         — Hestia! Nie mam nastroju na żarty! Otwórz lodówkę!

         — Odmawiam.

         — Otwieraj!

         — Możesz mi naskoczyć.

         Kiedy na świecie powstawały pierwsze komputery, chyba nikt nie mógł przypuszczać, że w dalekiej przyszłości ich posiadacze nie będą mogli przez nie otworzyć nawet własnej lodówki!

         — Kto tutaj jest człowiekiem, a kto głupią, sztuczną plątaniną kabli do cholery?

         — Ty jesteś człowiekiem, a ja głupią plątaniną kabli — przyznała spokojnie Hestia. — Dlatego nie dostaniesz piwa.

         Piotr przestał ciągnąć za uchwyt. Podszedł do zlewu i odkręcił wodę. Następnie wziął szklankę z górnej szafki i napełnij ją. Zakręcił kurek i zaczął pić spragniony zimną kranówę. Pił tak łapczywie, że połowa zawartości spływała mu po brodzie.

         — Dobrze, dobrze. Pójdę sobie do baru! Tam twoja despotyczna władza nie sięga!

         — Wątpię, że tam pójdziesz.

         — A to, czemu? — spytał teraz wyraźnie rozłoszczony Nowicki. — Nie zamierzasz mnie wypuścić z mojego własnego mieszkania?

         — Nie zamierzam cię zatrzymywać.

         — To dobrze! — odpowiedział, odstawiając szkło. — Idę się ubrać!

         Wrócił z powrotem do sypialni. Minął leżące butelki i otworzył szafę. Tutaj Hestia nigdy nie zawodziła. Od lewej wisiały ubrania służbowe, na środku na wyjścia, a na samym końcu ubrania na zwykłe dni. Wybrał gotowy zestaw i rzucił na łóżko. Już miał iść do łazienki, kiedy strażniczka ładu i porządku ponownie dała o sobie znać.

         — Wiem, że jesteś na mnie zły. Nie pierwszy raz zresztą, ale musze cię uświadomić, że wybrałeś zły zestaw.

         — Czemu?

         Na takie uwagi człowiek zamieszkujący ten dom był całkowicie obojętny. Hestia praktycznie zawsze kwestionowała jego gust. Momentami naprawdę bardziej zachowywała się jak prawdziwa kobieta niż system komputerowy.

         — Tylko nie mów mi, że źle dobrałem kolory. Masz przygotowywać ubrania tak jak ci każę.

         — Nie o to chodzi.

         — A o co?

         — Wybrałeś zły zestaw. Zamiast na zwykłe dni weź lepiej ubrania służbowe.

         Chwycił ręcznik, ale po sekundzie rzucił nim o podłogę. Jaki mieli dzisiaj dzień? No tak, oczywiście; poniedziałek! Obudził się z bólem kipiącym w jego głowie niczym wulkan. W dodatku najważniejsza osoba w jego marnym życiu zapewne na dobre go zostawiła, a żeby tego było mało to jeszcze czekała go robota. Kwestę zbuntowanej SI działającą mu zazwyczaj na nerwy postanowił pominąć.

         — Wydział?

         — A któż inny skarbie.

         Nowicki schylił się po ręcznik. Miał serdecznie dosyć swojego trybu życia i pracy. To przez nie wszystko zaczęło się psuć.

         — Proszę, nie pocieszaj mnie. W końcu tak jakby ty też pracujesz dla Wydziału.

         Hestia przemówiła tym razem słodkim i przyjaznym głosem:

         — Na razie pracuję dla ciebie kotku. Wydział jest właścicielem mieszkania, samochodu no i reszty dóbr, które posiadasz.

         — Czyli nie mam nic własnego. Po dziesięciu latach służby niczego się nie dorobiłem, poza stresem i alkoholizmem.

         — Każdy jest panem swojego losu. Nie zapominaj o tym.

         Mężczyzna pracujący od dziesięciu lat dla tajemniczego Wydziału przeszedł w tym czasie do łazienki. Wlazł do kabiny.

         — Hestia, woda! — na tą komendę z góry zaczął lecieć na niego gorący strumień. — Nie mówiłabyś tego, gdybyś widziała to, co ja.

         — Dobrze wiesz, że nigdy nie rozmawiasz ze mną o swojej pracy. A przecież możesz to zrobić, jeśli tylko chcesz. Wysłucham cię.

         Stojąc pod natryskiem człowiek o imieniu Piotr Nowicki mógłby wszystko z siebie wyrzucić, gdyby tylko chciał, ale nie chciał tego zrobić z tego prostego powodu, że Hestia nie oddychała, nie jadła i nie chodziła. Domem zajmowała się świetnie, ale nie była istotą organiczną. Poza tym skarżyć się własnemu komputerowi? A cholera wie, do czego ona była podpięta! Inaczej sprawa miała się z jego byłą żoną. Tyle razy chciał się jej zwierzyć, ale nie mógł, ponieważ obejmowała go ścisła tajemnica. Spłukał z siebie mydło i szampon z włosów. Następnie wytarł się dokładnie ręcznikiem.

         — Ile mam czasu? — zapytał goląc się.

         — Godzinę. Zdążysz spokojnie.

         — Jeszcze tego by brakowało, żebym się spóźnił.

         Po dwudziestu minutach był już gotowy. Z nocnej szafki wyjął służbowy pistolet i kaburę. Obejrzał dokładnie broń przy dziennym świetle. Czarna, wypolerowana lufa lśniła czekając nie-cierpliwie, aż znowu zostanie użyta. Piotr nie pamiętał już ile razy z niego strzelał. Mimo pracy, jaką wykonywał nigdy nikogo nie zabił. Nigdy nie pozbawił życia żadnego z nich…

         Założył kaburę i schował w niej niebezpieczne narzędzie. Czując jego ciężar przy żebrach przeszedł do przedpokoju. Za nim opuścił mieszkanie przejrzał się jeszcze raz dokładnie w lustrze. Spoglądał w odbiciu na swoją ogoloną twarz. Miał trzydzieści trzy lata, a wciąż wyglądał bardziej jak młodzieniec niż dorosły, poważny mężczyzna. Aż dziw, że mimo prawie ciągłego upojenia alkoholowego prezentował się tak dobrze. Tylko te zmęczone, smutne oczy, którymi obserwował świat potwierdzały, że widział nimi niejedno podczas służby.

         — No, jestem gotowy — oświadczył wysoki blondyn, odchodząc od lustra. — I jak wyglądam?

         — Wyglądasz świetnie! — z komplementowała go Hestia. — Idziesz do pracy, czy na podryw?

         Piotr uśmiechnął się lekko pod nosem.

         — Hestio, to był żart?

         — Tak. Posiadam liczną bazę kawałów, żartów i komplementów na każdą okazje. Jak chcesz to mogę cię rozśmieszyć do łez.

         — Może później. Kiedy nadawałem ci imię Hestia, nie wiedziałem, że domowe systemy mogą mieć poczucie humoru.

         — Równie dobrze mogłeś mnie nazwać Westą, ale nie robi mi to różnicy. Ja, jako Sztuczna Inteligencja nie rozumiem tylko po dziś dzień faktu, dlaczego nazwałeś mnie imieniem greckiej bogini, a każesz mi posługiwać się głosem Marilyn Monroe. Gdzie tu powiązanie?

         — To proste. Ponieważ miała seksowny głos.

         — Naprawdę? — zdziwiła się SI.

         — Tak, naprawdę. Hestio?

         — Słucham?

         — Co by się z tobą stało, gdybym nie wrócił?

         — Najprawdopodobniej zamieszkałby tu twój zastępca, a ja przybrałabym nowe imię wedle woli nowego pana. Wy ludzie macie śmieszną tendencję do nadawania imion wszystkiemu, co się da. A czemu pytasz?

         — Tak sobie myślę…        

         — O czym?

         Mała kamerka zamontowana przy ścianie zrobiła zbliżenie. Wytwór ludzkiej technologii nie mogło najwyraźniej nadążyć za tokiem myślenia żywej osoby.

         — Że gdybym nie wrócił to zasługujesz na lepszego lokatora niż ja. Jakiegoś gościa, który będzie ci sprawiał mniej problemów.

         — Piotrze, zaczynasz mnie lekko niepokoić…

         Piotr poprawił płaszcz, zastanawiając się teraz na poważnie, czy jego dalsza egzystencja ma jeszcze jakiś sens. Odwrócił się w stronę kamery.

         — Powiem to szczerze, jeden jedyny raz. Momentami wkurzasz mnie niemiłosiernie, ale i tak jesteś najlepszą Sztuczną Inteligencją, jaką miałem.

         — To był komplement? — zainteresowała się wirtualna Marilyn Monroe.

         — Chciałabyś — odpowiedział gospodarz, nachylając się do jednego z głośników.

         — Tak! To był komplement! — wykrzyknęła uradowana Hestia w każdym pomieszczeniu. — Nareszcie!

         — Skończyłaś?

         Zauważając u niego lekkie zirytowanie SI natychmiast umilkła.

         — No, tak lepiej.

         Nowicki otworzył drzwi i wyszedł na zaciemnioną klatkę schodową. Za nim zamknął je za sobą, zwrócił się do niej:

         — Hestio.

         — Tak?

         — Cieszę, że jesteś Sztuczną Inteligencją, a nie prawdziwą kobietą.

         — A ja cieszę się, że nie muszę cię oglądać dwadzieścia cztery godziny na dobę.

         Mężczyzna rzucił jeszcze na odchodne.

         — Jesteśmy kwita.

         — Idź już! — ponagliła go Hestia. — Bo się spóźnisz!

         Pięć kondygnacji niżej, w podziemnym parkingu stał jego środek lokomocji w postaci no-wiutkiego jaguara. W towarzystwie innych luksusowych i drogich marek samochodów zaparkowanych obok nie robił już takiego wrażenia, jak na ulicy. Właściciel wyjął z kieszeni płaszcza kluczyki i szykował się właśnie do otworzenia zamka, kiedy się zawahał. Zerknął przez przyciemniane szyby. Eleganckie obicia, tapicerka wykonana z najlepszych materiałów, jak i sportowe fotele kusiły starannym wykończeniem.  Jednak on nie zamierzał wsiadać do środka. Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze ponad pół godziny. Postanowił się przejść, robiąc sobie mały spacer, dzięki czemu ominie go stanie w długich korkach. Zresztą, tak jak powiedziała mu przed chwilą Hestia: sportowa bryka zresztą jego majątku nie należała do niego, tylko do pracodawcy. Równie dobrze mógł chodzić na golasa — stwierdził patrząc na krawat i śnieżnobiałą koszulę. Pokonał cały parking i wyszedł przez główny wjazd, machając ręką zdziwionemu nieco strażnikowi.

         Znalazł się na ruchliwej ulicy. Na dworze było zimno, co zmuszało nieprzyzwyczajonych warszawiaków do cieplejszego ubierania się. Ci w czapkach na głowach i z szalikami owiniętymi wokół szyj mijali go, spiesząc się za swoimi sprawami. Od czasu do czasu, jakaś kobieta lub dziewczyna przechodząc obok zerkała na niego z zainteresowaniem. Może i on zwróciłby na niektóre przedstawicielki płci pięknej uwagę, gdyby ubrane były w mniej zakrywające ciało stroje. Mieli niestety późną jesień, więc panie musiały obejść się smakiem. Piotr Nowicki z pozoru wyglądał na przystojnego, bogatego bankiera, który mógł odczuwać, co najwyżej znużenie od prowadzenia wystawnego i nudnego trybu życia. I tak odbierali go mijający ludzie, z zazdrością spoglądając na drogi zegarek czy płaszcz.

         Prawda była jednak zgoła inna. Cenę za sukces w jego mniemaniu można było zapłacić na różne sposoby. Lojalnością wobec szefa lub organizacji, pięknym domem w górach i pełnym kontem w banku, ale nigdy, przenigdy niewolno nikomu kazać zapłacić za sukces swoją moralnością! Dlatego nie żałował ani apartamentu ani samochodu. Żałował za to, że dziesięć lat temu, jako młody człowiek dał się omamić wizją lepszego i wygodniejszego życia. I przystał na złożoną propozycję uznając, że natrafił na idealną okazję. Rachunek, jaki mu wystawiono okazał się jednak za wysoki.

        Cała droga minęła mu na zastanawianiu się jak potoczyłoby się jego życie, gdyby odrzucił dawną propozycję. Zanim się spostrzegł, znalazł się przed murem, za którym stał wysoki niepozorny budynek, jakich w Warszawie wiele. To tu znajdowała się siedziba Agencji i poszczególnych Wydziałów. Mężczyzna po trzydziestce poczuł w środku chłód, jakby ktoś zatapiał w nim sztylet wykonany z lodu. Jad, którym był pokryty rozprzestrzeniał się w jego organizmie niczym zaraza. Nowicki wciąż nie pozbył się bólu głowy, a myśl o powrocie do pracy tylko je potęgowało. Nie mając wyboru zbliżył się niechętnie do dwóch mężczyzn strzegących bramy. Zameldował się i przyłożył prawą dłoń do konsoli. Tożsamość została potwierdzona i dwaj funkcjonariusze przepuścili go, nakazując otworzyć bramę. Piotr przechodząc przez nią patrzył się na zamontowane na górze kamery śledzące każdy jego ruch.

         Odczuwając odruchy wymiotne pokonał schody i wkroczył do siedziby Polskiej Agencji Wywiadowczej. Przestronny hol przywitał go ciepłem, które przyjąłby z wdzięcznością gdyby znajdował się w innym miejscu. Pozdrawiał znajomych mu pracowników, kierując się na ostatnie piętro, gdzie mieścił się Wydział, dla którego pracował. Wsiadł do windy i wcisnął odpowiedni guzik. Podłoga zadrżała pod jego stopami, a Nowicki pragnął, żeby się zepsuła. Żal mu było zmarnowanej szansy i miał nadzieję, że nie będzie zmuszony rozmawiać z własnym przełożonym.

         Nadzieja rozwiała się szybciej niż wiatr zamiatał pożółkłe liście na zewnątrz. Jak tylko opuścił windę i zasiadł za swoim biurkiem podeszła do niego jedna z pracownic Wydziału i rzuciła krótko:

         — Szef chce cię widzieć.

         — Zaraz przyjdę — odpowiedział, próbując zyskać na czasie.

         — Chce cię widzieć teraz!

         Piotr posłał gniewne spojrzenie kobiecie i wstał, zostawiając mebel ponownie w spokoju. Nie lubił się z nim rozstawać, ponieważ na dnie ostatniej szuflady trzymał w tajemnicy przed wszystkimi zdjęcie byłej żony. Z tego powodu lubił swoje stanowisko pracy. Często, gdy pozostawał tutaj do późna w nocy, pisząc zaległe raporty wyjmował owe zdjęcie i patrzył na uśmiechniętą dziewczynę, którą kiedyś poślubił. Rozpamiętując przeżyte razem z nią chwile Nowicki pogrążał się w rozpaczy. Najczęściej rozdrapując dawne rany wracał pijany do domu ponownie odkładając obowiązki na później, powodując przy tym gniew i irytację Hestii. Dotychczasowe błędy niczego go nie nauczyły, a na domiar złego musiał „przywitać się” ze swoim szefem. Idąc jak na ścięcie zastanawiał się, jak zostanie powitany. Wątpił, żeby było ono przyjazne. Stanął naprzeciwko drzwi i zapukał w nie niepewnie.

         — Wejść — usłyszał chropowaty głos po drugiej stronie.

         Agent specjalny Piotr Nowicki przekręcił klamkę i wszedł do gabinetu. Czuł się zażenowany, a przecież notorycznie narażał własne zdrowie i bezpieczeństwo. Jednak człowiek o siwych włosach siedzący za dużym, masywnym biurkiem był nie tylko szefem Wydziału, ale również jego byłym… teściem. Dowódca całej sekcji, a prywatnie ojciec Iwony zwrócił się do Piotra oficjalnym, wyniosłym tonem:

         — Siadaj. Masz robotę.

         Młodszy mężczyzna zrobił, co mu kazano.

         — O co chodzi? — spytał.

         — Dzisiaj około południa nasi ludzie odkryli niezarejestrowaną komorę klonującą niedaleko Wrocławia. Niestety, kiedy przybyli była ona pusta. To znaczy, że czyjś wyhodowany klon jest teraz właśnie na wolności. Twoim zadaniem jest go oczywiście złapać. Natychmiast udajesz się do Wrocławia.

         — Skąd ta pewność, że jego celem jest Wrocław?

         — Klon niezbyt umiejętnie zaciera za sobą ślady, chociaż nie znamy jego tożsamości.

         Piotr zdziwił się, słysząc taką odpowiedź.

         — Jak mam śledzić kogoś, kiedy nic o nim nie wiem? Przecież odkryliśmy komorę. Powinniśmy znaleźć w miejscu klonowania jakieś odciski palców albo próbki DNA.

         — Sęk w tym, że nic nie znaleźliśmy. Miejsce przed naszym przybyciem zostało dokładnie wyczyszczone. Nic nie mamy.

         — To interesujące. Ktoś chciał, żebyśmy odnaleźli aparaturę, ale nic poza tym.

         — Właśnie, dlatego natychmiast tam jedziesz. Potrzebuję do tej sprawy najlepszego agenta.

         — Zrozumiano! Natychmiast wyruszam!

         Nowicki podniósł się i zamierzał się pożegnać, ale jego szef zatrzymał go ruchem ręki.

         — Jeszcze jedno — zwrócił się do niego — Powiedziałem, że potrzebuję do tego zadania najlepszego agenta, ale nie człowieka. Iwona powiedziała mi, jak się skończyło wasze wczorajsze spotkanie.

         Piotr przełknął głośno ślinę. A jednak wszystko staremu powiedziała. Ojciec jego byłej żony utkwił w nim swój wzrok pełny gniewu i pogardy.

         — Pracujesz dla mnie a to znaczy, że pracujesz dla państwa. Góra jest z ciebie zadowolona, więc nie mogę nic ci zrobić, czego żałuję, ale teraz zwracam się do ciebie prywatnie, jako ojciec Iwony i twój dawny teść.

         — Mogę to wyjaśnić — zaczął powoli podwładny, ale przełożony natychmiast mu przerwał.

         — Milcz! Nie chcę słuchać twoich głupich i żałosnych wymówek! Dość się ich już przez te dziesięć lat wysłuchałem!

         — Rozumiem…

         — Chcę żebyś zostawił moją córkę w spokoju. Iwona dała mi jasno do zrozumienia, że nie chce mieć już z tobą nic wspólnego. A ja podzielam jej opinię!

         Piotr Nowicki stał w bezruchu, wysłuchując tego wszystkiego. Mógł go teraz wyzywać i opluwać do woli, a dla niego nie miało to już żadnego znaczenia.  Jego świat legł właśnie w gruzach.

         — Krótko mówiąc masz się od niej trzymać z daleka! Rozumiesz?

         — Tak. Doskonale rozumiem.

         — Więc do roboty!

        Nic dodać nic ująć — pomyślał, kiedy zamykał za sobą drzwi. Spojrzał na kolegów z pracy, którzy słysząc wcześniejsze krzyki z gabinetu teraz gapili się na niego. Jak jeden mąż patrzyli, jak wraca z powrotem do siebie w celu zabrania potrzebnych mu przedmiotów. Tylko jedna osoba nie zwróciła na to uwagi. Do zszokowanego i załamanego Piotra, siedzącego przy biurku podszedł jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miał.

         — Znów zebrałeś opieprz od starego?

         Nowicki uniósł w górę swoje piwne oczy i spojrzał na przyjaciela. Przed nim stał Marek Bartosiewicz — jedyny człowiek, którego darzył zaufaniem i szacunkiem w tym wielkim przybytku miłości i wyrozumiałości. Teraz Marek spoglądał trochę zaniepokojony na Nowickiego, wycierając jednocześnie zaplamioną koszulę papierowym ręcznikiem.

         — A tobie, co się stało? — spytał Piotr, gdy zauważył rozległą brązową plamę na jej powierzchni.

         — To nic takiego — stwierdził Marek jeszcze mocniej pracując ręcznikiem. — Dopiero, co wróciłem z akcji.

         — I jak było?

         — Kolejny żółtodziób?

         — Żeby tylko! — odpowiedział Bartosiewicz, wyrzucając ręcznik do kosza. — Podobno przysyłają tu najlepszych ludzi, a w ciągu dwóch miesięcy zdążyłem oblać już trzech. Dwie godziny temu zabrałem na akcję ostatniego. Mieliśmy złapać klona pierwszej kategorii. Rutynowa procedura. Przygwoździliśmy kopię na dachu jednego z biurowców. 

         — No i?

         — Wyobraź sobie, że mój nowy partner, który notabene w przeszłości pracował, jako nego-cjator w policji rozpoczął tą swoją żałosną gadkę, jakby miał przed sobą jakiegoś przestraszo-nego gówniarza, który ukradł z głupoty paczkę cukierków, a nie klona człowieka. I uświadomił ludzka kopię wierzącą święcie, że jest oryginałem, że tak nie jest. Facet nagle zrozumiał, kim tak naprawdę jest i popadł w obłęd.

         Mężczyzna słuchając relacji kolegi zmarszczył brwi. Miał dość własnych problemów, ale on sam nieraz przeżywał podobne chwile. Znał doskonale procedurę. Pod żadnym pozorem nie wolno było klona wyprowadzić z przekonania, że nie jest prawdziwym człowiekiem. Tak należało postępować z klonami pierwszej kategorii. Odnaleźć obiekt i jak najszybciej go obezwładnić. Najlepiej na odległość i bez zbędnego gadania. Nigdy nie miałeś pewności, jaka bomba umysłowa mogła znajdować się w jego głowie.

         — I jak to się skończyło?

         — A jak to mogło się skończyć? Oszalały klon podbiegł do mojego nic niespodziewającego się partnera, który podszedł w międzyczasie za blisko i wyrwał mu broń, po czym przystawił ją sobie do skroni. Jedne głośne bum i ludzki mózg obryzgał go całego. Nie zdążyłem nawet zareagować.

         — A ta plama? — zapytał Piotr, wskazując na nią palcem. Marek machnął zrezygnowany ręką.

         — To pozostałość po śniadaniu mojego dawnego już współpracownika. Kiedy było już po wszystkim, koleś zwrócił całą zawartość na moją koszulę. Gdybym wiedział, że jest taki miękki to nie próbowałbym go ocucić. Teraz zaś facet będący policyjnym negocjatorem będzie przez trzy następne miesiące pod opieką naszego psychologa. Co za ironia.

         — Ty to masz fuchę — skwitował z lekkim sarkazmem w głosie Nowicki. — Mam teraz zadanie, więc muszę się zbierać. Pogadamy później…

         — Mogę cię odprowadzić? Mam już wolne. Jest coś, o czym chciałem z tobą pogadać w cztery oczy.

         — Jasne. Chodźmy — powiedział Piotr, wyjmując z ramki zdjęcie swojej byłej.

         — Co tam masz? — zagadnął go Bartosiewicz, zerkając mu przez ramię.

         — Nic takiego. Lepiej chodźmy.

         Opuścili razem Agencję. Jego przyjaciel słysząc, że ten nie miał samochodu zaproponował podwiezienie. Jak tylko obaj wsiedli do środka, Marek wyjął ze schowka małe, czarne urządzenie
i postawił je na desce rozdzielczej.

         — Co ty robisz? — spytał Piotr, widząc zachowanie kolegi.

         — Cicho! — Marek mówiąc to przyłożył palec do ust. — Zaraz zrozumiesz.

         Elektryczny silnik zaczął pracować, jak tylko kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce. Marek cofnął do tyłu, po czym obrócił energicznie kierownicą i ruszył przed siebie wprost do bramy, pragnąc jak najszybciej stąd wyjechać.

         — Dokąd cię zawieść. Do mieszkania? — zapytał, jakby nigdy nic jego przyjaciel.

         — Na Dworzec Centralny. Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? Uprzedzam z góry, że ja też mam kiepski dzień.

         — Nie denerwuj się.

         Służbowe audi wyjechało na ulicę, dołączając do innych uczestników ruchu. Agent Marek Bartosiewicz uznawszy, że odjechali już dość daleko postanowił przejść do rzeczy.

         Pasażer na drugim siedzeniu nie zdziwił się ani trochę. Zbyt długo siedział w tym interesie, żeby nie rozpoznać aparatury zagłuszającej. Gapił się za to monotonnie w potok ludzi wylewający się bezwładnie z biur, sklepów i szkół.

         — Gdzie masz podsłuch? — spytał, spoglądając na grupkę cywilów zgromadzoną na przy-stanku autobusowym.

         — Jeszcze nie wiem. Ale na razie jesteśmy bezpieczni.

         — To może wyjaśnisz mi w końcu, o co tu chodzi?

         — Nasz Wydział siedzi w gównie po same uszy.

         Piotr parsknął głośno.

         — Dopiero teraz to zauważyłeś?

         — Nie żartuj sobie ze mnie! Tu chodzi o coś naprawdę poważnego!

         Mina mężczyzny prowadzącego samochód wyglądała groźnie i niebezpiecznie zarazem. Nowicki znał ten wyraz twarzy. Jego przyjaciel podczas służby widział podobne dantejskie sceny jak on, o ile nie gorsze. To właśnie Marek Bartosiewicz był pierwszym i jedynym do tej pory partnerem, jakiego miał.  Pracowali razem przez cztery lata, zanim nie zostali rozdzieleni.

         — Dobra, przepraszam. Mów.

         — Pamiętasz nasze ostatnie wspólne zadanie?

         Piotr przeniósł spojrzenie z szyby na kierowcę. Dlaczego pytał się go o sprawę, która okazała się ich ostatnią? I to w dodatku teraz?

         — Oczywiście, że ją pamiętam. To przez nią nas rozdzielili.

         — Wtedy, sześć lat temu, już po zamknięciu śledztwa jeszcze raz poszedłem odwiedzić tego chłopca w szpitalu.

         Piotra Nowickiego — człowieka, który od dekady uganiał się za genetycznymi podróbkami ludzi przeszły ciarki. Tamta historia sprawiła, że już doszczętnie stracił wiarę w drugiego człowieka i w samego siebie. To w tamtym okresie, nie potrafiąc zatrzymać krzyków w swojej głowie oddał się zupełnie w ramiona alkoholizmu. Sześć lat temu on i Bartosiewicz zostali przydzieleni do normalnego zdawało się śledztwa. Wydział do Spraw Klonów i Nielegalnego Powielania Ludzi skierowało ich obu, doświadczonych już agentów do wytropienia i zamknięcia tajemniczej organizacji dążącej do skopiowania ludzkiego kodu genetycznego. Po tygodniach śledztwa natrafili wreszcie na ślad. Podając się za parę naukowców wniknęli oni do organizacji pod pozorem chęci podzielenia się swoimi badaniami. Udając bardziej dwóch oszalałych geniuszy niż naukowców z prawdziwego zdarzenia udało im się dojść na samą górę. Po długiej i mozolnej pracy pod przykrywką zostali oni przedstawieni przywódcom organizacji. I tutaj obaj przeżyli szok. Osobami kierującymi podziemną grupą nie okazali się groźni, opętani przez demony szaleńcy, czy też zmagający się z własnymi chorobami profesorowie, pragnący poprzez swoją pracę zbawić świat. Okazało się, bowiem nimi być pewne niepozorne małżeństwo w wieku emerytalnym. Dwoje starych ludzi, będących właścicielami wielkiej firmy farmaceutycznej pragnęło wskrzesić swojego zmarłego syna, który stracił życie dawno temu w wypadku samochodowym. Po zdemaskowaniu obojga Piotr i Marek ujawnili swoją tożsamość. Niestety okazało się, że prace nad klonem były już tak zaawansowane, że przed aresztowaniem matka chłopca pokazała im sklonowane ciało jej syna. Obok zaś leżał zamrożony oryginał. Wystarczyło tylko tchnąć w kopię życie, a nastoletni chłopiec powróci do świata żywych.

         Wierni jak zawsze przepisom nie zamierzali do tego dopuścić. Małżeństwo zwierzyło się im z rodzinnej tragedii i opowiedziało jak od momentu śmiertelnego wypadku pracowali nad procesem klonowania wydając na nią fortunę. Wszystko po to, żeby ich ukochany syn powrócił do nich. Kobieta wraz z mężem błagała ich na kolanach, aby pozwolili im obudzić klona. Kierowało nimi nie pragnienie władzy, ale zwykła rodzicielska miłość. Ich żal, ból i cierpienie sprawiło, że dwójka agentów odstawiła etykę zawodową i zawierzyła własnym uczuciom. Ignorując sumienie i zdrowy głos rozsądku on i jego przyjaciel popełnili największy błąd w swoim życiu. Zabawili się w Boga. Pod warunkiem, że oboje rodziców ujawni całą listę współpracowników, włączyli aparaturę i ożywili chłopca. Niczym Dr Frankenstein przywołali z zaświatów młodego człowieka, który otworzył zamknięte do tej pory powieki. I do dzisiaj Piotr nie potrafił wyjaśnić samemu sobie to, co wtedy zobaczył. Chłopiec witany okrzykami i płaczem rodziców usiadł na stole. Obejmowany i całowany przez uszczęśliwionych rodziców zwrócił się do niego. Zadał mu tylko jedno, proste pytanie: Dlaczego?

         Po dziś dzień drżały mu ręce, jak tylko wspominał tamtą chwilę. Pamiętał doskonale każdy szczegół twarzy chłopca. Oczy jak u trupa. Skóra barwą przypominającą popiół, bez najmniejszego chociażby śladu życia. Spojrzenie pozbawione emocji spoczęło wtedy na nim, przenikając go na wylot. Tamtego mrocznego wieczora wiedzieli już we dwóch, że popełnili błąd. Matka i ojciec dziecka zapewniali ich, że postąpili słusznie, ale oni pragnęli się tylko z stamtąd wynieść. Piotrowi przeszło przez myśl, czy może nie zastrzelić chłopaka, ale nie potrafił popełnić morderstwa. Zresztą wcale nie musiał. Nastolatek, mimo, że oddychał tak naprawdę od dawna już nie żył. Z klonowali tylko ciało. Ku przerażeniu rodziców, którzy podarowali lekkomyślnie swojemu dziecku kolejną szansę, chłopiec zaczął miotać się w straszliwych i niekontrolowanych konwulsjach. Rzucając się na wszystkie strony dziecko oszalało. Z jego ust zaczęła wydobywać się piana, a na skórze pojawiły się guzy. Nie wiadomo, czy był to wynik błędu naukowego, czy też sprawka szatana, ale niezbitym faktem było, że chłopca już na tym świecie nie było.

         Zabrano go do specjalistycznego wojskowego szpitala, gdzie próbowano zbadać ten niesamowity fenomen. Piotr mógł się tylko domyślać, co dalej mogło się z nim stać. Najprawdopodobniej przeprowadzono na nim badania i testy. Możliwe też, że odprawiono nad nim egzorcyzmy, ale to nie miało już najmniejszego znaczenia. Nie dla niego. Ich decyzja nie uszła uwadze Agencji. Kazano im napisać wyczerpujący raport. Zostali również we dwóch przesłuchani. Przeprowadzono w ich sprawie dochodzenie, ale ku jego zdziwieniu nie zostali wyrzuceni.  Zapewne uznano, że są zbyt cenni dla Wydziału. Wpisanie do akt nie było żadną karą. Jedyne konsekwencje, jakie na nich spadły była decyzja szefa gabinetu, nakazująca natychmiast obu rozdzielić. Jak argumentowano zrobiono to dla ich osobistego dobra.

         Od tamtej pory Piotr pracował sam. Sam prowadził również śledztwa podczas służby oraz sam pozostawał poza nią. Iwona odeszła po roku, mając już dość zachowania swojego męża. Piotr w kółko pił. I to dużo. Czasami, kiedy brał wolne, mógł przez siedem dni i nocy chodzić pijany. Znajomy barman oglądając jego ekscesy żartował, że na świecie nie ma takiego alkoholu, który zdołałby go powalić. Mimo stężenia procentów nie stracił zdrowia ani pracy. Nie udało się mu też zagłuszyć własnego sumienia.  Żaden drink, czy wódka nie potrafiła tego zrobić. Do kościoła nie chodził, więc z tej drogi nie skorzystał. Za każdym razem, jak tylko wybudzał się z odurzenia uświadamiał sobie, że z własnej głupoty okradł chłopca z najcenniejszej rzeczy, jaką mógł posiadać każdy człowiek: z duszy.

         Pokonując kolejne skrzyżowania Piotr przypomniał sobie tamtą historię. Przez te wszystkie lata starał się jak najmocniej wyprzeć ją z podświadomości a jednak siedzący obok niego człowiek nagle, bez uprzedzenia wyciągnął to na wierzch.

         — Odwiedziłeś go? I mówisz mi to dopiero teraz?

         — Wysłuchaj mnie. Jak się pewnie domyślasz zrobiłem to nielegalnie i bez wiedzy przełożonych. Ale wtedy… wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju. Musiałem się dowiedzieć, co się z nim dalej dzieje.

         — Kontynuuj.

         — Przeniknąłem do szpitala i widziałem…

         — Co widziałeś?

         Bartosiewicz sprawiał wrażenie, jakby miał problemy z mówieniem. Dodał pedał gazu i mijał kolejne samochody niczym tyczki. Piotr wiedząc, że nie biorą udziału w żadnym wyścigu postanowił go nieco przyhamować.

         — Zwolnij trochę!

         — Miałem nadzieję go jeszcze spotkać, przeprosić… — Marek mówił dalej, nie zwracając na niego uwagi. — Ale zamiast tego zobaczyłem, jaki spotkał go los!

         Po czym wcisnął bez ostrzeżenia hamulec, powodując pisk opon. Samochód zatrzymał się tuż przed przejściem dla pieszych.

         — Co go spotkało? — zadał pytanie lekko podminowany Piotr, widząc przechodzącą rodzinę na pasach. — Wykrztuś to z siebie!

         Marek spojrzał na Nowickiego ukazując łzy.

         — Oni… go pokroili! Widziałem na własne oczy!

         — Że co?! — zdumiał się Piotr.

         — Masz problemy ze słuchem? Przecież mówię! Pokroili go na drobne kawałeczki!

         Zapadła długa cisza. Słychać było tylko pracę silnika. Pracownikowi Wydziału, agentowi z dziesięcioletnim stażem zaschło w ustach. Przez cały dzień, jak tylko wstał miał nieodpartą ochotę sięgnąć po butelkę. W tej chwili zaś pragnienie zamieniło się w pożądanie. Musiał się napić i to szybko!

         — Więc mówisz… że pocięli go od tak? — wykrztusił wreszcie jakieś dwie przecznice dalej. Bartosiewicz nie odzywał się, skupiwszy się na prowadzeniu. — I przez ten cały czas trzymałeś to w tajemnicy przede mną?

         — Od tego się zaczęło. Od lat prowadzę własne śledztwo. Zbierałem dowody. Fałszowałem raporty z akcji, a oryginały zabierałem do domu. Udało się mi również nawiązać kontakt z pewną kobietą pracującą w Ministerstwie Zdrowia.

         — Kim ona jest?

         — Nie mogę ci powiedzieć. Dzięki niej do tej pory nie wpadłem. Jej pomoc jest nieoceniona. Ukrywa się pod pseudonimem Hekate.

         — Powiedz mi, zatem, czym zajmuje się nasz Wydział, jeśli nie łapaniem klonów?

         — Teoretycznie chwytamy każdego nielegalnie skopiowanego człowieka, ale nie po to, żeby nie dopuścić do ich niebezpiecznego rozprzestrzeniania się. Łapiemy je, ponieważ tak naprawdę nasz Wydział nie zajmuje się ich zwalczaniem, tylko eliminowaniem konkurencji.

         — Poczekaj chwilę. Zwalczanie konkurencji? Jakiej konkurencji?!

         — To proste. Obaj byliśmy świadomi, że babramy się w gównie, ale o nic nie pytaliśmy. Im mniej wiedzieliśmy tym lepiej. My nie służymy ojczyźnie, Piotrek.

         — Więc komu?

         — Pewnej grupie ludzi, która zarabia na tym krocie. Sklonowane zwykłe, niepozorne i przeciętne osobniki likwidujemy. Bardziej unikatowe, jak na przykład tamten chłopiec trafiają na stół i stają się obiektem strasznych eksperymentów. Wszystko po to, żeby ludzie, dla których pracujemy zyskali przewagę nad resztą i zdominowali rynek.

         — Jaki rynek? O czym ty mówisz?!

         — Jeszcze nie rozumiesz? Klonowanie to dochodowy interes! Tak dochodowy, że niektórzy zrobią wszystko, żeby na nim zaistnieć! Po to stworzono nasz Wydział. Rodzice tego nieszczęsnego chłopaka byli właścicielami firmy farmaceutycznej, która pewnie by dzisiaj przodowała w procesie klonowania. To my, nieświadomie we dwóch rozbiliśmy ją od środka. Pozbyliśmy się konkurencji!
         Nowickiemu zaczęło ciemnieć przed oczami. Od słuchania tych rewelacji miał zawroty głowy.

         — Kto pociąga za sznurki?

         — Politycy, biznesmeni oraz paru naukowców i wojskowych. Mieszanka z diabła rodem.

         W międzyczasie dojechali do Dworca Centralnego. Obskurny i zaniedbany budynek straszył już z daleka swoim wyglądem. Marek zwolnił, szukając jakiegoś wolnego miejsca do parkowania.

         — Odważny jesteś — powiedział, nie kryjąc podziwu Nowicki. — Grałeś swojego, a tym-czasem szpiegowałeś cały Wydział i Agencję. Daleko zaszedłeś, ale nie boisz się, że w końcu cię złapią?

         — Pytasz się człowieka, który ma żonę i córkę. Ryzykuję życiem swoim i moich bliskich. Ale robię to też dla nich. Nie powiedziałem ci jeszcze jednego

         Człowiek siedzący obok zastanawiał się, czego jeszcze mu nie powiedział samozwańczy szpieg.

         — Aż boję się zapytać.

         — Za rok o tej porze Sejm uchwali ustawę legalizującą klonowanie w całym kraju. Podobnie postąpią w Stanach i całej Unii. Każdy, kogo na to będzie stać będzie mógł wejść do kliniki i zażyczyć sobie swojego własnego klona, jakby kupował zabawkę w sklepie.

         — Jesteś pewny?

         — Hekate przesłała mi kopię rządowych dokumentów. Już nad nią pracują.

         Piotr Nowicki nie zamierzał się kryć, co o tym wszystkim myśli.

         — Musimy ich powstrzymać! Wyobraź tylko to sobie! Jakaś paniusia z bogatego domu będzie prowadziła się po ulicy z własnym sobowtórem, trzymając ją jak na smyczy. Cholera!

         — Wiem stary — odpowiedział smutno Marek, kiedy parkował wóz wciskając się w wąską wnękę między dwoma samochodami. — Dlatego chciałem prosić cię o twoją pomoc. Tylko tobie mogę zaufać. Do tej pory nic ci nie mówiłem, ponieważ sam miałeś kłopoty z żoną i z…

          — I z alkoholem? To chciałeś powiedzieć, prawda?

          — Tak.

         — I miałeś rację. Byłbym kiepskim sprzymierzeńcem — słysząc to Marek opuścił brodę. — Twoja sprawa zmieniła trochę moje plany, ale pomogę ci.

         Były partner Nowickiego ożywił się natychmiast i poklepał go po ramieniu.

         — Dzięki, stary.

         — Nie ma sprawy. Wiem, że ty też byś mi pomógł. Musisz tylko poczekać, jak wrócę z Wrocławia.

          — Czemu?

          — Sam nie wiem. Ta sprawa jest… jakaś dziwna.

          — A powiedz mi, jaka sprawa w naszej pracy nie byłaby dziwna? Łapanie ludzi, którzy w ciągu doby z zarodków zamieniają się w dorosłych mężczyzn i kobiety nie można raczej nazwać normalnym zajęciem. — odpowiedział Piotr, wysiadając z samochodu. — Dzięki za podwiezienie.

         Ciche trzaśnięcie i Bartosiewicz został sam. Odprowadził wzrokiem Nowickiego spieszącego się na pociąg. Uruchomił ponownie silnik i powiedział sam do siebie:

         — Masz rację, przyjacielu.

         Przeciskając się między anonimowymi ludźmi, Piotr dobiegł na czas na peron i pokazał pracownikowi kolei służbową legitymację. Dzięki niej agenci mogli poruszać się bez przeszkód po całym kraju. Mogli korzystać też z każdego środka transportu, mogąc w nagłych wypadkach zajmować miejsca zarezerwowane przez zwykłych pasażerów. I wszystko zgodnie z prawem. Dość niespotykany luksus biorąc pod uwagę, że tak naprawdę łamał on prawo non stop. Będąc już pewnym, w której drużynie gra zajął on duży, wygodny przedział i wyciągnął mały osobisty komputer. Włączył go, chcąc nagrać wiadomość. Nagrywając ją wyjął zdjęcie żony, patrząc przy okazji na jej piękne i łagodne oblicze. Miał przed sobą długą podróż. Miną trzy godziny zanim dotrze do Wrocławia.

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 2931  |  Dodano: 2013-08-25 09:09  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Ty zawsze przy mnie stój
opowiadania 2017-11-19 18:24
Nie wiedział jak to możliwe, ale miał przed sobą największego wroga i najlepszego przyjaciela w...
Samotność
poezja 2017-11-18 18:11
Król Marzeń
bajka 2017-11-17 12:46
Bajka dla dzieci i dla dorosłych - zwłaszcza dla dorosłych.
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com