Piwo
liczba publikacji: 4
liczba punktów: 1370

Czerwone róże

Czerwone róże rozciągały się prostokątnymi dywanami, wypełniając w całości niewielki ogródek od frontu, jak i wolną przestrzeń na tyle, i brzegach małej posiadłości. Ich piękno stanowiło duży kontrast z domem zbitym z dębowych desek, bardzo zaniedbanym, ale wciąż solidnym i dającym schronienie. Przypominał fregatę z osiemnastego wieku, zakotwiczoną w odmętach przeszłości, której kapitan zabronił płynąć z duchem czasu. Do miejsca, gdzie zaczynały piętrzyć się kwiaty wiodły frontowe drzwi otoczone zadaszonym gankiem, który jako jedyny nie przetrwał próby czasu. Z ganku na dół prowadziło kilka stopni oskrzydlonych przez dwie pokryte sękami poręcze; były tak stare jak ten dom. Stanowiły tylko dopełnienie wizualne do schodów i ganku, bo jeśli ktoś chciał by sprawdzić ich przydatność w praktyce, bez wątpienia pokonał by odległość ganek-ziemia z szybkością pikującego sokoła.

Róże otaczające dom, dodawały mu pewnego bajkowego uroku, dawały też poczucie bycia potrzebnym komuś, kto oprócz niewielkiej posiadłości i wielu wspomnień zalegających na pułkach umysłu, nie posiadał niczego. Pomagały nie dać się zwariować w tej samotni. Aby rosły, należało dbać by ziemia była żyzna. Okrywać je przed słońcem, gdy dni były zbyt gorące, i chronić przed zimnem w coraz chłodniejsze noce zwiastujące koniec lata.

Przygarbiona kobieta pochylała się nad nimi, przeczesując wzrokiem glebę u podnóży łodyg. Nie chciała dopuścić aby żaden chwast ani źdźbło trawy zakłóciły ich wzrost. Potrafiła spędzać całe godziny doglądając ich, czasem coś szepcząc pod nosem, a kiedy indziej wygłaszając pouczające mowy jak do dzieci nieświadomych zagrożeń, uczących się bycia odpowiedzialnymi, starszymi a kiedyś dorosłymi.

Srebrne teraz włosy tak jak przed laty upinała z tyłu w kok. Na twarz wstępował ten sam pełen nadziei i obaw wyraz, w chwilach gdy jej serce przepełniało się troską. Taki sam... Jak w młodości...

Nie zmienił się, mimo upływu lat. Mimo, że wyrażała go teraz twarz pokryta skomplikowanym kodem zmarszczek wyrzeźbionych dłutem czasu - narzędziem najbardziej cierpliwego z artystów.

            Znieruchomiała gdy wspomnienia uśpione jak wieczne mumie, nagle ożyły.

 

            Okryła syna kołdrą, aż po samą szyję.

-     Ciepło ci?

-     Poczytasz mi dziś?- odrzekł malec ignorując pytanie.

Uśmiechnęła się, otwierając przygody Tomka Sawyera na sześćdziesiątej trzeciej stronie. Chłopiec uwielbiał tą książkę. Znał ją prawie na pamięć, jednak nigdy nie nudziła mu się. Można by porównać jego umysł do żołądka, któremu nigdy nie jest dość ulubionej potrawy. Leżąc, wsłuchiwał się w każde usłyszane zdanie, otwierając szeroko piwne oczy, w których tańczyły niewyraźne refleksy słabego światła naftowej lampy. Zdawał się patrzeć w jakiś nieokreślony, odległy punkt małego pokoju z odrapanymi ścianami, lecz znajdował się już gdzie indziej. W świecie swojej ulubionej książki i zawadiacko uśmiechniętego urwisa znad Missisipi. Gdy tak leżał, wsłuchując się w słowa matki, jego oczy lśniły. Oczy, widzące świat nierealny, świat wyobraźni.

Takiego go zapamiętała z czasów, gdy był dzieckiem.

Staruszka zepchnęła całą siłą woli niewyraźne obrazy w dalszą część pamięci, tak, jak chowa się zdjęcia na dno szuflady w obawie, że w kupce nieuporządkowanych fotografii znajdą się też te nie miłe dla oczu.

 

Dzikie zielone kępki walczyły o każdą odrobinę światła,  chcąc udowodnić, że  są w stanie dorównać arystokratycznym czerwonym damom, i wcale nie są gorszą klasą społeczną wśród reszty flory. Staruszka pochyliła się odbierając im tą szansę, bez sentymentu wyrywając każdego z niechcianych na salonach gości. Poczuła ból w krzyżu, przykucnęła. Promienie porannego słońca odbijały się od jej mokrego czoła, a delikatny południowy wiatr przynosił ulgę. Chwyciła kolejny chwast, dłonią osłoniętą ogrodową rękawicą, ten jednak, stawiał duży opór. „-Nie da rady, bez narzędzi”- pomyślała wzdychając. Wstała, wolnym krokiem zmierzając w stronę ganku, gdy pamięć znów ożyła...

 

Chłopak wbiegł do domu, niedbale rzucił plecak na kanapę, obrócił się w miejscu i żwawo pomaszerował w stronę drzwi.

- Dokąd to!?- zapytała szybko, zanim zdążył zamknąć je z drugiej strony - obiad na stole, co z tobą?

- Mamo nie mam czasu... - odpowiedział lekceważąco, w sposób podobny, gdy to odpiera się atak natarczywej muchy pacnięciem łapki.

-     Znów zadajesz się z tymi chuliganami, których wyrzucono ze szkoły?- nie czekając na potwierdzenie, dodała: -Wiesz co o nich myślę, prawda? To nie koledzy dla ciebie.

-     Sam wybieram sobie przyjaciół...- odparł pogardliwie.

-     Przyjaciele ciągną cię na dno, są jak kamienie przywiązane do twojej szyi!- krzyknęła- Świetnie pływasz, ale rzeka w niektórych miejscach jest bardzo wzburzona. Nabiera pędu. Staje się zdradliwa, już teraz ledwo utrzymujesz się na powierzchni!- Krzyczała, pełna bezsilności, i troski.

      Krzyczała pełna obaw, i pewna swoich słów. Lecz one trafiały w mur za którym zręcznie krył się szesnastoletni młodzieniec; żadne nie mogły znaleźć luki w dźwiękoszczelnych cegłach, i przebić na drugą stronę, do serca, sedna zrozumienia.

Pierwszy raz schował się za tym murem w wieku trzech lat, bojkotując dodatki typu- marchew i groszek do potraw. Następnie gdy miał czternaście. Przyprowadził go wtedy do domu szkolny pedagog, trzymając chłopaka za kark, chwilami zaciskając masywne palce mocniej na chudej szyi gdy ten próbował się wyrywać. Po przybyciu na miejsce, wygłosił kazanie jakiego to chama wychowała jego matka. Drwiącym tonem, pełnym sztucznego uniesienia ogłosił, że jej idealny synek nazwał profesora Stewensona „przegranym palantem i ćwokiem”. Następnie dzieciak wyszedł z sali, trzaskając za sobą drzwiami (nie zdawał sobie sprawy, jakim twardzielem był w tej chwili w oczach rówieśników). Pedagog nie wspomniał, że wina leżała po stronie nauczyciela. Zapomniał przytoczyć słowa swojego wieloletniego przyjaciela anglisty, poprzedzające zachowanie chłopca: „-Po matce nie masz niczego oprócz arogancji, a głupotę na pewno odziedziczyłeś po ojcu”.

Tyle, że chłopak nie znał ojca. Zginął w wytwórni szyn kolejowych czternaście lat temu, kilometr od miasteczka w którym mieszkał razem z ciężarną żoną. Wypadek, którego podobno był sprawcą, oprócz jego samego,  zabrał jeszcze trzy inne osoby. Jedną z ofiar był syn miejscowego nauczyciela języka angielskiego. Podobno w małych miasteczka ludzie nie potrzebują sądów aby wskazywać winnych. Podobno człowiek zapomina z czasem, ale nie wybacza nigdy.

            Chłopak nie bronił się, nie tłumaczył gdy padały kolejne pytania:

-         Co się stało? Co ty wyprawiasz?- Stał wtedy, i tylko słuchał.

Pedagog patrzył na niego tryumfalnie, jak by miał za chwilę dorzucić swoje pięć groszy do umoralniającej gadki, jaką wygłaszała synowi matka: „-Powiedz tylko słowo, a pożałujesz szczeniaku”- mimo, że nie wypowiedział tych myśli na głos, to wręcz wylewały się z niego. Jak wezbrana rzeka z koryta, gdzie wał przeciwpowodziowy będący mimiką i wzrokiem, został właśnie przerwany. Tamtego dnia zawieszono Marcusa na tydzień w prawach ucznia. Szkoła ma swoje sposoby, zwykle pomaga postawienie niesfornego młodzika w trudnej dla niego sytuacji. Czasami pomaga to podporządkować sobie kilka osób, ale zawsze znajdzie się ktoś z nader buntowniczym charakterem.

            Teraz już jako szesnastolatek, był jeszcze trudniejszy. Miał swój świat, i budował go z jemu podobnymi buntownikami. Nie potrafił wyrażać siebie w inny sposób, jak negowanie tego, co go otacza. Zanegował więc słowa matki, zignorował ją. Założył kurtkę, ruszył. Zdążyła jeszcze powiedzieć: „-Marcus, ani mi się waż...”- po czym trzasnęły zamykane z zewnątrz drzwi. Nie wrócił na noc. Jak się później okazało, nie tylko na tą jedną.

 

            Staruszka podniosła wzrok, a jaskrawe światło przegoniło obrazy z pamięci. Słońce wspięło się wysoko na nieboskłon, dochodziło południe. Westchnęła, spoglądając na swój cień, który zdawał się być parodią jej samej. Drwił z niej, rozłożony nierówno na kamieniach i kępach trawy. Wyciągnęła przed siebie suchą, niesymetryczną dłoń. Rozłączyła palce. Nierówne, zniszczone wieloletnią ciężką pracą, przypominały małe wijące się węże. Zawiesiła przez chwilę spojrzenie na dłoni, po czym przeniosła wzrok na ziemię. Pięcioramienna rozgwiazda izolowała się z ozłoconego przez słońce podłoża, wyraźnymi szarymi liniami. Przypominała te wyrzucane podczas sztormu na plażę, którym odbierały barwy palące promienie chwilę po tym, gdy chmury ustępowały, a fale powracały do głębin. Moment zamyślenia przerwał silny podmuch południowego wiatru. Kwiaty wykonały ukłon w stronę domu. Selena obróciła głowę, kątem oka dojrzewając ciemne masy chmur górujące na horyzoncie. Łączyły się z ziemią kilkaset metrów niżej długimi błękitnymi warkoczami, szczególnie wyraźnymi, gdy ich ciemne kłębiaste tło, na ułamki sekund rozświetlały błyski. Zbliżał się deszcz. Kolejny poryw wiatru zatrzymał się na froncie domu. Kilka desek zamruczało jak leniwe koty przeganiane z ciepłych kominków. Staruszka skierowała się w stronę domu, zachęcana do szybszego marszu przez ponaglający z tyłu wiatr. Spostrzegła, jak wyraźny wcześniej jej cień, tracił  teraz kontury; jak gdyby reszta świata zdecydowała się przybrać jego barwę. Pierwsze obłoki zakryły słońce, były jeszcze zbyt rzadkie, aby spowodować ulewę, jednak szybko zmieniały swój wyraz z niewinnego, na coraz poważniejszy.

            Weszła do domu, zamykając za sobą drzwi. To samo wnętrze, jak przed laty. Żadnych unowocześnień. Chwyciła wygodny bujany fotel, pamiętający czasy drugiej wojny światowej. Przesunęła go pod okno wychodzące na wprost nadciągającej nawałnicy. Z tego miejsca wyraźnie widziała swój czerwony ogród; teraz zachowywał się jak niespokojny ocean.. Kwiaty falowały i uginały się do granic możliwości, po czym znów się prostowały. Zaniepokoił ją ten widok. Pierwsze krople przyciemniły spieczoną ziemię, kolejne, zeszkliły rozłożone w całej okazałości czerwone płaty, wyniesione wysoko przez silne łodygi. W przeciągu następnych kilku minut pociemniało. Ciężkie kłęby czarnego dymu zasnuły niebo, wygrywając walkę ze światłem. Wszystko na zewnątrz przybrało jednolity odcień szarości, cienie znikły, jak kiedyś Marcus.

            Wspomnienia wbijające się lodem w serce, zniknąć nie chciały. Odpychane, jedynie nabierały wyrazistości. Z kolei zasłaniane chmurami zapomnienia, traciły kontury, jednak rozciągały się wtedy jak wielki ciemny pryzmat, przez który człowiek patrzy na świat. Wiedziała, że dalsza walka z umysłem nie ma sensu. Wszystko co człowiek zapamiętuje, od razu – bądź po latach – wraca do świadomości, domagając się ułożenia przez nas w odpowiedniej kolejności z numerem identyfikacyjnym, oraz kodem określającym stopień ważności.

Było niemal równie ciemno, jak tamtego niezapomnianego wieczora, gdy siedziała przy oknie obserwując podobną do tej burzę. Kolejne klatki trójwymiarowego filmu spłynęły z nieba razem z deszczem, tuż przed jej oczy.

 

Nie spała, mimo późnej godziny, czekała na syna przy świetle naftowej lampy. Usłyszała pukanie do drzwi. O tej porze? Zdziwiła się. Marcus miał klucze, nigdy nie pukał.  Za oknem migały błyskawice, a grzmoty grały złowrogo brzmiący koncert. Krople tańczyły w jego rytm, siekąc szybę coraz to nowymi falami ciskanymi przez porywy powietrza. Wstała z fotela. Rytmiczne pukanie nie ustawało. Nie chciała otworzyć, wahała się jak by drzwi stanowiły barierę dzielącą od nieznanego. Dała krok naprzód, próbując siłą woli zignorować wewnętrzne obawy, gdy usłyszała za sobą potworny trzask, jak dziesiątki grających w tej samej chwili małych dzwoneczków. Selena odwróciła się natychmiast. Wiatr i deszcz wdarły się do salonu, penetrując każdy kąt pomieszczenia. Po szybie w okiennych ramach została tylko pusta przestrzeń. Wśród potłuczonego w drobny mak szkła na podłodze, leżał gołąb. Białe pióra zaczynały przybierać barwę purpury. Żył, machał skrzydłami, panicznie, lecz zbyt słabo aby poderwać się do lotu. Ostatni podobny obraz widziała, gdy Marcus jako dziesięciolatek trenował strzelanie z procy do celu. Trafiony w locie ptak koloru śniegu, w ciągu sekundy pozbawiony gracji i dostojnego piękna upadł pośrodku małego ogródka, tuż u stóp ciemnoczerwonej róży, wokół której ziemia przybrała kolor jej płatów. Kolor ten, barwił ziemię jeszcze długo po tym, gdy ptak przestał się ruszać, a w sercu Seleny, na długo pozostała świadomość ulotności piękna. Z kolei w sercu Marcusa, z pewnością na długo pozostało poczucie winy, a w pamięci bura, jaką dała mu matka.

-         Czy wszystko w porządku? Nic pani nie jest?- Dobiegł głos zza drzwi wejściowych.

Selena wyrwała się z odrętwienia, podeszła do nich. Nie była pewna, czy to co się dzieje wokół to sen, czy jawa.

-         Nic mi nie jest. Kto tam?- odparła niepewnie.

-         Policja, proszę otworzyć.- odpowiedział tłumiony przez ulewę głos.

Na te słowa wyciągnęła rękę w stronę wejścia, w sposób nieświadomy, mechaniczny. Jak żołnierz wypełniający zadanie na odpowiednią komendę. Drżała, lecz nie z zimna. Zamek szczęknął pod naporem delikatnych palców. Uchyliła drzwi, gdy wiatr wepchnął je do środka otwierając na oścież, zawirował w pokoju i znalazł ujście w pustej ramie okna. Zmrużyła oczy, osłoniwszy twarz dłonią.          

W progu ukazał się postawny mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki, z orlim nosem i ciepłych rysach twarzy. Jego mundur, który powinien być granatowy wydawał się teraz czarny. Nie wiedziała nawet, kiedy skończył się dzień. Opuściła dłoń mimo uderzających w delikatną twarz zimnych kropel. Dostrzegła drugą postać -  bardzo młodego chłopaka, również w policyjnym uniformie. Ten młodszy zachowywał się jak wstrząśnięta oranżada, nerwowo przebierając palcami uciekał wzrokiem przed jej spojrzeniem, co w innych okolicznościach można by uznać za skruchę lub nieśmiałość.

-          Nazywam się John Wildstone – rzekł ten starszy – to mój kolega po fachu Tim Zengan –

wykonał płynny ruch dłonią w jego stronę, bardziej wyuczony niż uprzejmy. –  Co to był za hałas?

-         Gołąb rozbił mi szybę w salonie, musiał nie zobaczyć jej w ulewie, leży martwy pod...

Odwróciła głowę by go wskazać, ale nie zobaczyła nic poza potłuczonym szkłem. Policjant spojrzał ponad jej ramieniem, w głąb pomieszczenia. Dostrzegł jedynie rozbitą szybę i jej odłamki na dywanie. Niepokój wywołany hałasem za drzwiami znikłł z jego brwi, zastąpiony przez poczucie obowiązku. Przyjechał tu w zbyt ważnej sprawie, żeby bawić się w detektywa od potłuczonych szyb.

-     Szukamy pani Matterson, Seleny Matterson – powiedział John Wildstone, mimo, że był niemal pewien kogo ma przed sobą.

Patrzyła pełna zdziwienia na rozrzucone chaotycznie resztki szkła. Jej dolna i górna warga już się nie stykały.

-     Proszę pani? – ponaglił Wildstone.

-     Tak? – otrząsnęła się -  Tak. Tak to ja, tak się nazywam. Co się stało? Bo podejrzewam, że nie odwiedzili mnie panowie w sprawie rozbitego okna ...-  Wyjęła mu to z ust, maskując strach ironią, mającą imitować odwagę.

-     Chodzi o pani syna – wystrzelił nagle Tim jak ta oranżada, którą zbyt długo się potrząsa. John obrzucił go karcącym spojrzeniem. „Nigdy nie pozwalaj w takich sytuacjach snuć ludziom domysłów Tim. Nie wolno owijać w bawełnę, ale też nie można być bezpośrednim jak cios boksera wagi ciężkiej. Najgorsza prawda będzie lepszym sprzymierzeńcem dla ich bliskich, niż tysiąc różnych domysłów w jednej sekundzie” – powiedział mu kiedyś John.

      Mimo zimna Selena była rozpalona. Strużki potu spływały po jej ciele przyciemniając białą bluzkę na zmianę z kroplami zacinającego deszczu. Zdenerwowanie można było wyczytać jedynie z dwóch szybko pulsujących, symetrycznych miejsc na jej szyi, tym wyraźniejszych im mocniej strach zaciskał na niej swoje macki.

      Kontynuował Wildstone.Mówił bardzo spokojnie. Spokój ten, wdzierał się w jej umysł jak koń trojański, z każdym słowem. Czekała na następne zdania, niczym wystawowy manekin na gapiów.

      Gdy skończył, stała wciąż w tym samym miejscu, w progu. Wydawało się, że patrzy nie na niego lecz przez niego, na gęstą ciemność za jego plecami. Zemdlała.

 

      Staruszka siedziała w bujanym fotelu przy oknie. Błyskawice na ułamki sekund wybielały jej siwe włosy. Deszcz uderzał w dach coraz szybciej. Serce biło coraz wolniej. W widoku za oknem znajdowała spokój. W wieloletniej cichej rozpaczy, takiej, której sąsiedzi nigdy nie zauważają  bo krótkowzroczność ludzka ślepo podpowiada, że wszystko jest w porządku -  czuła się bardzo samotna. Na środku ogrodu czerwonego tak silnie, że aż oszałamiającego barwą rysował się półokrąg szarego kamienia. Przeszył ją ból, niemożliwy do uśmierzenia przez żaden z istniejących środków. Ból z tych, które nie wyrządzają fizycznej krzywdy, a mimo to odbierających oddech. Dwie perły uwolniły się z jej oczu, pokonując nierówną skórę na policzkach jakby z wysiłkiem. Na kamiennym półokręgu widniał napis. „Marcus Matterson – 1946 – 1962. Wieczny, w pamięci. – dla syna, kochająca matka”.

      Godzinę później deszcz osłabł, by za chwilę ustąpić całkowicie. Ta burza była zupełnie inna od tej sprzed lat, pomyślała. Było popołudnie, i po tej ulewie wyszło słońce. Cienie rozbiegły się, jak stado gawronów uciekających w popłochu. Świat za oknem, mienił się milionem rozrzuconych kropel. Selena z trudem zaczerpnęła oddech.

-         Piękne... – wyszeptała.

Z tym słowem na ustach, zamknęła oczy i zasnęła.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 6021  |  Dodano: 2010-02-24 03:41  |  Punkty od użytkowników: 4.40
Komentarze
Zobacz również
Ty zawsze przy mnie stój
opowiadania 2017-11-19 18:24
Nie wiedział jak to możliwe, ale miał przed sobą największego wroga i najlepszego przyjaciela w...
Samotność
poezja 2017-11-18 18:11
Król Marzeń
bajka 2017-11-17 12:46
Bajka dla dzieci i dla dorosłych - zwłaszcza dla dorosłych.
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com