Rybert de Nitro
liczba publikacji: 50
liczba punktów: 1371

OGÓLNA TEORIA PRZYCISKANIA

(opowiadanie przyzakładowe)

-ludziom pracy-

Kiedy wpadłem zdyszany jak koń po westernie do lokalnego dragstoru (znów spierdolił mi tramwaj), z ulgą zobaczyłem, że stoi przede mną jedna jedyna persona. Ziołowe tabletki uspokajające wydawały się sprawą najwyższej wagi przed kilkugodzinnym mityngiem motywacyjnym, szczególnie, że placebo działa na mnie nawet wtedy, kiedy wiem, że nie działa, bo przecież wiem, że łykam placebo. Jednak dzięki temu dalej mam świadomość wszystkiego, co robię i jak robię, albo jeszcze precyzyjniej, mam świadomość tego, czego nie zrobię, a przecież zrobić mógłbym. Jak kiedyś po jedynym (jak dotąd) nafaszerowanym chemią medykamencie, kiedy spytałem teścia: „A ty kurwa, kto jesteś?”. Musiał grzecznie odpowiadać swoim pedagogicznym basikiem: „Ojcem twojej żony, Renaty. Renata wyszła za ciebie za mąż”. To akurat pamiętałem z USC. Nota bene Hendrixowi ten materiał by podjechał.
Entuzjazm okazał się jednak przedwczesny.
- Mówię po raz setny, że mam tu opakowanie od tego leku i z tego, co się dowiadywałam, i to w wielu miejscach, to jednoznacznie nie wiadomo czy mam te globulki stosować dopochwowo, czy doustnie – z kontekstu wynikało, że rozmowa toczy się już chwil kilka i ma charakter zdecydowanie rozwojowy.
Z trudem powstrzymałem się od dygresji, że istnieje jeszcze trzeci, równie istotny wariant absorpcji, o którym szanowna przedmówczyni nie raczyła wspomnieć. Mianowicie problem globalnie można rozwiązać poprzez zastosowanie metody eliminacji w drodze negatywnej selekcji. Ergo, poza wyżej wzmiankowanymi otworami powinna go sobie również spróbować wsadzić w dupę.
Jeżeli nie wyjdę stąd za trzy minuty będę bardziej wkurwiony, niż byłem przed wejściem do dragstoru.
- Panu się pewnie spieszy – osoba o ezoterycznie moherowej powierzchowności dość niespodziewanie dostrzegła, jak nerwowo przebieram nogami. Musiała uznać w nagłym przebłysku, iż świat nie rozwiąże ad hoc jej egzystencjalnych problemów w trakcie tak krótkiej werbalnej wymiany poglądów, albo zadzwoni z tym do radia (jak piszę radio, to wiadomo jakie radio - jest jedno radio) dzieląc się problemami ze słuchaczami.
- Jakiś ziołowy preparat na uspokojenie – wydukałem i pani w białym kitlu podreptała do regału pełnego formuł medycznych i za chwilę już jeden problem miałem z głowy.
Co z tego, że to nie działa. Skoro jak się tym oszukuję, to na mnie działa. Musi być niezły ze mnie kanciarz. Na razie tylko siebie robię w konia.

Najwyraźniej spotkanie zaczęło się o czasie, bowiem odwalony jak szczur na otwarcie kanału pełniący (od zarania dziejów) obowiązki prezesa, regularnie pierdolił już trzy po trzy (tzn. po tym jak powiedział „dzień dobry” i jak to niezmiernie miło jest mu witać). I pewnie bym na nie zdążył, gdyby nie trzy przecznice, (co przewidziałem), a na nich trzy czerwone światła, po trzy minuty każde (nie przewidziałem). Jak ktoś ma pecha to i w dupie palec złamie.
Przez niewyróbkę temporalną musiałem usiąść na jedynym wolnym krześle w drugim rzędzie, tuż za linią frontu obsadzoną przez japiszonów. Przede mną sapał ze zrozumieniem dupowłaz, któremu miesiąc temu wmówiłem, że w bufecie jest gazowany sok pomidorowy. Od kiedy zamówił go na lancz (nie kurwa na drugie śniadanie), omija mnie słusznie szerokim łukiem. Od całej reszty odstawał osobnik z wąsami jak szczota do kibli, zalegający po mojej lewicy, z wyglądu przypominający nieco Krzysia Krawczyka (po osuszeniu kilku cystern technicznego spirytusu), zwany potocznie Jaktokiem, ponieważ kiedy się werbalizował, rzadko wykraczał poza: „Jak to k…. nie ma kawy”, „jak to k…nie działa internet”. Kiedyś Jaktok był trepem w stopniu majora, jednak po przepracowaniu 15-stu lat w służbie ojczyzny postanowił zostać emerytem. Poza tym, że był emerytem, był także zięciem. Zięciem pełniącego obowiązki, dzięki czemu był również kierownikiem. Kierownikiem powołanego w tym celu działu restrukturyzacji, systemowych wdrożeń i opiniowania projektów. Jedno trzeba mu oddać, nie bał się niczego. Żadnej skarbówki, sanepidu, odbiorów technicznych, dampingów. Nie wiedział, co to strach. Wynikało to z tego, że Jaktok nie wiedział nic, co nota bene stało się jego największym atutem. Na jego widok nachodziła mnie przerażająca myśl, że do niedawna mógł chodzić po mieście z bronią. Raz mi się przyśnił przy tablicy w polowym mundurze, jak z wskaźnikiem a la Słodowy omawiał swój autorski projekt: „Dzięki temu urządzeniu każda torpeda, która nie trafi do celu wraca do bazy…”. Dla zatarcia wrażenia nepotyzmu po drugiej stronie sali prężył się Jaktok junior – stażysta i karateka w jednym, fan seriali akcji i strażnika Teksasu oraz zwolennik permanentnej wojny o pokój na świecie dla zabicia biedy. Co prawda, mnie również Chuck interesował, ale od strony socjopatycznej – koleś z gównem w oczach potrafił zabić kilkunastu ludzi,zanim przejechały początkowe napisy odcinka. Po mojej prawej stronie siedział prawdziwy chuj, więc o nim nie napiszę. Może tylko tyle, że chuje mają najgorzej, bo nigdy się nie śmieją.
Ton pełniącego obowiązki wyraźnie zasugerował przedstawiane w inwokacji prawdy objawione, zastygłem więc w głupio-mądrej pozie.
- (..) następnie motywacja i integracja (..) a więc działania podejmowane wskutek współdziałania (..) łączy się z tym umiejętność słuchania (..) umiejętność odniesienia się do tego, co inna osoba ma do powiedzenia.
Czyli jego. Nadumysła.
- (..) mam nadzieję, że w przedstawionych przeze mnie aspektach rozwinie się twórczo panel dyskusyjny (..) – skróty autora.
Motywację mam zarysowaną na solidnym fundamencie. Jak mnie wyleją, stracę fundusze na browar, fajki, wycieczki, książki (nie śpimy na nafcie)czy żeby regularnie dorzucać do czynszu połowie lokatorów, którzy mają głęboko w poważaniu tak ziemskie sprawy, jak zobowiązania wobec spółdzielni mieszkaniowej.
Integracji chyba dalej niż w zeszły łykend posunąć się nie da, a jeżeli się da, to będzie niezwykle trudno (zresztą nie wiem czy chciałbym w tym uczestniczyć). Żeby była jasność, ten postulat akurat popieram w pełnej rozciągłości, szczególnie, że w ostatnim kwartale zarysował się niezwykle silny trzon grupy uderzeniowej. Nie osłabił go nawet drobny incydent podczas nieoficjalnego sobotniego meetengu, doznany przez nowego skarbnika i zastępcę głównego księgowego. Kiedy próbowali pokonać wspólnymi siłami ulicę (integracja), jednak nie wszerz, ale wzdłuż (innowacyjność, poszukiwanie nieszablonowych rozwiązań), zostali przez policyjny patrol przewiezieni do lokalnej izby wytrzeźwień za naruszenie porządku na drodze publicznej. Wspólne działania jawią się jako skutek integracji, tak więc koniunkcja zastosowana przez peo prezesa w założeniu już obarczona jest błędem logicznym. Natomiast, jeżeli chodzi o umiejętność słuchania innych i odniesienia się do tego, co mają do powiedzenia, też nie jest chyba najgorzej (vide sobotnia koncepcja wysunięta przez nowego programistę: „A może do tych zgrzewek byśmy dokupili odrobinę wody ognistej?”. Standing ovation). Na wszelki wypadek postanowiłem nie werbalizować przemyśleń.

Jedną z najbardziej oderwanych od rzeczywistości rzeczy, jaką można w rzeczywistości popełnić jest pisanie życiorysu, tudzież listów motywacyjnych. W znakomitej większości przypadków, jeżeli nie nakłamiesz, nikt prawdopodobnie uważniej nie zerknie, jeżeli nakłamiesz jesteś kłamcą. W poważaniu mam fakt czy moja znajomość mandaryńskiego w stopniu komunikatywnym okaże się fikcją, jeżeli jednak podczas pisania własnej historii sam robię się w konia, to raczej nic dobrego z tego na dłuższą metę nie wyniknie. Białe kołnierzyki przede mną znają biegle (minimum) dwa języki obce, dwa w stopniu średnim, każdy ma ze trzy kursy przedsiębiorczości i od początku kariery zawodowej znajduje się na kierowniczym stanowisku (clearing manager). Najgorsze jest jednak to, że uwierzyli w to, co napisali. Bo jeżeli pisze się taki życiorys, to żeby taki właśnie mieć.
Ryzyko zawsze jednak jest. Ale no risk, no fun. Za miesiąc ma przyjechać austriacka delegacja dużego koncernu IT. Stąd zarząd, opierając się na posiadanych informacjach wyznaczył osoby odpowiedzialne za tłumaczenie, opiekę, rozwiązywanie problemów, czas wolny. Na biurku japiszona bezpośrednio odpowiedzialnego za czas wolny (znajomość języka minimum biegła), zauważyłem otwarty podręcznik drugiej klasy gimnazjum do niemieckiego. Miło, że tak poważnie podchodzi do zleconego mu zadania, od dupy strony jednak patrząc, skoro nasz kaowiec znajduje się na etapie czytanek o tym, z ilu pokoi składa się jego mieszkanie, z ilu okien i że ma też drzwi, łazienkę, stół, a na stole kwiaty, co będzie, kiedy gruntownie wyczerpie w towarzystwie te tematy? Entschuldigung, błąd logiczny. Skoro korzysta z tak fachowej literatury, to dopiero uczy tych czytanek.
W przypływie uzasadnionej nudy, podczas jednego z podobnych spotkań, zacząłem kiedyś bazgrać do wzorca alternatywny schemat CV, coś a la: Cechy osobowości, które cenisz w sobie najbardziej – skurwiel, egoista; hobby – nazizm, rasizm, terror; zawód wykonywany – wichrzyciel, socjalista; wykształcenie – zasadniczo wyższe, Podkarpacka Wyższa Szkoła Wielorybnicza, etc. Nawet ciekawie wyszło.

Panel dyskusyjny okazał się nie mniej fascynujący, aniżeli panel podłogowy. Dziesięć minut mojej autoprezentacji wypełniała euforia i optymizm. Rozdaniu papierowych teczek z technicznym projektem przebudowy sieci elektrycznej w starej filii podwykonawców nadałem charakter uroczysty i dostojny. Kiedy usłyszałem w kieszeni ‘dzyń, dzyń’ okazało się, że jak zwykle nie wyciszyłem telefonu. Zgodnie z obowiązującą doktryną, postanowiłem porażkę zamienić w sukces, bezzwłocznie wybiegając z sali konferencyjnej jak przystało na zaharowanego busymana, aby w zaciszu korytarza móc udzielić wyczerpującej odpowiedzi:
- Naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, ile dla mnie robicie, ale czy nie potraficie zrozumieć, że nie chcę waszego pierdolonego darmowego telefonu i waszych pierdolonych darmowych minut?!
Coś niezwłocznie przerwano połączenie. Pewnie uznano, iż jako bardziej wymagający klient potrzebuję więcej czasu na przemyślenie swojej niezrozumiałej i jakże pochopnej decyzji, tak więc telefon oddzwoni w w/w sprawie za kilka dni, jak zresztą robi od miesiąca.
Chwilę później kadra dalej kiwała się w rozumieniu, choć równie dobrze mogłem im wcisnąć schemat linii berlińskiego metra. W sumie U-bahn to też elektryczna kolejka. Załączniki były nadspodziewanie zdekompletowane, na szczęście bystry jak woda w klozecie PO prezesa skoncentrował całą percepcję na dołączonym do każdego zestawu długopisie (ostatni gratis z własnej kieszeni, sic!). Dalej dyskusja zwyczajowo rozwijała się jak papier toaletowy – robiło się szaro, długo i do dupy. Chyba na moment przysnąłem.

Niespodziewanie poczułem, że placebo chyba zaczyna działać, choć to przecież lek identyczny z jego brakiem. Postrzeganie otoczenia stopniowo zawęziło się do jednego prawdziwego wymiaru otaczającej mnie przestrzeni samonapędzającej się siłą bezwładu. Coraz głośniej zewsząd dobiegały wszelkie warianty możliwych rozwiązań tego samego równania z jedną niewiadomą. Wszystko wokół obiektywnie istniejącej rzeczywistości sprowadzało się tylko do niego. Pośród szalejącego szmeru pokazowych burz coraz dobitniej zaczęło przebijać się do substancji szarej zagłuszając inne to samo słowo-wytrych, odmieniane we wszystkich przypadkach, koniunkcjach, formach, rozkazach, podaniach, przekazach, protokołach, decyzjach, trybach służąc nieznanym celom jakiejś monstrualnej, toczącej się własnym życiem machiny:
- (..) Od rana do wieczora to samo. Przyciskam przyciski i gówno z tego mam.
- Muszę wypracować sytuację, kiedy będę przychodził i wychodził, wciskał jeden przycisk, a on sam już będzie przyciskał kolejne przyciski.
- To nie takie proste. Kiedy przyciskasz sam, wiesz co i jak, gdzie przyciskasz i masz święty spokój.
- Nie wiesz, jak się wciska przyciski, kiedy ciebie nie ma. Może nikt ich nie wciska?
- Boję się, że mi rozpierdolą moje nowe przyciski.
- Dzisiaj szef mnie przycisnął.
- Mi powiedział, że nie dociskam przycisków i nie na tym polega przyciskanie. A jak nie chcę to nie muszę przyciskać.
- Mi znowu powiedział, że za wolno przyciskam. Ja nie walę bezmyślnie jak automat w przycisk, muszę wiedzieć, który, kiedy i jak przycisnąć.
- Po jakimś czasie bez przycisków można oszaleć. Włóczyłem się po domu szukając czegoś do przyciskania.
- Nie będą przyciskać przycisków i już! Wszystko przez te związki, rujnują państwo, bo oni będą przyciskali jak chcieli. A głównego naciskającego nie można przycisnąć, bo założył blokadę na przyciski.
-Wiadomo, że będzie walczył z każdym przyciskaniem, poza przyciskaniem pasa. Na tym przecież polega jego przyciskanie.
- Znowu zapłacą wszyscy, którzy przyciskają przyciski (..).
Kiedy wszyscy byli już pochłonięci analizowaniem przyciskania przycisków wyszedłem przez nikogo niezauważony z sali konferencyjnej i przyspieszając skierowałem się do windy. Niespodziewanie ręka wyciągnięta w stronę pulpitu sterującego zastygła w powietrzu tuż przed guzikiem z napisem parter, aby chwilę później zablokować automatycznie zamykane drzwi. Jakby z wyrzutem pneumatyczne zawiasy sapnęły słysząc ze zdziwieniem coraz odleglejszy stukot pieszo pokonywanych schodów.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 667  |  Dodano: 2010-01-14 07:00  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Porzucony Aquapark cz. 5
opowiadania 2017-12-18 12:54
Demon: Lis Północy
opowiadania 2017-12-13 21:13
Wracamy do kampanii na północy!  Mam nadzieję że kilka następnych opowiadań zakreśli...
Porzucony Aquapark cz. 4
opowiadania 2017-12-12 16:26
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com