Metaferejn
liczba publikacji: 1
liczba punktów: 7

Bóg i dobre maniery

W moim małym miasteczku wierzyło się zawsze w dwie rzeczy: w Boga i dobre maniery. Jakiekolwiek naruszenie tych świętości powodowało święty gniew i oburzenie wszystkich niemal mieszkańców. Niejednokrotnie już rozmaici bluźniercy i ludzie bez zasad nie wytrzymywali tej ogromnej presji i zmuszeni byli opuszczać te strony. Po oczyszczeniu zdrowego organizmu społeczeństwa z brudów życie wracało do swego poprzedniego, spokojnego toru. Z kościoła co niedzielę płynęły wdzięczne i pełne uwielbienia modły, mężczyźni przepuszczali kobiety w drzwiach, a noże, łyżki i widelce zajmowały zawsze odpowiednie miejsca na stołach. Działo się tak, póki znowu ktoś nie odważył się złamać tego statusu. Wtedy krucjata wybuchała na nowo i historia powtarzała się. Pewnego jednak dnia zdarzyło się coś, co na zawsze zburzyło tę błogą harmonię.

Nikt chyba nie zapomni tej daty. Była to niedzielny poranek trzynastego sierpnia. Wszyscy, jak zawsze, udali się do świątyni na niedzielną Mszę. Kobiety w odświętnych sukienkach, mężczyźni w eleganckich garniturach i spodniach w kancik, dzieci w idealnie czystych mundurkach sprzed poprzedniej epoki. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zmącić tego świątecznego dzionka.

Między „wydawało się” a „było” zawsze zachodzi jakaś sprzeczność. W tym wypadku była to sprzeczność skrajna.

Przybyli na liturgię mieszczanie zastali jedynie zamknięte na cztery spusty drzwi kościoła i przyczepioną do nich złowróżbną karteczkę od proboszcza:

-„Msza odwołana. Boga nie ma. Wyjechałem na zawsze. Podpisano: ks. Ignacy” – głosiła.

Nikt rzecz jasna nie dał wiary takim bredniom. Uznając ten tekst za dowcip jakichś fatalnie wychowanych dzieci, jeden z mężów spróbował rozewrzeć ciężkie, dębowe wrota świątyni. Nic z tego. Wśród zgromadzonych przed przybytkiem ludzi rozszedł się szmer niepokoju. A jeśli... to prawda?

Chcąc rozwiać wszelkie podejrzenia, wysłano delegację do kościelnego, mieszkającego obok. Delegaci wrócili po kilkunastu minutach z przerażającymi nowinami. Wysłano ich raz jeszcze. Tym razem zjawił się z nimi sam kościelny Felicjan.

Ludzie, sam tego nie rozumiem – mówił zrozpaczony. – Ksiądz spakował się dziś rano i wyjechał. Kazał przybić do drzwi tę kartkę, to przybiłem. Nic więcej nie powiedział. Na odchodne mi tylko rzucił, że Boga nie ma i żebyśmy wreszcie zmądrzeli. Zwariował może?

O nie, proboszcz nie mógł zwariować. Ksiądz Ignacy cieszył się tak wielkim autorytetem, że nikomu poza kościelnym nie przyszło na myśl, że mógł postradać zmysły. Wszyscy nagle zrozumieli powagę tego faktu: postawiono pod znakiem zapytania istnienie najważniejszej, obok dobrych manier, rzeczy w ich życiu.

I ja tam byłem. Stałem z moją żoną, Marjorie, w tłumie i tak jak inni nie potrafiłem zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Nie będę opisywać zamętu, jaki wtedy powstał. Dość powiedzieć, że powstało tam istne pandemonium. Słychać było szlochy, krzyki, wrzaski, kilka starszych kobiet opadło nieprzytomnych na przykościelny plac.

Nie ma Boga! Ludzie, to koniec, koniec! – wołał jakiś mężczyzna, klęcząc na ziemi i rwąc sobie włosy z głowy.

Dopiero po kilkudziesięciu minutach udało się jako tako uspokoić roztrzęsionych ludzi. Zwołano posiedzenie Rady miasteczka na godzinę dwunastą. Nasz lekarz, pan Bartholdy, pomógł omdlałym dojść do siebie.

Choć kazano ludziom rozejść się do domów, na ulicach wrzało. Głowy wszystkich pełne były rozmaitych domysłów. Pomimo kilku wersji wydarzeń, które wymyślił ktoś ku pocieszeniu serc, na biednych mieszkańców opadł całun rozpaczy. Nie ma Boga... Co to może w ogóle oznaczać? Jak nie On, to kto? Kto się nami zajmie? Kto zaopiekuje? Co czeka nas w takim razie po życiu, wypełnionym pracą, cierpieniem i wiernością zasadom dobrych manier? Gdzie się podziejemy? A jeśli.. nic tam nie ma? To okropne.

Zebranie Rady nie przyniosło pociechy. Uznając w pełni ogromny autorytet i zasługi księdza Ignacego, a także wykluczając u jego krystalicznie czystej osoby jakiekolwiek złe zamiary, uchwalono, co następuje:

Boga nie ma.

Dobre maniery są, ale nie ma pewności, czy mają sens.

Był to dramat. Jedna z opok, na których oparło się życie wszystkich znanych mi ludzi, zawaliła się raz na zawsze. Przyznam się szczerze, że i dla mnie było to trudne doświadczenie.

Cała ta sprawa gorzej odbiła się jednak na mojej drogiej sąsiadce, pani Helenie. Kobieta ta, której pobożność zawsze stawiano za wzór, omal nie opuściła tego świata w wyniku ataku serca. Po ogłoszeniu uchwały zamknęła się w swoim pokoju i obiecała nie wychodzić stamtąd aż do śmierci. Z tego, czego udało mi się wtedy dowiedzieć, podobnie chciała uczynić większość.

Jedyną osobą, która wydawała się nie przejmować tą sytuacją, był Ryszard, mój sąsiad z naprzeciwka. Całe życie, na miarę możliwości, kontestował przekonania panujące w naszym miasteczku. Teraz zaś, w końcu bezkarny, wyszedł na ulicę i śpiewał na cały głos:

Teraz w końcu wszyscy wiecie,

Nie ma Boga na tym świecie

W końcu jednak pani Helena ugodziła go celnym rzutem doniczki. Nieprzytomnego antyteistę zabrało pogotowie.

Dziwny to był dzień, trzynasty sierpnia. Dopiero noc przyniosła spokój na wzburzone głowy zrozpaczonych obywateli. Gdy wokół zapadła cisza, siedliśmy z żoną przy stole w jadalni.

Co ty myślisz o tym wszystkim? – zapytała mnie Marjorie. Pytanie brzmiało jakoś zaczepnie.

Ja? No wiesz, znasz mnie. Nigdy nie byłem specjalnie przywiązany do idei wszechmogącego i wszechwiedzącego dziadka na chmurce, wsadzającego niegrzeczne dzieci do piekła. Ale jakoś tak dziwnie dowiedzieć się, że miało się racje w takiej kwestii. To trochę...

Smutne?

Tak, coś w tym stylu.

A nie pomyślałeś o tym, że skoro nie ma Boga, to i dobre maniery nie mają większego sensu?

O nie, moja droga – odpowiedziałem, choć nie byłem pewny odpowiedzi. – Dobre maniery mają sens nawet wtedy, gdy za och przestrzeganie nie czeka nas żadna nagroda.

A wiesz, że może i masz rację. W takim wypadku są...

Zupełnie bezinteresowne.

No właśnie.

Wyglądało na to, że tylko my znaleźliśmy pozytywną stronę całej tej sytuacji. Okazało się, że zarówno pani Helena, jaki i większość mieszkańców, dotrzymała postanowienia. Poranna przechadzka z żoną ukazała mi niemal puste miasteczko. Niemal nikt nie ruszył się z domu. Bo i po co?

Dziwię się im – mówiła Marjorie. – Skoro utracili sens życia, mogliby go nadać sobie sami, zamiast popadać w rozpacz. Skoro nic już nie muszą, mogą robić wszystko.

Na mojej ulicy tylko zakład fryzjerski pana Herberta był otwarty. W rozmowie z nami powiedział, że jemu ta cała sprawa z Bogiem jest zupełnie obojętna. On i tak będzie robił to, co robił przedtem. A teraz przynajmniej nikt nie patrzy mu na ręce.

W parku spotkaliśmy jeszcze jeden wyjątek. Był to nasz miejscowy poeta, Gilbert. Niemal wszyscy uważali go za idiotę, tolerowali jednak ze względu na to, że każde szanujące się miasteczko musiało mieć swojego poetę i dziwaka. Tego dnia siedział na ławce uśmiechnięty i przyglądał się drzewom.

Witaj, Gilbercie! – zagadała do niego wesoło Marjorie – Nie widzę, abyś był załamany. A przecież nie dalej, jak wczoraj, unicestwiono Absolut!

Unicestwiono Boga, moja pani. I cóż z tego?

Jakże to? To dowodzi, że świat pozbawiono metafizyki.. Jest jednowymiarowy jak naleśnik. Jesteśmy w nim tylko my i nasze zwierzęce instynkty! – prowokowała go. – Tak, jako dzieła Natury jesteśmy przecież tylko zwierzętami. Gdzie tu miejsce na duchowość, którą wy, poeci, tak wielbicie, hm?

Ależ świat nie jest jednowymiarowy. Owszem, nie ma w nas ni krzty boskości Ale nie zgodzę się, że człowiek niczym nie różni się od małpy. My mamy zmysł estetyczny, moja pani. Dostrzegamy piękno i potrafimy je kreować. A te drzewa były tak samo piękne i wczoraj, i przedwczoraj, i tak też piękne są dziś, mimo że słońce wzeszło tego ranka nad światem bez Boga, o. A ja żyje z piękna. Przejąłbym się dopiero wtedy, gdybym zauważył w nich coś, co byłoby brzydkie.

Zostawiliśmy go samego z jego drzewami i wróciliśmy do domu. Nie otwierałem nawet księgarni, którą prowadziliśmy z żoną. I tak nikt by nie przyszedł.

Warto odnotować jeszcze jeden fakt z tamtego poniedziałku. O zachodzie słońca pojawił się na ulicy dziwaczny jegomość. Ubrany był jedynie w białe prześcieradło, na którym wypisał bydlęcą krwią hasło „koniec jest bliski”. Wrzeszczał na całe gardło:

Zbliża się Armageddon!

Z racji nieistnienia Boga, a tym samym niewiarygodności Ewangelii, nikt mu jednak nie uwierzył.

Następne dni wyglądały podobnie. Ulice ziały pustkami. Bodajże w piątek spotkaliśmy Ryszarda. Wyglądał nieźle, mimo opatrunku na głowie. Siedział na leżaku w swoim ogrodzie i przyglądał się uważnie biedronce.

Czyż ten ogród nie jest wystarczająco piękny? – powiedział do nas z uśmiechem, gdy podeszliśmy, by zapytać go o samopoczucie. – Czy musza w nim jeszcze latać wróżki?

Jakie... wróżki? – zapytałem zaskoczony.

Oj, to była metafora – odparł, dalej przyglądając się owadowi. – Chodzi mi o to całe metafizyczne tałatajstwo. Spójrzcie, jaki ten świat jest harmonijny i świetnie skonstruowany. Na przykład taka biedronka. Jest idealnie przystosowana do pełnionej przez nią funkcji...

I co to ma do wróżek?

Wszystko. Natura wyjaśnia się sama. Nie trzeba szukać przyczyn w jakichś napompowanych bytach z nieba. Mi wystarczy Karol Darwin, Pogromca Wróżek, i jego elegancka teoria. Jakież to jest piękne! Ład, harmonia, ach!

Zostawiliśmy go samego z jego zachwytem nad samowystarczalnością Matki Natury. Zawsze był dziwakiem, doprawdy.

Nie była to jedyna ciekawa przygoda tego dnia. Wieczorem Mariorje udała się do swojej koleżanki, Agaty, mieszkającej dwie ulice dalej. Jak się okazało koleżanka owa postanowiła opuścić swój dom raz na zawsze i wyruszyć w podróż życia.

Ale gdzie chcesz jechać? – zapytała się jej moja żona.

Nie jechać, tylko iść. Przed siebie. Skoro nic nie ma sensu, muszę nadać go sobie sama.

Marjorie była tym bardzo podekscytowana. Sama omal nie zaczęła się pakować. Na szczęście powstrzymałem ją i obiecałem, że wybierzemy się razem choćby na drugi koniec świata, niech no tylko sytuacja w miasteczku się unormuje.

Mijały kolejne dni. W okolicach poniedziałku coś się zmieniło. Na ulicach pojawiło się jakby więcej ludzi. Niektórzy nawet poszli do pracy, widziałem szyld „czynne” u rzeźnika. Do sklepów spożywczych, które były otwarte cały czas (coś w końcu trzeba było jeść, nawet, gdy siedziało się całe dnie w domu) dołączyły też w końcu niektóre zakłady. Krawiec Stephenson szył zawzięcie na starym Singerze jakiś garnitur, Bartholdy znowu przyjmował klientów. W końcu i my otworzyliśmy księgarnie na nowo. Udało się nam nawet sprzedać kilka książek. Były to głównie dzieła wielkich filozofów Oświecenia, co nie mogło dziwić.

W końcu życie na dobre zawitało na ulicach miasteczka. Wbrew moim przewidywaniom niewiele się zmieniło. Nadal liczyły się dobre maniery, nadal też ci, którzy ich nie przestrzegali, spotykali się z ostracyzmem. Można było jednak wyczuć pewien powiew rozluźnienia. Mieszkańcy stali się jakby mniej zamknięci, zaczęli patrzeć na siebie z nutą jakiejś życzliwości. Kilka osób zostawiło wszystko, co mieli, i ruszyło w poszukiwaniu marzeń, jak Agata. Przybyło nam paru poetów.

Ostatnią, która opuściła swą wewnętrzną emigrację, była pani Helena. Gdzieś w połowie września spotkałem ją przed domem. Była bledsza, schudła, ale na jej ustach gościł nie widziany od wieków uśmiech. Zapytana o przyczynę rezygnacji postanowienia, odparła:

Wie pan, sama się dziwię. Zawsze uważałam, że Bóg i dobre maniery są nierozłączne. I że bez tej dwójki nie można żyć. A tu proszę. Życie toczy się dalej i nie zapowiada się, by miało się to w najbliższym czasie zmienić.

Wtedy to spełniłem daną Marjorie obietnicę.

Przez te kilkanaście dni życie w miasteczku wywróciło się do góry nogami. W końcu jednak mieszkańcy otrząsnęli się z szoku i odkryli rzeczy, których wcześniej nie dostrzegali. Mogę chyba śmiało przyznać, że coś zmieniło się w nich na lepsze.

Ja zaś z Marjorie wyruszyłem w drogę, na spotkanie swoich marzeń, w końcu wolny od trosk i szczęśliwy.

I pomyśleć, że wystarczyło jedynie przekonać księdza Ignacego, że nie istnieję.

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 2473  |  Dodano: 2010-01-04 18:24  |  Punkty od użytkowników: 3.48
Komentarze
Zobacz również
Król Marzeń
bajka 2017-11-17 12:46
Bajka dla dzieci i dla dorosłych - zwłaszcza dla dorosłych.
Szpiegowianin w świecie
poezja 2017-11-17 10:35
facecja
\\\"Pożeraże Świadomości\\\" Epilog.
opowiadania 2017-11-16 18:01
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com