
Te kilka, umówmy się rozsądnych, słów o poezji, które w przebiegu całego tekstu pewnie się wyklują, będą nosiły piętno trochę innej historii. To coś jak Paktofonika, ale raz jeszcze. Kinematografia już, już w całości i tylko kończyć sprawę, a tu Magik (Piotr Łuszcz) przynosi jeszcze jeden „kawałek”, który zmienia wszystko, staje się głównym manifestem, a i cała płyta nabiera nowego charakteru ukształtowanego pod tylko jedno dyktando – Jestem Bogiem.
Podobną, nie mniej znaczącą i, to słowo musi tu paść, doskonałą robotę wykonuje Wojciech Bonowicz w przypadku poezji Marcina Świetlickiego. Przecież już wszystko wiadomo, wszystko o nim napisano, o krok od pięćdziesiątki, siwy włos wyraźnie zaznaczony, po piętnastu tomikach, teraz tylko same jubileusze i uznanie, i zaszczyty, nawet wzorem innych, choć Świetlickiemu chyba daleko od takich poczynań, można by pomyśleć o napisaniu jakiejś autobiografii, a tu krakowskiemu poecie i jego czytelnikom Bonowicz wykonuje taki szpas. Mianowicie stwierdza, że Świetlicki to poeta religijny i jego wiersze religijne, o Bogu. I wiele się nie zastanawiając wybiera siedemdziesiąt siedem takich wierszy, grupuje je i tak powstaje tom Nieoczywiste. Rzecz jasna Bonowicz dokonuje tego wyboru zagłębiając się w całą poezję począwszy od Zimnych krajów, a i sięga po pewną grupę tekstów nigdy nieopublikowanych.
Nieoczywiste jest, jak mniemam, nie tylko w samym wyborze, tomem, rzekłbym „świadomym” i przemyślanym jako jeden projekt literacki, jedna myśl zogniskowana wokół konkretnego problemu, lecz również panoramą twórczości Marcina Świetlickiego. To, co robi Bonowicz jest poszerzeniem horyzontu myślenia o tej poezji, wywróceniem porządku. Zmiana perspektywy odbywa się oto w taki sposób: To, co w podtytule czyli 77 wierszy religijnych Marcina Świetlickiego według Wojciecha Bonowicza, po przeczytaniu okazuje się zgodne z prawdą. Takie są fakty. Tam rzeczywiście jest siedemdziesiąt siedem tekstów dotykających tematyki sacrum na wszelkich poziomach i koniec. Teraz jesteśmy tylko o krok od „jednej pierdolonej schizofrenii, zaburzeń emocjonalnych” by dopatrywać się owej religijności we wszystkich wierszach krakowskiego poety. „Proszę puść to na antenie”. Ja to wiem i inni to wiedzą, że to tylko subiektywny wybór siedemdziesięciu siedmiu, a cała reszta? Magik – Wojciech Bonowicz.
Należy wejść nieco głębiej i poszperać w tomie Nieoczywiste. Po trosze to opowieść o początku, o starcie materii i powstaniu podmiotu, i podmiot jest chłopcem stojącym nago na strychu. Niegrzeczne zabawy? Onanizm? Skądże. To tylko pierwszy Adam, jeszcze bez Ewy. Bóg głuchy i niemy nad nim, więc on – on chłopiec, on mężczyzna, on śmierć – de facto szuka w kolejnych lirycznych odsłonach drobnych elementów moralności. Tego co zostało, a zostało już tak niewiele. Zło wygubione, Kraków, Hiob – czytaj podmiot – a może sam Marcin Świetlicki i ten chłopiec na strychu to też on, opisany z innej perspektywy - „ja” dorosły. Nieważne to, tymczasowo. Jak się odnaleźć gdy „zepsuło się kino, zepsuł się kościół”? I ten , jak sam poeta stwierdził w jednym z wywiadów, podmiot, który ośmiela się mówić, to oczywiście nie jest żaden Marcin Świetlicki, „raczej „Marcin Świetlicki”, raczej jakaś wierszowa kreatura, ktoś oddychający powietrzem wiersza, jakaś przedziwna kukiełka”, chyba po raz pierwszy od 1992 roku otwarcie stwierdza, że się boi: „Boję się. Aż wszedłem do kościoła. W kościele się mrowiło: wycieczki, gołąb na gołębiu, zamiatanie i remont, początek roku szkolnego. Boję się.” A sytuacja miała miejsce w wierszu Czwartek, dotąd nieopublikowanym, co w tej sytuacji pewnie nie dziwi.
Tak. „Marcin Świetlicki” znajduje się we wnętrzu krzyża. Tak. Elementy autobiograficzne, oczekiwanie na wyjście z wojska, wiara wewnętrzna. Tu wszystko dzieje się pod skrzydłami Boga, pod jego wzrokiem. Spowiedź odbyta w kobiecych ciałach. Tak.
Dopiero dalej dowiemy się, że „Bóg działa jak lodówka”, wysłuchamy prowokacyjnej pieśni profana dotyczącej miłości i nie, że kobieta to anioł, a mężczyzna to trup. To już prawie biblijny potop – podmiot popatrzy na siebie i powie do siebie, że zbuduje arkę i zamieszka w niej tylko on i jeszcze jego syn. A kobiety nie ma. Taki kaprys.
Pojawia się nieodparte wrażenie, że kobieta w przestrzeni wiersza funkcjonuje jako jedyny Bóg, Bóg seksualny, Bóg rozszerzający nogi, Bóg gotowy.
Szatan to nie jest mityczny twór, takie coś, co realnie nie istnieje, to coś realnego, osacza, jest blisko, chodzi po ulicach, jest wszem i wobec popkulturowy: „Nie idź do pracy. To szatan daje ci urlop. Tam czeka na ciebie nic.” Obecny bez wątpliwości w całym tomie, tu podkreślony, skonkretyzowany.
Nie od dziś wiadomo, że poezja Marcina Świetlickiego jest „osobna i wsobna”, „nastroszona na zewnątrz”, skierowana na samą siebie, samą siebie sławiąca. Nie nowiną, a przypomnieniem, którego też we wstępie do tomu pokrótce dokonuje Bonowicz, są znane i główne tematy tej liryki: miłość, kobieta, strach, popkultura, pytania i niedokończone odpowiedzi, śmierć, wszechobecny „cień”, permanentne stwierdzanie własnej nieżywotności i to ciągłe „ja”, „ja” i „ja”. To te główne, moim zdaniem najistotniejsze. A wspominam o tym, bo Nieoczywiste jest przestrzenią, w której tego wszystkiego po prostu można szukać. No i tyle. I awangardy, która teraz, za sprawą Wojciecha Bonowicza, zanurzona jest w sacrum, w tym co duchowe, religijne.
„Ja” awangardowe bezczelnie i szaleńczo, jak się okazuje, szuka Boga.
Na Boga, przecież on go szuka w samym sobie!
Dokładnie tak, nie inaczej. Nieoczywiste to tylko „ja”, „ja” mające świadomość - „ja” samostanowiące, „ja” samoniszczące i w końcu „ja” samoodradzające się. Świadomość o której mowa jest bardzo specyficzna, gdyż zostaje zbudowana na przeciwieństwach. Jest to odczucie bycia sobą i nie, bycia kimś znajomym i obcym, poczucie własnej autentyczności i sztuczności zarazem. Wszystko to ma miejsce na polu prowadzonego dyskursu. Takie też jest właśnie „ja” Marcina Świetlickiego, w taki sposób egzystuje podmiot liryczny jego poezji. Podmiot u Świetlickiego jest, bez względu na to o czym mówi i sytuacji lirycznej, zawsze skupiony na sobie, niejako na nieustannym własnym „skomplikowaniu”. Stwarza pozory obecności w świecie, który opisuje, ale co ciekawe, stara się podkreślać przez to własną w nim nieobecność. Odczytywanie poezji artysty z Krakowa na zasadzie mimesis, patrzenie na nią jako użyteczną i służącą jakiemuś obranemu programowemu celowi nie jest słuszne. Świat przedstawiony to rzeczywistość pomocna do wyeksponowania „ja”, wydarcia podmiotu na zewnątrz, ukazania jego w nim „niebycia”.
Tak właśnie. Nieoczywiste w wyborze Bonowicza prezentuje proces „wyciekania”. „Marcin Świetlicki” „wycieka” poza tekst. Tomik w sensie ścisłym obrazuje proces twórczy od 1992 do 2007 roku. Wynik: „ja” stwarza sobie świat jakby z luster, w których się, na dodatek, odbija. Sacrum wewnątrz, kościół wewnątrz, strach wewnątrz, Bóg wewnątrz - „skóra która dotychczas oblekała mnie objęła całe nocne niebo wszystko wewnątrz jest głuchy wrzask wewnątrz bezsilność daremność.”
Jaki Świetlicki jest, wnikliwy czytelnik widzi. Świadomemu czytelnikowi nie umknie kondycja poety, która była różna. Otwarcie mówiąc, w kolejnych poetyckich tomach Świetlickiego znaleźć można niejeden wiersz, który zachwytu nie budzi, specjalnie udany nie jest i na tym poprzestańmy. Różnie bywa. Natomiast mam wrażenie, i to w moim mniemaniu słuszne i zasadne, że Nieoczywiste w swojej zwartości jest tomem jakiego oczekiwałem. Bezdyskusyjnie wyrafinowanym i trafnym. Ma wszystko to, co w liryce krakowskiego poety najlepsze.
Bonowicz zaskoczył mnie śmiałością, nie tylko dokonanego wyboru, lecz nade wszystko poglądem na temat rzekomych religijnych podróży Świetlickiego: „A jakich innych poetów religijnych pan by wskazał wśród swoich rówieśników? Niewiele myśląc, odpowiedziałem: Świetlickiego. Odpowiedziałem poważnie, nie w tonie zaczepki i nie dlatego – a w każdym razie nie przede wszystkim dlatego – że Marcin Świetlicki siedział obok mnie. Po prostu od dawna tak myślę.” Bonowicz tak myśli, a Świetlicki chyba nie ma wyjścia – musi coś przewartościować i uznać (tu zabieg ironiczny i prowokujący), że już koniec z Jamesem Deanem lub lekko cynicznym Humphrey'em Bogartem z nieodłącznym papierosem. Era sacrum zdominowała erę profanum.
Siedemdziesiąt siedem wierszy religijnych? Tak, bo kobieta to sacrum, stosunek płciowy to sacrum i to co wewnątrz - „ja” wewnątrz siebie, bo pojawia się Bóg, bo pojawia się kościół, motywy biblijne, bo mowa o duchowej kondycji podmiotu, bo Wojciech Bonowicz tak twierdzi, bo ja to potwierdzam.