Widzisz: ciało mam wciąż statyczne, przedłużane
krzesłem linie organiczne - kręgosłupy powleczone
rozdrapaną farbą, ale pod rzęsą idą niecierpliwe
wyświetlania: sufitowo bez przejaśnień, powodzie
leją się na stół, na kolana, wsiąkają w spódnicę
jak w podwórkowy grunt.
Więc żeby tylko nie zwilgotniały rozluźnione ściegi
- puszczone brzegiem skóry domowe krawiectwo,
bez wykończeń ozdobnych: zwykłe sznurki, które
ciągle napoczynasz, wybierasz dwoma palcami
z ciasnego mięsa, choć znasz wszystkie sposoby
niewprawnego zszycia.
Więc żeby się tylko nie rozejść, nie przewrócić
kieliszków - szklanych futerałów, w których alkohole
słodkie, brunatne syropy jak kiedyś w kroplówkach
wrośniętych w ciało; teraz jedynie krwiobieżne atrofie:
serwatka płynie, czasem kwaśne mleko - niczym te
w niemowlęcym krążeniu.
Ale już ulewa rozkłada się przez stół, już rozwiera
ostatni szew, róż się przelewa pomiędzy obrusy,
jakby to była nocna, miesięczna krew; deszcz zajmuje
trunkowe łożyska, obgryza do kościanej bieli, gdy
rolą matki myje nakrycia, kapie nawet w herbatę
- już jej nie wypiję.
Stamtąd słyszysz?poezja 2012-05-18 00:20 | Powrótpoezja 2012-05-17 20:06 | kropli, proszę nie łykaćpoezja 2012-05-17 18:56 zamieniane, zbajtlowane, takie i śmakie, ogrom razy (jest gdzie indziej, L...pl) |