sayuri
liczba publikacji: 2
liczba punktów: 44

Sen: Gra

  - Mam dla ciebie złą wiadomość, Marta. Uzależniłaś się.

  - Poczekaj chwilę - mruknęłam nie rozumiejąc sensu usłyszanych słów.

  - Napiszę ci maila, może wtedy zwrócisz na mnie uwagę.

  - Co mówiłaś? - spytałam odwracając wzrok od monitora.

  - Pewnie słowo "mail" na ciebie zadziałało.

  - O co ci chodzi?

  - O to, że zdecydowanie za długo siedzisz przy komputerze. Zepsujesz sobie oczy. Potrzebne ci jest świeże powietrze. Chodź ze mną do biblioteki - powiedziała zmartwiona współlokatorka.

  Może ma rację... o której usiadłam do komputera? I która jest teraz godzina? Chyba rzeczywiście się uzależniłam. Straciłam na jakiś czas kontakt z rzeczywistym światem. O dwunastej miałam zadzwonić do rodziców. To przecież nic takiego. Przeżyją. Przetarłam zmęczone oczy i ziewnęłam. Dziewczyna ma rację, nie jest ze mną dobrze. Powinnam w końcu się stąd ruszyć.

  - Wiesz co... Sądzę, że mogłabym się skusić na twoją propozycję.

  - Oto wróciła Marta - stwierdziła ucieszona Anna.

  - Myślę, że za jakieś dziesięć minut... - przerwałam, gdyż na ekranie monitora otworzyło się okienko przeglądarki internetowej. Co to jest?

 

 

„Takiej gry jeszcze nie widziałeś! Pierwszy raz dajemy ci okazję uczestniczenia w przełomowej chwili na rynku komputerowym. Nowa technologia...”

 

 

  - Hej, żyjesz tam? Marta... - Anna dotknęła mojego ramienia, lecz nie zareagowałam. - Obudź się, idziemy do biblioteki, przecież to nie tak daleko... - słyszałam jej głos coraz ciszej i jakby z daleka.

 

„Wystarczy wysłać do nas zgłoszenie. Najciekawsi zdobędą miejsce w premierowym pokazie. Nasz adres e-mail to...”

 

  Usłyszałam tylko trzask zamykanych drzwi, a potem kompletną ciszę.

 

***

 

  Jak to możliwe, że mnie przyjęli? Nie mam pojęcia, ale nie będę się w to zagłębiać. Przyjęto również sześć innych osób, wszystkich z Europy. Organizatorzy zapewnili nam wieczór zapoznawczy, oczywiście przez Internet.

  - To może ja zacznę - napisał numer VI. - Mam na imię Lucio i jestem z Włoch. Mam siedemnaście lat, więc dużo jeszcze przede mną w życiu. Uważam, że to fajne doświadczenie i skaczę z radości, że się tu z wami dostałem. Może niech każdy napisze o sobie te kilka słów? - Lucio to najwyraźniej napalony nastolatek szukający przygód. Do tego ten włoski temperament...

  Tak więc po kolei dowiadywałam się o reszcie uczestników:

Numer II: Bianka z Hiszpanii, lat 20. Moja rówieśniczka, pewnie się dogadamy.

Numer III: Iras z Grecji, lat 31. Mamy do niej mówić Ira. Młoda mama, zmęczona szuka chociaż chwilowej ucieczki od rutyny jej życia.

Numer IV: Audrey z Wielkiej Brytanii, lat 23. Z rozmowy poznałam, że to rodzaj artystki. Stawiam na to, że pierwsza odpadnie.

Numer V: Oliver z Niemiec, lat 42. Na udział namówiła go młodsza o kilkanaście lat żona. Opanowany mężczyzna w średnim wieku. Najprawdopodobniej bogaty. Tylko tyle udało mi się domyślić.

Numer VII: Nataniel z Francji, lat 28. Nic więcej o sobie nie napisał. Gbur lub nieśmiały.

  Gdy już wszyscy się przedstawili, nadeszła kolej na mnie.

  - Mam na imię Marta - napisałam jako numer I. - Skończyłam 20 lat i jestem z Polski.

 

***

 

  Tak oto znalazłam się w Londynie. Cały ten pokaz miał się odbyć w Earls Court Exhibition Centre. Gdy każdy uczestnik docierał do hotelu, na wstępie dostawał klucz do pokoju i kartę z zaproszeniem na wieczorne spotkanie z organizatorami. Rozpakowałam bagaż i od razu udałam się w wyznaczone miejsce. Przy dużym stole siedziało już kilka osób. Przy każdym miejscu widniało imię osoby, która miała je zająć. Najdalej siedziała Audrey. Następnie było jedno wolne miejsce, a po nim znajdowali się Oliver i Lucio. Oczywiście chłopak gadał jak najęty, a mężczyzna tylko potakiwał lub wypowiadał pojedyncze słowa. Moje imię znajdowało się obok Bianki.

  - Jak ci minęła podróż? - zaczęłam rozmowę.

  - Długa i nudna - zaśmiała się Bianka. - Już się nie mogę doczekać jutra. Dopiero, gdy tu weszłam i zobaczyłam ten wielki stół, dotarło do mnie, że to się naprawdę dzieje. Zobaczyłam stół i mnie olśniło - przewróciła oczyma i zaśmiała się z siebie.

  - Przynajmniej do ciebie dotarło - powiedziałam pocieszająco. - Ja jeszcze jakoś tego nie czuję - dodałam już trochę poważniej.

  - Obyś się tylko jutro dobrze bawiła, przecież nie ma się czym stresować.

  Podczas naszej dalszej rozmowy, w ciągu około piętnastu minut, do hotelu zjechała się reszta osób. Gdy już wszystkie miejsca były zajęte, rozejrzałam się po zebranych. Wszyscy wyglądali tak, jak ich sobie wyobrażałam. Bianka, czarnowłosa i czarnooka opalona hiszpanka. Iras, delikatna brunetka o przejrzystych, niebieskich oczach. Audrey, blondynka o lekko rudawym odcieniu włosów. Ledwo zauważalne piegi i zielone oczy tworzyły z niej klasyczną wyspiarkę. Oliver, szpakowaty brunet, wysoki pewnie na dwa metry. Lucio, chudy o rozbieganych, piwnych oczach chłopak. Sądzę, że ma ADHD. Nataniel, facet o jasnobrązowych włosach i szerokim uśmiechu. Ten ostatni był największą niewiadomą po zapoznawczym czacie.

  - Witam szczęśliwą siódemkę! - przywitał nas organizator. - Mam nadzieję, że jesteście równie podekscytowani, jak ja. A nawet bardziej, bo przecież tak naprawdę nie wiecie o co w tej grze chodzi. Z jednej strony muszę was zasmucić, ponieważ jest to gatunek, który jeszcze nigdy nie wystąpił i sam nie potrafię go określić. Jednak obiecuję wam, że spodoba on się nie tylko wam, ale całemu światu. Do tej gry nie jest potrzebny monitor ani nawet zwykły komputer. Jest to bardziej zaawansowana technika. Można powiedzieć, że jest to coś w rodzaju konsoli. Trik polega na tym, że tworzy ona równoległy świat. Dzięki procesom, jakie udało nam się wykorzystać, gracze czują się, jakby rzeczywiście tam żyli, chociaż siedzą cały czas wygodnie w fotelu. Można to nazwać hipnozą, lecz proszę się tym nie sugerować i nie uprzedzać się, jeśli ktoś nie przepada za tego typu przedsięwzięciami. Więcej zobaczycie jutro. Po przeniesieniu się do świata gry, sami zorientujecie się co robić. A teraz zachęcam was do porządnego wyspania się, bo grę zaczynamy o ósmej rano. Dobrej nocy! - zakończył swoją wypowiedź organizator i wyszedł.

  - Nam też było miło pana poznać - mruknęłam po cichu i Bianka zaśmiała się do siebie.

  - Nie dowiedzieliśmy się dużo... - powiedział nieśmiało Oliver.

  - Czy to ważne? Sami słyszeliście, musimy wypocząć przed jutrem - zawołał Lucio i prawie przewrócił krzesełko wstając.

  - Spokojnie, chłopcze, bo jeszcze zrobisz komuś lub sobie krzywdę - starszy mężczyzna ostudził zapał Włocha. - Ale zgadzam się z tobą, powinniśmy skorzystać z rady tego pana. - Wstał i wyszedł, a Lucio podążył szybko za nim. Wszyscy po kolei zaczęli wstawać z miejsc i skierowali swoje kroki do swoich pokoi. Poszłyśmy razem z Bianką, bo okazało się, że jesteśmy zakwaterowane obok siebie.

  - Dobranoc - pożegnałam się z dziewczyną wkładając klucz do zamka.

  - Dobranoc - odpowiedziała i obie zniknęłyśmy za drzwiami naszych pokoi.

 

***

 

  Jestem cała owinięta kablami. Nie żartuję. Do tego wszędzie jakieś przyssawki, żeby te kable się trzymały. Nie mogę się ruszyć, bo boję się, że coś się odczepi i wszyscy będą czekać, aż mi to jeszcze raz podłączą. Tak jak na Lucio. Przyszedł tu najwcześniej, a to nim właśnie się jeszcze zajmują technicy.

  - Oj, usiadłbyś wreszcie spokojnie! Owsiki masz gdzieś, czy co? - nie wytrzymała Audrey i krzyknęła, co podkreśliło jej brytyjski akcent. Wszyscy wybuchli śmiechem, a Lucio rozejrzał się błędnym wzrokiem, nie rozumiejąc sytuacji.

  - Przepraszam, czy to o mnie chodzi? - zapytał.

  - Po prostu się skup, chłopcze - spokojnym głosem zwrócił się do Włocha Oliver.

  Najwidoczniej to podziałało, bo po pięciu minutach cała siódemka była okablowana i podłączona do systemu. Niektórzy się uśmiechali, inni byli całkiem poważni, ale oczywiste było, że zniecierpliwienie dotyczyło każdego z nas.

  - Już tylko sekundy dzielą was od przeniesienia się do zupełnie innego świata. Tak jak mówiłem wczoraj - wszystkiego dowiecie, że tak powiem, na miejscu. A teraz... - organizator skończył swą przemowę i zbliżył się do zasłaniającego coś prześcieradła. Zdjął je, a pod nim znajdował się duży czerwony przycisk, nad którym widniał napis "play". Położył na nim dłoń. - Miłej zabawy.

 

***

 

  - No to zaczynamy! - przerwał ciszę Lucio. Staliśmy osłupiali w jakimś magazynie. - Nie wiem, jak wy, ale ja nie będę tracić czasu. Do zobaczenia! - krzyknął i zaczął biec. Za jego przykładem podążyła jeszcze czwórka uczestników. W miejscu zostałam tylko ja i Bianka.

  - My chyba też powinnyśmy coś zrobić - powiedziała Hiszpanka. - Wybierz sobie któreś drzwi i biegnij.

  - Ale przecież tu są tylko jedne drzwi - odparłam zdziwiona.

  - Jak to... One są wszędzie...

  - Skoro nie mam wyboru... - powiedziałam i przeszłam przez, jak mi się wydawało, jedyne drzwi w hali. Gdy już magazyn był za moimi plecami, odwróciłam się, ale była tam już tylko ściana. Wszędzie były ściany, ale żadnego sufitu, a zamiast podłogi rosła trawa. Zaczęłam iść naprzód i nagle zdałam sobie sprawę, że cofnęłam się o dwadzieścia lat. Nie wiem skąd mi się to wzięło, bo przecież nie mogłam tego wywnioskować z otaczających mnie pustych ścian. Korytarz się skończył i wyszłam na większą przestrzeń. Wyglądało tu, jak w średniowieczu. Jarmark, drewniane stoły... Przy jednym z nich stała Bianka, ubrana w długą płócienną suknię. Szybko do niej podeszłam.

  - Jak tu się dostałaś? - spytałam. Bianka rozejrzała się i szukała źródła głosu, chociaż stałam przy niej.

  - To do mnie? - powiedziała i nadal gorączkowo się rozglądała. Pomachałam jej dłonią przed twarzą, ale nie zauważyłam żadnej reakcji.

  - Chyba mamy mały problem... Powiedz mi, co widzisz wokół siebie.

  - Widzę jakiś rynek. Ludzie są dziwnie ubrani... Ale ja też... Wyglądam jak jedna z nich. Jakbym była ze średniowiecza - odpowiedziała przestraszona Bianka.

  - Dobrze, też to widzę. Ale stoję przy tobie, dotykam cię - złapałam ją za rękę.

  - Dziwne uczucie - zatrzęsła się. - Jakbym spotkała ducha. Boję się...

  - Przepraszam... - odeszłam od niej na kilka kroków. Bianka usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.

  - Inaczej to sobie wyobrażałam. A tymczasem utknęłam tu i nie wiem co robić. Ty możesz nawet nie istnieć. Twój głos to tylko iluzja. - Nagle się rozpłakała zaczęła krzyczeć na mnie nie widząc mnie. - Zaraz przestanę cię słyszeć! Przestanę, bo jak nie, to oszaleję! - Przykryła uszy rękami i zaczęła powtarzać: - Nic nie słyszę, nic nie słyszę...

  Bałam się, że zaraz zacznie się rzucać i zrobi którejś z nas krzywdę. Wycofałam się w szoku i wbiegłam w pierwszy lepszy korytarz. Biegnąc minęłam Iras. Ona też mnie nie zobaczyła, chociaż po paru metrach zatrzymała się i zawołała:

  - Ktoś tu jest?

  Pamiętając wydarzenia sprzed kilku minut, nie odzywałam się, ale stanęłam i czekałam ciekawa jej dalszej reakcji.

  - Poczułam podmuch wiatru. Ktoś tu biegł, prawda?

  Zdając sobie sprawę, że Greczynka to tylko spokojna młoda mama, odezwałam się:

  - To ja, Marta.

  - Czemu nic nie mówisz?

  - Tu jestem - powiedziałam głośniej.

  Iras ruszyła w moją stronę z wyciągniętymi rękoma. Wyglądała trochę strasznie, więc mimowolnie zaczęłam iść w tył. Kiedy się opanowałam, stanęłam w miejscu, lecz nadal nie próbowałam nawiązać z nią jakiegokolwiek kontaktu. Gdy tym swoim trupim krokiem dotarła do mnie, na chwilę przystanęła i zrobiła zdziwioną minę.

  - Czuję, że tu stoisz. Jesteś jedną z dziewczyn, poznaję to po perfumach. - Machnęła ręką, a ja nie zdążyłam się uchylić i otarła się o moje włosy. - Nie chowaj się przede mną, przecież nic ci nie zrobię - powiedziała łagodnie, ale nie potrafiła zapanować nad twarzą. Rozglądała się złośliwym wzrokiem, pełnym pewności zwycięstwa. Zaczęłam uciekać, ale ona poczuła znów wiatr i biegła za mną. Wbiegłyśmy do nowej przestrzeni. Znowu sceneria prosto ze średniowiecza, a Iras miała na sobie tę samą suknię, co Bianka.

  - Nie uciekniesz mi, wiesz o tym - wołała. - Po prostu stań w miejscu i nie utrudniaj.

  Ciągle zmieniałam kierunki, żeby zmylić przeciwniczkę. Jednak za każdym razem, jakimś sposobem wiedziała, w którą stronę ma biec, chociaż mnie nie widziała ani nie słyszała. Oglądałam się, żeby sprawdzić czy mnie nie dogania. Nagle jednak z zupełnie innej strony usłyszałam:

  - Przestań uciekać, nic ci to nie da.

  Z prawej strony biegła druga Ira. Musiałam więc szybko skręcić i prawie się przewróciłam. Gdy się obejrzałam biegły już za mną trzy Greczynki i tym samym usłyszałam przed sobą kolejny jej głos:

  - Tu się kończy twoja ucieczka. Masz jeszcze coś do powiedzenia?

  Strach sprawił, że stanęłam jak wryta i nie miałam pojęcia co dalej robić. Pierwsza z nich mnie dogoniła i na oślep próbowała mnie uderzyć. Unikałam jej rąk, lecz kolejna już dotarła i nie miałam siły bronić się przed dwiema napastniczkami. Bita i szarpana przez pięć identycznych kobiet, udało mi się wyczołgać i znów biec. Trafiłam do kolejnego korytarza i obejrzałam się. Nikt mnie nie gonił. Wszystkie klony znikały po kolei z błyskiem światła. Czekałam, aż zostanie ta prawdziwa, ale gdy została już jedna, ona również zniknęła. Tym razem korytarz poprowadził mnie do sali. Na jednej ścianie były same okna i drzwi balkonowe. W sali byli również inni uczestnicy, ale w końcu wszyscy mnie widzieli i słyszeli.

  - Marta! Fajnie cię widzieć! - zawołał Lucio. - A co się z tobą stało? - spytał i zmartwiony zaczął przygładzać mi włosy i poprawiać porwane ubranie.

  - Miałam małe starcie z Irą. A raczej z Irami... - dodałam po cichu. - Widziałam się też z Bianką.

  - Więc brakuje jeszcze Olivera i mamy cały skład - stwierdziła Audrey.

  - Może wyjdziemy na balkon i zobaczymy gdzie jesteśmy? W końcu to nasza jedyna opcja, oprócz korytarza, z którego przyszliśmy - powiedział podniecony Lucio i razem z Audrey poszli sprawdzać balkon. Nataniel za to podszedł do mnie i spytał cicho:

  - Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej.

  - Nie było to miłe, ale przecież przeżyłam.

  - Może czegoś potrzebujesz...

  - Hej, musicie to zobaczyć - przerwał mu Lucio.

  Oboje dołączyliśmy do pozostałej dwójki i wyjrzeliśmy przez drzwi.

  - To jest parter - stwierdził fakt Nataniel.

  - No, to jak, idziemy już?

  - Spokojnie, Lucio. Spójrzcie tylko, na ulicach nie ma asfaltu, za to rośnie w to miejsce trawa. Jeżdżą po niej samochody, ale ona się nie odgniata. - Francuz wychylił się i przeciągnął palcem po źdźble trawy. - Ostre jak brzytwa - powiedział i pokazał nam palec, z którego spływała krew.

   - Już mi się nie chce na nic czekać. Ostra czy nie, to przecież tylko trawa. - Zirytowana Audrey wyszła na zarośniętą ulicę i nie reagowała na nasze wołania:

   - Poczekaj, zrobisz sobie krzywdę!

   - Zaraz coś wymyślimy!

   - Wracaj, przecież jesteś boso! - krzyknęłam, rejestrując ten dziwny fakt. - Czemu ona jest boso?! - Nikt mi nie odpowiedział. Audrey zniknęła nam z oczu, a w zamian za to na horyzoncie pojawił się dziwny żółty samochód. Zatrzymał się przed drzwiami i kierowca zawołał:

   - No, dobrze, niech ktoś wsiada - był to głos Olivera. Lucio wyskoczył jak poparzony w stronę samochodu.

   - Poczekaj, nie wiemy nawet jak ta zmutowana trawa działa na podeszwy butów! - krzyknął Nataniel, ale Włoch był już w samochodzie.

   - Patrz, nic mu się nie stało. My też możemy - powiedziałam do Nataniela i zaczęłam iść do samochodu.

   - Ale ty też nie masz butów, wracaj!

   Nie słuchałam już go i dotarłam do auta. Niestety Oliver ogłosił:

   - Przykro mi, nie ma więcej miejsca.

   - Przecież wsiadł tylko Lucio  - jęknęłam, ale zauważyłam, że oprócz Olivera jako kierowcy i Lucio, jest tam jeszcze Bianka z Irą i chociaż samochód z zewnątrz wydaje się duży, to w środku rzeczywiście nie było już wolnych miejsc.

   - Naprawdę mi przykro, ale już musimy jechać. - Oliver ruszył i zaraz samochód znów pojawił się na horyzoncie i zniknął. W końcu poczułam ból. Spojrzała w dół i zobaczyłam swoje stopy całe we krwi. Trawa była na tyle długa, że je przebijała. Zrobiło mi się słabo i zachwiałam się. Nataniel w porę złapał mnie i wniósł z powrotem do środka sali. Jednak, gdy tylko przeszedł przez drzwi, ból minął, a na nogach miałam znów buty. Popatrzyliśmy tylko na siebie i nawet tego nie skomentowaliśmy. Stanęliśmy w drzwiach i rozejrzeliśmy się po okolicy. Naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy leżała piłka do koszykówki. Była czarno-biała i o wiele za duża.

   - Ona tu wcześniej nie leżała? - oboje w tym samym momencie wypowiedzieliśmy te słowa.

   - Więc wygląda na to, że tak. A nie uważasz, że jest trochę dziwna? - spytał Nataniel, chociaż sama miałam ochotę zadać te pytanie.

   Za plecami usłyszeliśmy ruch. Ktoś powoli szedł w naszą stronę. Bardzo powoli, jakby nie miał siły. Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazał się paskudny stwór. Na pierwszy rzut oka poznać w nim można było słonia, ale po chwili wpatrywania się, przestawał być podobny do jakiegokolwiek stworzenia na świecie. Był sinoniebieski, a jego zdeformowana głowa wydawała odgłosy jakby się dusił. Na szczęście w sali pojawił się kolejny korytarz. Natan złapał mnie za rękę i pociągnął w jego stronę. Nagle w naszych rękach pojawiło się coś ciężkiego, a potworów ciągle przybywało.

   - To broń. Myślisz, że na nich zadziała? - spytał Nataniel.

   - Wystarczy spróbować - stwierdziłam i wycelowałam w pierwszego lepszego stwora. Nie poczułam nawet, że strzelam. Na początku myślałam, że broń nie działa, ale zauważyłam, że potwór zwolnił i w końcu zatrzymał się. Zaczęliśmy biec tyłem i strzelać na oślep. Tak dotarliśmy do końca korytarza, gdzie na nasze szczęście znajdowały się duże podwójne drzwi. Przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się na sali gimnastycznej. Poznaliśmy to po drabinkach przytwierdzonych do ścian i po wiszących po przeciwległych stronach sali koszach, bo ogólnie wyglądało tu jak w stołówce. Ludzie siedzieli przy stołach i jedli, a siedzący na podłodze rozmawiali między sobą.

   - Gonią nas obrzydliwe potwory, musimy teraz wszyscy uważać - powiedział głośno Nataniel, żeby go wszyscy słyszeli.

   - My wiemy, my wszystko wiemy - powiedziała kobieta, która wstała od stołu i podeszła do mnie. - Chcesz coś zjeść? Proszę, rozgość się.

   - Może trochę pogramy? - zwrócił się do Nataniela chłopak kozłujący piłką do kosza.

   Kompletnie zszokowani ich spokojem, oboje skorzystaliśmy ze złożonych nam propozycji. Usiadłam przy stole i od razu zapytałam:

   - Te potwory was nie obchodzą?

   - Od zarania dziejów nas prześladują, ale dopóki nie ma ich w pobliżu, nie ma się czego bać.

   - Ale one właśnie nas goniły, na pewno czają się tuż za drzwiami.

   - Powtarzam, nie ma się czego bać.

   W tym samym momencie drzwi otworzyły się i jeden z potworów powoli zaczął wtaczać się na salę. Wyskoczyłam zza stołu i znów wycelowałam bronią. Strzeliłam, ale tym razem nic się nie stało. Nataniel odrzucił piłkę, chwycił swoją broń i podbiegł do mnie.

   - Chyba coś się w tym zepsuło - powiedziałam coraz bardziej pogrążając się w panice.

   - Przyjrzyj się, to nie ta broń.

   - Ale cały czas miałam ją ze sobą!

   Nataniel strzelił swoją bronią, ale coś trzasnęło i z lufy wyleciał tylko dym.

   - Pokaż mi to. - Wziął moją zmienioną broń i przyjrzał się jej dokładnie. - To na pewno nie jest ta sama strzelba i do tego ona również jest zepsuta. Spójrz, wystaje z niej jakaś sprężyna. - Dotknął jej i odpadła wraz z inną częścią broni. - Potrzebne nam części zamienne. Ale najpierw musimy coś z nim zrobić - pokazał na przybliżającego się potwora.

   Nie zastanawiając się nad tym, czując adrenalinę, rozbiegłam się i wskoczyłam na stwora. Próbował mnie z siebie zrzucić, ale Nataniel również go męczył.

   - Złap go za trąbę! - krzyknął okładając go pięściami.

   Chwyciłam zdeformowaną trąbę i owinęłam ją wokół szyi kreatury. Przestała wydawać ten duszący dźwięk. Widocznie jedynie dzięki trąbie mógł oddychać. Po chwili zaczął się trząść, potem zamknął oczy i upadł razem ze mną na jego plechach.

   - Proszę, podnieś go! - krzyknęłam z bólu i po chwili ciężar jego cielska przestał gnieść mi nogę. Nataniel odsunął potwora aż pod samą ścianę i pomógł mi się podnieść.

   - Możesz stać sama, czy chcesz się o mnie podeprzeć?

   - Nie jest tak źle, pewnie będę miała siniaka i na tym się skończy.

   - Dobrze... - chciał powiedzieć coś jeszcze, ale okrzyki szczęścia osadników mu w tym przeszkodziły.

   - Dziękujemy!

   - Jesteśmy wolni!

   - Wybawiliście naszą osadę, to już koniec!

   - Jak to koniec? - zdziwił się Natan.

   - To już koniec gry, możecie wracać do domu - powiedziała kobieta, najwidoczniej będąca tu przy władzy.

   - Żartujesz tylko - uśmiechnął się do niej Francuz.

   - Przepraszam, ale nie wiem o co ci chodzi... - zdziwiła się kobieta. - Uratowaliście nas, to było wasze zadanie. Nie cieszysz się, że wygrałeś?

   - To nie jest koniec. Dopiero zacząłem się bawić. Dajcie mi inną misję. - Wszyscy patrzyli na niego, jak na wariata. - Czekam, aż dacie mi kolejną misję. - Gdy znów odpowiedziała mu tylko cisza, zezłościł się: - Jesteście głusi?! Mówię do was! - Chwilę poczekał na odpowiedź, ale to nie nastąpiło, chwycił zepsutą broń i krzyknął: - A więc sam się pobawię!

   Zwrócił się do kobiety, zamachnął się i uderzył ją w głowę. Przywódczyni upadła na podłogę, a spod jej włosów szybko wypływała krew. Szok kolejny raz dziś mnie sparaliżował i stałam się tylko widzem wydarzeń, które potem nastąpiły. Nataniel biegał po sali i zabijał osadników, którzy nie zdołali mu uciec. Nie powstrzymywały go krzesła ani stoły. Nawet, gdy potykał się o martwe już ciała, wstawał i biegł dalej nie patrząc na to, że zdarł sobie właśnie do krwi kolano lub łokieć. Połowę zabił, a połowa uciekła. Wtedy w końcu się opamiętał i spojrzał na mnie.

   - Fajna zabawa, prawda? - zapytał, jakby nigdy nic. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. - Co jest z wami, ludzie? Języki wam poucinali?! - Szedł cały czas w moją stronę, lecz broń odrzucił. Nie wiedziałam czy się bać, czy cieszyć z tego powodu. - Skoro nie możesz nic mówić... Patrz co narobiłaś - wskazał na zasłaną ciałami podłogę. - Teraz ja muszę zrobić coś tobie. - Złapał mnie za ramiona i nadal szedł przed siebie. Co chwilę się potykałam idąc tyłem, ale mnie przytrzymywał. - Teraz dopiero możesz upaść - powiedział i rzucił mnie na materac. - Widzisz jaki jestem miły? - Wodził palcem po rozdartych przez Irę częściach mojego ubrania. Zatrzymał się na strzępach mojej bluzki i oderwał kawałek na moim brzuchu. Gdy już łapał mnie za pasek, usłyszałam głuche uderzenie i sekundę później leżał na mnie nieprzytomny Nataniel.

   - Przepraszam, już go z ciebie zdejmuję - powiedział Lucio i z uśmiechem na twarzy, widocznie z siebie zadowolony, podał mi rękę. - Co za człowiek! Co z niego za gentleman?

   - Dzięki - odpowiedziałam tylko, nadal w szoku.

   - Widzę, że masz się dobrze. To ja już lecę. Muszę iść dalej, tyle tu fajnych rzeczy, nawet sobie nie wyobrażasz... - resztę słów zabrał ze sobą wybiegając przez korytarz, który zniknął wraz z nim.

   To by chyba było na tyle. Utknęłam. I to w sali pełnej trupów i niedoszłego gwałciciela. Zaraz... Gdzie oni wszyscy się podziali? Zesztywniała rozejrzałam się po pustej podłodze. Odwróciłam się i zauważyłam, że Nataniel również zniknął. Czyli zostałam sama. To nawet lepiej. Może skorzystam z tej ciszy i się prześpię... Albo najpierw coś zjem. Na stole stoi taki ładny tort. I tak słodko pachnie...

   Usiadłam na jedynym ocalałym krześle w sali i ukroiłam kawałek tortu. Był pełen truskawek. Wyglądał tak ładnie, że aż żal mi go było jeść. Ale ten zapach... Nie mogłam się dłużej opierać, musiałam ulec pokusie. Zamknęłam oczy i zaczęłam się nim delektować. Był taki pyszny... Taki delikatny. Otworzyłam oczy, by zrobić drugi kęs, lecz prawie dostałam zawału po tym, co zobaczyłam. Byłam w chmurach. Dosłownie. Tym razem panika wzięła górę. Czułam, że spadam, chociaż tak się nie działo. Skuliłam się i zaczęłam sobie powtarzać:

   - To się nie dzieje naprawdę...

   Po kilku minutach, gdy pierwszy szok minął, zdałam sobie sprawę, że siedzę nadal w miejscu i nie czuję nawet wiatru. Nie otwierając oczu dotknęłam, jak się okazało, dna szklanego pudełka, w którym się znalazłam. Otworzyłam oczy, lecz i tak widok był przerażający, bez względu na to, że byłam na razie w miarę bezpieczna. Trwało to chyba dłuższy czas, sama nie wiem, jak długi. Zaczęłam się przyzwyczajać. W końcu przywykłam na tyle, że spojrzałam w dół. Oczywiście nic z tej odległości dokładniej zobaczyć nie mogłam. Mimo to, przysuwałam głowę coraz bliżej dna, bo wydawało mi się, że widzę coś coraz wyraźniej. Coś do mnie machało. Przytknęłam twarz do zimnej podłogi i zobaczyłam, że to jakiś znany mi człowiek. Wiem! To przecież jestem ja...

   Zrobiło mi się zimno. Zaczął mną targać zimny wiatr. Żołądek miałam już w gardle i czułam, że spadam. Darłam się, ale nie słyszałam swojego głosu. Coś błysnęło mi przed oczyma. Czy to zawleczka od spadochronu? Mam spadochron! Pociągnęłam kawałek metalu, szarpnęło mną i zaczęłam spadać o wiele wolniej. Odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko kilka metrów. Dotknęłam stopami ziemi i przewróciłam się. Coś trzasnęło mi w kostce i zalała mnie fala bólu. Pewnie skręcona... Wylądowałam na zalanym słońcem wzgórzu. Uwolniłam się od spadochronu i gdy się rozejrzałam, na samej górze zauważyłam siedzącą po turecku Audrey. Patrzyła się tępo na rozciągający się pod nami krajobraz.

   - Co za emocje… - powiedziałam do siebie, a ją spytałam: - Jak ci mija gra, wszystko w porządku?

   Audrey wyciągnęła pistolet i powiedziała:

   - Game over.

 

***

 

  Otworzyłam oczy. Byłam oblegana przez ludzi. Tak samo, jak Audrey, która jeszcze nie wróciła.

  - Cholera, a ja stawiałem na ciebie - powiedział zawiedziony Lucio, ale i tak na jego twarzy widniał uśmiech.

  - Jak ty się wyrażasz, chłopcze - zganił go Oliver.

  - Przepraszam...

  - Tak więc numer I odpada z gry. Mamy zwyciężczynię! - krzyknął organizator w momencie, gdy wróciła do nas Audrey. Wszyscy z uznaniem klaskaliśmy, a ona nieśmiało dziękowała.

 

***

 

  - No, to opowiadajcie, kto i jak was załatwił? - zaczął Lucio, gdy wróciliśmy do hotelu. - Ja własnoręcznie skosiłem Nataniela, bo się dobierał do Marty - powiedział z dumą.

  - Tak, to prawda - odpowiedział mu Francuz. - Więc załatwił mnie Lucio, a ja nikogo nie tknąłem. Tyle...

  - Tknąłeś, mój chłopcze - naśladował Olivera młody Włoch. - Dotykałeś ją tak, że aż mi się gorąco zrobiło...

  - Starczy tych szczegółów, chłopcze - zaakcentował ostatnie słowo Niemiec. - Ja załatwiłem się sam, razem z Irą i Bianką. Mieliśmy wypadek samochodowy.

  - A ja wyszedłem z niego cało! No, dobrze, już nie będę - powiedział Lucio i zasłonił sobie usta dłonią. - Ale jeszcze nie powiedziałem, co się stało ze mną - kontynuował ucieszony, że może nadal mówić. - Kiedy wyzwoliłem Martę z łap tego ohydnego kryminalisty, pobiegłem dalej szukać kobiet w opresji, ale się potknąłem... I wpadłem do rowu. Myślałem, że coś mi się stało ze wzrokiem, ale w końcu zdałem sobie sprawę, że osada, w której się znalazłem istnieje po prostu w negatywie. Raziło mnie to bardzo, wyglądało to strasznie i chciałem uciec, ale jacyś żołnierze mnie zatrzymali i powiedzieli, że mogą mnie zabić lub zostanę tu do końca życia. Powiedziałem: "Nie oddam się bez walki!" i... No i wtedy mnie zabili. Wbili mi nóż w plecy!

  - To straszne! - krzyknęła nadwrażliwa Bianka.

  - Spokojnie. Patrz, nic mi nie jest. Jestem cały i zdrowy. Możemy nawet potem...

  - Może teraz wypowie się Marta? - przerwał mu Oliver.

  - Ale to nic ciekawego. Cieszę się, że wyeliminowała mnie sama zwyciężczyni.

  Znowu zaczęliśmy klaskać. Audrey dostała nagrodę - puchar za pierwsze miejsce i czek na skromną sumę pieniędzy. Ja dostałam mniejszy puchar za drugie miejsce, a Lucio za trzecie. W końcu rozeszliśmy się do pokoi.

 

***

 

  - Poczekaj!

  Zdążyłam otworzyć drzwi do swojego pokoju, gdy dogonił mnie Nataniel.

  - Chciałbym cię przeprosić. Wcale nie chciałem ci nic zrobić...

  - Ależ nic się nie stało, przecież to tylko głupia gra. Może wejdziesz?

  Zmęczeni usiedliśmy na kanapie i rozkoszowaliśmy się ciszą. W końcu Nataniel nie mógł wytrzymać i znowu zaczął:

  - Przepraszam, ale to nawet nie byłem do końca prawdziwy ja. Nie byłem świadomy tego, co robię. Wiesz, ci osadnicy otruli mnie w jakiś sposób i...

  - Wystarczy - łagodnie przerwałam jego wywód. Spojrzałam w jego piwne oczy i zauważyłam, że mówi szczerze. Nie potrzebowałam więcej wyjaśnień. Przybliżyłam się do niego i tak jak on wcześniej zaczęłam wodzić palcami po jego koszulce. - Naprawdę nie wiem po co przepraszasz. Mnie się to nawet podobało...

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 466  |  Dodano: 2010-06-29 21:56  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Demon: Amator
opowiadania 2017-11-23 22:17
Oto kolejne opowiadanie, i początek nowego wątku w mojej historii! Mam nadzieję że wam się spod...
*** zapakowałem słowa / w kufer ciszy
poezja 2017-11-23 09:29
I wołanie do Ojczyzny.
poezja 2017-11-21 20:53
21.listopad.2017r           
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com