MarianW
liczba publikacji: 31
liczba punktów: 342

Jak w opowiadanich Londona

   Dawno, dawno temu, gdy w Bieszczadach panował jeszcze pułkownik Doskoczyński, postanowiliśmy z kolegą zabawić się w traperów i zrobić sobie taką zimową wyprawę w nieznane, o jakich pisał London. Co prawda Bieszczady to nie Alaska, ale i nam było daleko do Londonowskich bohaterów. Toteż wyprawa miała być i na miarę gór, i uczestników – tylko dwudniowa. Planowaliśmy dojechać autobusem do Rajskiego, a stamtąd doliną Sanu dojść do Tworylnego. Wiedzieliśmy, że tam jest juhaski szałas i w nim chcieliśmy po trapersku zanocować. Na drugi dzień mieliśmy już dotrzeć do ludzi, czyli do Zatwarnicy.

   Był początek marca, śnieg zleżały, pogoda niezła – więc wszystko powinno było pójść jak z płatka. Do Rajskiego dotarliśmy koło południa i od razu wyruszyliśmy na trasę. Szliśmy brzegiem Sanu, bo drogi – jeśli w ogóle jakaś tam była – nie było widać. Już wkrótce okazało się, że śnieg nie wszędzie był zleżały, a nad rzeką był rozmiękły i kopny. Szliśmy więc dużo wolniej, niż planowaliśmy i halę Tworylnego zobaczyliśmy już dobrze pod wieczór. Juhaski szałas, na szczęście, był nieuszkodzony i w środku bez śniegu.

– O! Jest tu nawet ława do spania – ucieszył się kolega. – Niestety jest jednoosobowa i musimy losować, komu przypadnie – zarządził, obejmując samozwańczo dowództwo naszej wyprawy.

Zalosowaliśmy i ława przypadła jemu.

   Na środku szałasu było serowarskie palenisko, a do szczęścia potrzebne nam było jeszcze tylko drewno na ognisko. Mieliśmy to szczęście, bo trochę suchego drewna było w środku, a na zewnątrz spod śniegu wystawało kilka rozłupanych pieńków.

– Jest dobrze. Jak nie będziemy robić dużego ognia, to nam to wystarczy do rana – stwierdził kolega.

   Rozpaliliśmy ogień, zjedliśmy kolację, wypiliśmy herbatę i nieco czegoś mocniejszego na lepszy sen, nadmuchaliśmy materace i zawinęliśmy się w śpiwory. Planowaliśmy wstać wcześnie i skoro świt ruszyć w drogę, by przed nocą dotrzeć do Zatwarnicy. Na zewnątrz zapadła nocna cisza, w szałasie pełgało się ognisko, a my powoli zasypialiśmy. Wszystko było jak w opowiadaniach Londona i bardzo nam się to podobało.

   Po jakimś czasie obudziło mnie zimno ciągnące od ziemi i odczucie, że leżę na gruzie. Okazało się, że z mojego materaca zeszło powietrze.  Zapaliłem latarkę i wtedy zobaczyłem, że ognisko zgasło.

– Czego się tłuczesz? – zamruczał kolega ze swojej ławy.

– Mój materac nie trzyma powietrza i ognisko zgasło. Za chwilę będzie tu zimno jak w psiarni – odpowiedziałem.

   Kolega wygrzebał się ze śpiwora i wzięliśmy się do reanimacji ogniska. Pod popiołem było jeszcze trochę żaru, ale żeby rozniecić ogień, potrzebne było suche drewno, którego już nie mieliśmy. Znalezione wieczorem pieńki były za grube i za mokre. Świecąc latarkami, przeszukaliśmy szałas i znaleźliśmy niewielką deskę. Była sucha, ale gruba i twarda.

– Ciule jesteśmy, nie traperzy! – złościł się kolega. – Nie wzięliśmy siekiery!

Miał rację. Mieliśmy tylko noże, które nadawały się do krojenia chleba i otwierania puszek, ale teraz musiały zastąpić siekierę. Ja świeciłem latarką, a kolega, pobijając nóż kamieniem, zaczął łupać deskę.

– Nie wal za mocno, bo jak złamiesz nóż, to moim scyzorykiem już nic nie zrobimy – ostrzegłem go.

– Nie gadaj, tylko dobrze świeć, żebym sobie palców nie poranił – odwarknął i zaczął walić jeszcze mocniej. 

Udało się. Nóż wytrzymał, deska zmieniła się w stosik suchych szczapek i ognisko zostało uratowane.

   Nasza zwycięska walka o ogień skończyła się około czwartej, więc postanowiliśmy już nie spać, tylko zjeść śniadanie, spakować się i o świcie wyruszyć. Tak też zrobiliśmy i około szóstej wyszliśmy na zewnątrz, by ulżyć pęcherzom i zobaczyć, jak zapowiada się dzień. Wyszliśmy… w białą pustkę. Nieprzenikniona mgła zalewała wszystko, a ściana naszego szałasu zdawała się być jakby namalowana na białym tle – żadnej głębi obrazu, żadnego dźwięku. Nie było nic widać na krok i o wymarszu nie mogło być mowy.  

– O, kurwa! Ale mleko! – zaklął kolega. – Ale myślę, że za dwie, trzy godziny ta mgła zniknie. Jak słońce się podniesie, to ją rozgoni i da się iść.

   Za dwie godziny mgła faktycznie się rozproszyła, ale zaraz zaczął padać śnieg. Z początku były to drobne płatki, z czasem urosły i w końcu stały się wielkimi kłapciami. Znowu biel zasnuła wszystko dookoła. Śnieg walił, czas uciekał i wiedzieliśmy, że tego dnia już nigdzie nie pójdziemy. Czekała nas co najmniej jeszcze jedna noc w szałasie.

   Jedzenia mieliśmy dość, wody ze śniegu mogliśmy natopić do woli, ale brakowało nam drewna. Najbliższe drzewa były nad brzegiem Sanu odległego od szałasu chyba z pół kilometra. Były to stare wierzby i olchy, drewno z których paliło się szybko, dawało mało ciepła, ale za to dużo dymu. Należało więc nanosić go dużo, żeby starczyło do rana.

   Poszliśmy nad rzekę i zaczęliśmy łamać gałęzie. Gdybyśmy mieli siekierę, to zrąbalibyśmy coś grubszego, a tak musieliśmy zbierać nawet najmniejsze patyki. Cały dzień nosiliśmy drewno znad Sanu, aż wypełniliśmy nim pół szałasu. Śnieg tymczasem padał bez przerwy. O zmierzchu usiedliśmy przy ognisku, żeby coś zjeść. Siedzieliśmy w przemoczonych butach, mieliśmy brudne i podrapane dłonie, dym gryzł nas w oczy, a padający śnieg powoli odcinał nas od świata. Wszystko było jak w opowiadaniach Londona, ale nam się to już przestawało podobać.

– Co robimy? – zapytał kolega, popijając herbatę. – Jak tak popada przez noc, to jutro będzie tu metr śniegu. A jak popada jeszcze ze dwa dni?

– Za dwa dni wyzbieramy wszystkie gałęzie w okolicy i skończy nam się żarcie – odpowiedziałem. – A jak jeszcze przyjdzie mróz i wiatr, to będzie z nami źle.

Rada w radę, postanowiliśmy skoro świt – jeśli nie będzie mgły – wyruszyć… z powrotem do Rajskiego.

   Tamtej nocy prawie wcale nie spałem, chociaż kolega ustąpił mi miejsca na ławie, a sam z dobrym materacem przeniósł się na ziemię. Bałem się, że ognisko zgaśnie, więc wstawałem co chwilę, żeby dołożyć drewna. Gdy rano chciałem wyjść z szałasu, musiałem mocno napierać na drzwi, żeby je otworzyć. Świat dookoła był zasypany śniegiem, sięgającym mi do połowy uda, ale już nie padało i nie było wiatru.

– Wstawaj! – obudziłem kolegę. – Nie pada i nie wieje, więc musimy wypieprzać stąd, dopóki się da. 

   Zjedliśmy cośkolwiek, spakowaliśmy się w try miga i wyruszyliśmy w białą pustać. Szło nam się bardzo ciężko, bo śnieg był głęboki i mokry. Na drzewach tworzył nawisy, które co chwilę spadały nam na głowy, więc po niedługim czasie byliśmy już przemoczeni i od dołu i od góry. Gdzieś po godzinie znowu zaczął padać gęsty śnieg. Zapadając się po pas i zmieniając na prowadzeniu co kilkadziesiąt kroków, parliśmy przed siebie co sił. Mimo to czuliśmy, że drogi ubywa nam za wolno, a czas ucieka za szybko. Śnieg był coraz głębszy, widoczność coraz gorsza, a Rajskiego jak nie było, tak nie było.

   W końcu jednak usłyszeliśmy stłumione przez śnieg, szczekanie psa i niedługo potem dotarliśmy do mostu na Sanie.

– No to pobawiliśmy się w traperów – powiedział kolega z kpiną w głosie.

– Chcieliśmy, żeby było jak w opowiadaniach Londona, no to było – odpowiedziałem. – Tylko, że traperzy z nas marni.

 

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 159  |  Dodano: 2017-07-04 13:45  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Poena
opowiadania 2017-07-20 22:24
Bardzo dawne opowiadanie po gruntownym liftingu.
ALFA NOVA DWA część 1/4
dramat 2017-07-19 19:46
komedia sceniczna sf
Wieczór
opowiadania 2017-07-18 21:50
Historia, która mogła być mieć swój ciąg dalszy, gdyby nie upartość i przed wczesny...
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com