Indyphar
liczba publikacji: 5
liczba punktów: 47

Saga Indyphara: Próba cz. 2

Neffer-Tari cały poranek spędziła w bibliotece, uparcie wertując zakurzone księgi w poszukiwaniu informacji o Zakonie, niestety większość zapisków stanowiły szczątkowe wzmianki w kronikach, za to brakowało vademecum z prawdziwego zdarzenia. Służba wiedziała niewiele więcej - ot jedynie, że na północ od Ismathe jest jedna ze Świątyń. Po obiedzie dziewczyna zagadnęła Mafdet, popijającą na tarasie herbatę.

- Ciotuniu?

Kobieta pociągnęła długi łyk.

- Ciotuniu?

- Tak?

- Mogę iść na spacer?

- Oczywiście moja droga, mamy przecież pokaźny ogród.

- Wszędzie stoją powozy sir Socarisa. A tak w ogóle, to gdzie on jest? Nie widziałam go dzisiaj.

- Rano poszedł odwiedzić przyjaciela, wróci wieczorem.

- Więc mogłabym pojechać z Shagya? Wrócę przed zmrokiem, obiecuję.

- Znowu chcesz jechać na plażę?

- Nie, nie, tym razem nie.

- A gdzie?

- Ja… chciałam zobaczyć Świątynię.

- Przecież jutro ją zobaczysz. Nie możesz poczekać? Powinnaś nauczyć się cierpliwości.

- Och, ciotuniu, proszę. Bardzo ładnie proszę. Obiecuję, że to nie zajmie dużo czasu.

- A skąd to wiesz?

Neffer-Tari otworzyła usta, jednak poza kilkoma przypadkowymi dźwiękami nie była w stanie nic z siebie wydobyć.

- Jedź.

- Naprawdę mogę?

- Jedź, zanim zmienię zdanie. Tylko wróć o ludzkiej porze, stara już jestem i nie mam siły ciągle na ciebie czekać.

- Będę przed zmrokiem, ciotuniu, a nawet wcześniej. - Zbiegła z tarasu. - I wcale nie jesteś stara.

Mafdet zaśmiała się głośno, a Neffer-Tari pobiegła do stajni. Osiodłała i wyprowadziła Shagya, założyła jeszcze skórzany kaftan, przypięła też do siodła zwiniętą, futrzaną pelerynę. Dosiadła rumaka i ruszyła brukowanymi ulicami Ismathe.

- Neffer-Tari! - Spomiędzy tłumu dobiegło wołanie chłopca.

- O! Witaj, Kor.

- Gdzie jedziesz?

- Daleko.

- Mogę jechać z tobą? Obiecałaś, że następnym razem mnie zabierzesz.

- No dobrze, dobrze. - Wyciągnęła rękę do chłopca. - Wskakuj na zad.

Kor zawył z radości, chwycił dłoń Neffer-Tari i jednym susem wskoczył na rumaka. Wyjechali z Ismathe i ruszyli ku północy, minąwszy płaskie pola uprawne zatrzymali się dopiero na wzgórzu porośniętym wysoką trawą, na którą swój cień rzucało kilka pojedynczych drzew. Dostrzegli w oddali majestatyczną budowlę zwieńczoną złotą kopułą, wokół której rozciągał się piękny ogród przecięty symetrycznymi ścieżkami z płaskich kamieni. Cały teren otaczał rząd smukłych iglaków, których zielone stożki wystawały ponad grubym murem. Do Świątyni prowadziła szeroka, żwirowa alejka, bogatego wnętrza strzegły wysokie, zdobione wrota, przed którymi stało dwóch świątynnych strażników odzianych w proste, płytowe napierśniki. Dzierżyli starannie wypolerowane halabardy. Neffer-Tari nie mogła się oprzeć pokusie, by już dziś przekroczyć próg Świątyni.

- Dlaczego chcesz tam wejść? - zapytał Kor.

- A ty byś nie chciał?

Zjechali w dół zbocza i już chwilę później zatrzymali się przed złotą bramą. Zsiedli z Shagya, prowadząc go za wodze, weszli na teren Świątyni. Przemierzając główną alejkę rozglądali się, podziwiając starannie zadbany ogród i bogactwo kwiatów. Zatrzymali się przed szerokimi, marmurowymi schodami. Strażnicy bacznie ich obserwowali. W końcu jeden z nich podszedł do Neffer-Tari.

- Z końmi nie można przychodzić do Świątyni.

- Przepraszam, nie wiedziałam.

- Proszę natychmiast opuścić teren.

Neffer-Tari cofnęła się o krok.

- Idź. - Kor przyciągnął wodze. - Ja wyprowadzę Shagya, a ty idź do środka.

Dziewczyna uśmiechnęła się w podzięce. Gdy tylko młodzieniec wyprowadził rumaka, strażnicy ustąpili drogi. W środku panował przyjemny chłód bijący od kamiennych ścian, na których, w stałych odstępach, wisiały piękne obrazy przedstawiające sceny z mitów i legend. Potężne kolumny wykańczane złotymi obręczami utrzymywały wysokie, półokrągłe sklepienie. Podłogę zdobiła kolorowa mozaika obrazująca złoty emblemat słońca. Na końcu głównej sali wznosił się piękny, śnieżnobiały ołtarz, a za nim monumentalne rzeźby starożytnych bogów ustępujących przed blaskiem Światłości. Neffer-Tari zapatrzyła się w ten niesamowity obraz, oczami wyobraźni widziała, jak dawni bogowie klękają, oddając hołd wschodzącemu słońcu, a blask jego promieni odbija się jaskrawymi refleksami od zbroi boga wojny, oplata diadem bogini mądrości i bladą skórę Pani pożądania.

- Piękne, nieprawdaż? - Melodyjny głos wyrwał Neffer-Tari z zamyślenia.

Obróciła się do stojącego obok mężczyzny. Wyglądał inaczej niż kapłani w jej wyobrażeniach. Był niewiele starszy od niej, a szczupłe ciało koronowała chłopięca twarz i rozczochrane, brązowe włosy. Jasna toga z wyhaftowanym na piersi emblematem słońca, wisiała na jego kościstych ramionach. Uśmiechnął się życzliwie.

- Na imię mi Kanish. - Ukłonił się nieznacznie.

- Neffer-Tari.

- Neffer-Tari, tak? Napisałem, byś przybyła z poczciwą Mafdet dopiero jutro.

- Wiem, ale nie mogłam się doczekać, by zobaczyć Świątynię. Jest piękna.

- W rzeczy samej. Nie przybyłaś sama.

- Nie. Mój przyjaciel jest przed bramą, pilnuje mojego konia.

- Twój przyjaciel? Nie chciał wejść?

- Świątynia raczej go nie interesuje. Ale bardzo chciał mi towarzyszyć.

- Dobry przyjaciel jest cennym skarbem. Pielęgnuj tę przyjaźń.

Dziewczyna nerwowo zaciągnęła kosmyk włosów za ucho, kapłan zbliżył się powoli.

- Chodź. Oprowadzę cię. - Kapłan wyciągnął do niej dłoń, odchodząc w stronę korytarza na lewo. Neffer-Tari popędziła za nim.

Świątynia dzieliła się na dwie części: nową i starą. Nowa odznaczała się wyraźnym luksusem i emanowała bogactwem. Stara była zaś surowa i ukryta przed wzrokiem wiernych, tylko kapłani mieli do niej dostęp… przynajmniej oficjalnie. Chętni na duchownych mieszkali w celach w nowej części. Mimo bogactw, symboli i pięknego ołtarza, nowa część nie miała w sobie naturalnej magii. Ta była obecna tylko w kilku miejscach w starszej części.

Ciemne, wąskie korytarze tworzyły spiralny labirynt, w którym łatwo można było zbłądzić. W centralnym punkcie znajdowała się komnata, do której wrota zamknięto wieki temu. Nawet Kanish nie wiedział, co się tam znajduje. W lewym skrzydle rozciągała się podziemna biblioteka pełna zwojów i starożytnych ksiąg. Te, zawierające największe tajemnice, były zamknięte w dodatkowej komnacie, do której dostęp miał wyłącznie najwyższy kapłan i nieliczni, których wskazał.

- Najważniejszą komnatą w Świątyni, jest komnata modlitw - powiedział Kanish, gdy zatrzymali się przed kolejnymi zamkniętymi wrotami. - Śmiało, wejdź.

Neffer-Tari niepewnie pchnęła ciężkie drzwi. Ciszę przecięło wysokie skrzypienie, za progiem panował półmrok nieco tylko rozpraszany kilkoma pochodniami.

- Wejdź.

Neffer-Tari przekroczyła próg, rozglądając się dookoła. Pomieszczenie miało owalny kształt, na podłodze wygrawerowano dwa okręgi.

- Tutaj… - Kanish wskazał mniejszy z nich, znajdujący się bliżej wejścia. - To miejsce dla modlącego się kapłana. W komnacie, podczas modłów powinna przebywać tylko jedna osoba, aby nie zakłócać medytacji. - Neffer-Tari spijała z ust Kanisha każde słowo. - Do drugiego z okręgów nie ma wstępu. To Symbol Bafometa. - Kapłan wskazał pięcioramienną gwiazdę wpisaną w okrąg. - Każde z ramion symbolizuje inną cnotę Światłości.

- Jakie to cnoty?

- Pierwszą jest mądrość, bo Światłość wie wszystko i widzi wszystko, i nigdy się nie myli. Drugą jest ambicja, bo zmusza do pracowitości i jest dążeniem do perfekcji, a doskonałość powinna być celem każdego z nas. Trzecią jest szczerość, bo kłamstwo zabija przyjaźń i miłość, i jest trucizną dla cnotliwego serca. Tylko będąc szczerym, można być szczęśliwym. Czwarta to lojalność, cnota ważniejsza niż odwaga, ponieważ wymaga czegoś więcej… nieugiętego trwania przy przyjaciołach i bycia wiernym wobec wyznawanych zasad. Ostatnią cnotą jest wola.

- Wola? - zdziwiła się Neffer-Tari.

- Tak, wola. Bo widzisz, Światłość wymaga od nas czegoś więcej, niż pustych deklaracji. Możesz złożyć tysiące obietnic, ale liczy się tylko to, jak silna jest wola ich realizacji. Deklaracje są ważne, ale to nasze uczynki określają, kim jesteśmy. Wola działania, nieugięta… wola to najważniejsza z cnót.

Powoli zbliżał się zmierzch, dziewczyna podziękowała Kanishowi za nauki i dała się odprowadzić do bramy wejściowej - świątynni strażnicy akurat przygotowywali się do jej zamknięcia.

- Z niecierpliwością będę cię jutro oczekiwał.

- Już nie mogę się doczekać.

Neffer-Tari podeszła do Kora siedzącego na sporym głazie, chłopiec miał naburmuszoną minę. Shagya pasł się nieopodal.

- Zostawiłaś mnie.

- Przepraszam, ale sam chciałeś jechać. Poza tym jesteś przecież prawie dorosły. - Usiadła obok i przytuliła chłopca. - Chyba nie chcesz, żebym ci matkowała?

- Puść mnie. - Szarpnął się, ale Neffer-Tari go przytrzymała i przytuliła jeszcze mocniej.

- Puszczę, jak przestaniesz się na mnie gniewać.

- Puszczaj.

- Nigdy!

Chłopiec się poddał, położył głowę na piersi dziewczyny.

- A zabierzesz mnie kiedyś do środka?

- Obiecuję.

Kor uśmiechnął się szeroko.

- To już się nie gniewam.

- Cieszę się, bo nie chciałabym, żebyś akurat ty był na mnie zły.

- Wracamy?

- Tak. Późno już, a ja obiecałam ciotce, że będę przed zmierzchem.

Dziewczyna zagwizdała na rumaka. Oboje dosiedli Shagya i udali się ku Ismathe. Tuż za rynkiem Kor zsiadł, a Neffer-Tari wróciła na dwór, zamknęła konia w boksie i ruszyła powoli do willi. Zatrzymała się przed drzwiami frontowymi, zza których dochodziły wrzaski. Dotknęła dłonią drewnianej powierzchni, zbliżyła ucho i wstrzymała oddech. W hallu sir Socaris na kogoś grzmiał. Dziewczyna uchyliła jedno ze skrzydeł. Przed starcem i jego dwoma towarzyszami stała Mafdet. Jeden z weteranów klepnął Socarisa w ramię i wskazał na wejście.

- Neffer-Tari, dobrze że już jesteś. Podejdź do nas - powiedział starzec. - Powiedziałem, podejdź do nas!

Dziewczyna powoli wślizgnęła się do hallu, wzrok jej przyszłego męża doprawdy mógł miażdżyć. Stanęła obok ciotki.

- Możesz mi to wyjaśnić? - Socaris wcisnął Neffer-Tari pognieciony pergamin. - Co to jest?

Neffer-Tari drżącymi palcami rozprostowała zwitek, zobaczyła list od Kanisha.

- Co to jest?!

Przełknęła ślinę. Ten zboczony staruch wtargnął do ich domu, co dzień się upijał i miał czelność wrzeszczeć na panią dworu. Dziewczyna wciągnęła powietrze i zacisnęła palce na pergaminie.

- Wygląda, że to list - odparła spokojnie.

- List? To jest twoja odpowiedź?

- Mówię, co widzę. A widzę list.

Socaris zdzielił Neffer-Tari. Zgięła się w pół i złapała za palący policzek, do oczu napłynęły łzy.

- Wiem, co knujesz, niewdzięcznico.

- Nic nie knuję.

- Łżesz! - Spomiędzy spierzchniętych warg starca spływała strużka śliny. - Mamy umowę, pamiętasz? Pamiętasz?!

- Stoję obok i mam dobry słuch, nie musisz krzyczeć, sir Socarisie.

Starzec zamachnął się, Mafdet stanęła przed siostrzenicą.

- Nie uderzysz jej więcej. Nie póki ja tutaj jestem.

- Uważaj. Neffer-Tari jest twoją jedyną spadkobierczynią. Po ślubie może zabraknąć tu dla ciebie sypialni.

- Jak śmiesz mi grozić?

- Nie grożę. Lojalnie ostrzegam. - Starzec wyrwał Neffer-Tari list. - Gdzie byłaś? W Świątyni?

Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, Mafdet posłała jej porozumiewawcze spojrzenie. Neffer-Tari podniosła dumnie głowę, wyminęła panią dworu i spojrzała prosto w oczy swojego przyszłego męża.

- Byłam w Świątyni. I jutro pojadę tam znowu.

- Pojedziesz, tak?

Neffer-Tari nie zdążyła odpowiedzieć. Kolejny raz ugodził ją w twarz. Tym razem się nie zgięła.

- Tak. Jutro pojadę do Świątyni.

- Dobrze. Pozwól… że jutro będę towarzyszyć tobie i naszej wspaniałomyślnej Mafdet.

- Pojedziesz…

- Chcę posłuchać, co macie do powiedzenia najwyższemu kapłanowi. - Mięśnie szczęki Neffer-Tari napięły się, ukazując swoje włókniste kształty. - A teraz idź do swojej sypialni. Jutro czeka nas… ciekawy… dzień.

- Tak jest, sir.

Neffer-Tari skłoniła się i ruszyła w górę schodów, Mafdet również udała się na spoczynek. Nocną ciszę zakłócały, tłumione przez ściany willi, wrzaski starców. Zasnęli dopiero kilka godzin przed świtem. Rankiem, Socaris i weterani nie pojawili się na śniadaniu, jednak zdążyli wstać, nim dziewczyna i Mafdet wyjechały z dworu. Do Świątyni pojechała cała piątka.

Weterani zostali w powozie, przed wejściem do kościoła stał Kanish, nie krył zdziwienia, widząc sir Socarisa i siniaki na twarzy Neffer-Tari. Chciał o nie zapytać, jednak spojrzenie dziewczyny było wystarczającą odpowiedzią.

- Jak mniemam, najwyższy kapłan już nas oczekuje - zaczął starzec.

- Naturalnie.

 

Po zaanonsowaniu, mogli wejść do gabinetu. Biuro przytłaczało swoją wielkością, regały ksiąg wznosiły się pod pięknie malowany sufit, światło wpadało przez liczne, wąskie okna, a karmazynowy dywan ozdabiał środkową część marmurowej podłogi. Za mosiężnym kontuarem siedział przygarbiony starzec, którego łysy czerep błyszczał w blasku południowego słońca. Po bokach jego głowy spływały długie, siwe włosy. Pomarszczone, drżące przy każdym ruchu, ciało okrywała gruba toga. Śnieżnobiałe płachty przecinały złote i błękitne pasy z jedwabiu, emblemat na piersi był staranniej wykonany, niż na togach u innych kapłanów. Dux miał też zamiłowanie do rubinów, których ilość w pierścieniach i naszyjniku z powodzeniem mogłaby stanowić równowartość bogactwa niewielkiego nomu.

Wskazał gościom cztery fotele ustawione w równym rzędzie przed jego kontuarem, namyślił się chwilę, po czym spojrzał na Mafdet, Socarisa i Kanisha, przy tym całkowicie ignorując młodą Neffer-Tari.

- Wybaczcie, ale mam niewiele czasu. Powiedzcie zatem, z czym do mnie przychodzicie, drogie dzieci.

- O wielki - zaczął Kanish - oto dziewczę, o którym tobie opowiadałem, Neffer-Tari, córka Neffer-Rete.

- Tak, tak, pamiętam, dzierlatka, która chce wstąpić do naszego najzacniejszego Zakonu.

- Zgadza się, panie.

- A czy ta młoda osoba zna nasze obyczaje?

- Była tu wczoraj, by lepiej poznać panujące u nas prawa - wyjaśnił Kanish. - Pozwoliłem sobie ją oprowadzić. Neffer-Tari wykazuje wiele zainteresowania Świątynią i naszą wiarą.

- Tak, niewątpliwie, choć z tego, co słyszałem, posiada również niebanalny charakter. Czy nie uważasz, drogi bracie, że jej temperament stanowi znaczną przeszkodę?

- Och, panie, Neffer-Tari jest zdyscyplinowana.

- Doprawdy?

- Zapewniam, panie, że Neffer-Tari potrafi nad sobą panować.

- Nie jestem, co do tego przekonany, ale przejdźmy do ważniejszej kwestii. - Dux po raz pierwszy spojrzał na dziewczynę. - Dlaczego tak bardzo pragniesz wstąpić do naszego Zakonu? Dlaczego właśnie teraz? - Na twarzy Socarisa rozbłysł szyderczy uśmiech. - Czy nie lepiej zaczekać, aż dojrzejesz i zakończysz seminarium, jak każdy kapłan?

- Najczcigodniejszy - zaczęła skruszonym tonem - sęk w tym, że właśnie na czasie mi zależy. - Spojrzała na Socarisa, ten zlustrował ją wnikliwie. - Gdybym mogła odbyć seminarium, na pewno bym to uczyniła.

- A czemuż to nie możesz odbyć seminarium?

Mafdet spojrzała na siostrzenicę.

- Już jutro nie będę godna, by wstąpić do Zakonu.

- Intrygujące. - Dux uśmiechnął się nieznacznie. Neffer-Tari odniosła jednak wrażenie, że ów uśmiech wcale nie jest przychylny. - Dlaczego nie będziesz godna?

- Kapłani powinni zachować cnotę. Może nie należę do Zakonu, ale wiem, że każdy kapłan ma swoją latarnię, której blask niknie, gdy tylko dostąpi się uciechy cielesnej.

- Zgadza się. Widzę, że coś wiesz o naszym Zakonie. Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego miałabyś być niegodna. Przecież nikt nie może cię zmusić do uciech cielesnych.

- Nikt, poza mężem.

Usta najwyższego kapłana wykrzywił uśmiech triumfu. Na taką odpowiedź czekał.

- Więc masz męża.

- Jeszcze nie, ale jutro to się zmieni.

- Tak, teraz widzę, co się tu wyprawia. Nie interesuje cię nasza wiara. Chcesz tylko uciec od odpowiedzialności.

- To nie tak.

- Neffer-Tari - wtrącił Socaris - nieładnie tak okłamywać kapłana, i to najwyższego.

- A pan? Co pana do mnie sprowadza?

- Ja jestem przyszłym mężem tej dziewczyny.

- Wstąpienie do Zakonu uniemożliwiłoby jej wyjście za pana za mąż. Widzę, że już wymierzył pan stosowną karę swojej narzeczonej. - Dux nachylił się nad blatem i spojrzał prosto w oczy Neffer-Tari. - Tego właśnie chcesz. Braku odpowiedzialności.

- Czy Neffer-Tari nie wykazała się odpowiedzialnością i, co więcej, odwagą, wyjawiając prawdę? - wtrącił Kanish. - Mało tego, wykazała się szczerością, a to przecież jedna z Pięciu Cnót.

- To nie odpowiedzialność i nie odwaga. Ta młoda osoba jest postawiona pod murem i powoduje nią wyłącznie desperacja. Nic więcej!

- To nieprawda - zarzekła się Neffer-Tari. - Owszem, ucieczka przed ożenkiem była pierwszym powodem, dla którego przestąpiłam progi Świątyni, jednak gdy już to zrobiłam, zafascynowała mnie magia tego miejsca. Ponad wszystko pragnę służyć Światłości, ale nie będę mogła tego robić, jeśli mi nie pomożecie.

- Decyzja już zapadła - Dux odparł chłodno. - I twój przyszły mąż, dziecko, jak mniemam, w pełni ją popiera.

- Błagam.

- Nic jej nie zmieni.

- Proszę… dajcie mi tylko jedną szansę.

- Powiedziałem, decyzja już zapadła.

- Mam wrażenie, że zapadła już przed moją wizytą.

- Słucham?!

- Dziecko! - krzyknęła Mafdet.

Neffer-Tari z całych sił zacisnęła powieki. Wciągnęła powoli powietrze.

- Młoda damo, jeśli chciałaś wstąpić do Zakonu, to możesz o tym zapomnieć - zaczął Dux. - Taka niesubordynacja…

- Dziękuję, że zechciałeś mnie wysłuchać, panie. - Dziewczyna przerwała najwyższemu. Wstała i ukłoniła się. - Skoro decyzja jest niezmienna, oddalę się teraz i przygotuję do ślubu.

- I tak będzie najlepiej. - Najwyższy kapłan ponownie spojrzał w świat rozpostarty za oknem. - A teraz opuśćcie mój gabinet. Mam wiele pracy.

Cała czwórka posłusznie wykonała polecenie. Socaris szedł przodem, za nim Neffer-Tari, na końcu Mafdet i kapłan.

- Porozmawiam z najwyższym - zapewniał Kanish, gdy zbliżali się do bram. - Może uda mi się go nakłonić do zmiany zdania.

- Dziękuję, mój drogi, razem z Neffer-Tari będziemy wdzięczne.

- To żaden problem.

- Mogę jakoś pomóc?

- Nie sądzę, choć, jeśli chcesz, możesz spróbować jeszcze się wstawić za siostrzenicą. Oboje będziemy mieć większą siłę przebicia.

- Tak zrobię.

- Tylko przybądź bez sir Socarisa. Bez niego łatwiej będzie nam rozmawiać z najwyższym, a jeśli się nie uda… mam jeszcze coś w zanadrzu. Nie wiem, czy się nam powiedzie, ale, w ostateczności, warto spróbować.

Dziewczyna, wraz z ciotką i przyszłym mężem, wrócili do willi. Starzec i jego przyjaciele chwycili skrzynkę rumu i zniknęli w gabinecie. Mafdet poszła z siostrzenicą do jej sypialni.

- Pojadę teraz do Świątyni.

- Po co, ciotuniu? Przecież najwyższy kapłan…

- Dux to głupi starzec. Jest zaślepiony, ale może jeszcze uda mi się go przekonać. Proszę, dziecko, nie trać nadziei. Kanish też się za tobą wstawi.

- Nie przekonacie najwyższego.

- Znam Kanisha. Potrafi zaskoczyć silnymi argumentami. A w razie problemów… Nie wiem, co planuje, ale… Nie trać nadziei. Obiecaj mi to.

- Dobrze, ciotuniu - Neffer-Tari odparła bez przekonania. - Będę oczekiwać wieści.

- Nie zamartwiaj się. A gdyby sir Socaris pytał, odwiedziłam swoją przyjaciółkę.

Mafdet wyszła z sypialni, dziewczyna usiadła na skrzyni przy oknie, na dziedzińcu służba rozładowywała kolejne powozy. Kilku tęgich chłopów stawiało w ogrodzie biały namiot. Inni znosili ze składu za willą okrągłe stoły i zdobione, białe krzesła. Neffer-Tari wyszła z sypialni, na parterze zatrzymała ją poczciwa Anu.

- Gdzie się panienka wybiera? Dopiero panienka wróciła.

- Chciałam jeszcze wyprowadzić Shagya. Cały dzień spędził w stajni.

- Ale już późno, niedługo będzie zmierzchać.

- Niedługo wrócę, nie wyjadę poza mury.

- Powinna panienka się przygotowywać. Jutro ślub, a panienka jeszcze sukni nie przymierzyła.

- Anu, moja kochana, puść mnie, proszę. Szybko wrócę i wtedy przymierzę suknię. Po zmroku nie będę przecież wyprowadzać Shagya.

Kobiecina oparła dłonie na szerokich biodrach, łypnęła na dziewczynę, ale pod bulwiastym nosem przemknął nieznaczny uśmiech.

- Niech panienka jedzie, tylko żeby wróciła przed panią Mafdet. Nie chcę się za panienkę tłumaczyć.

- Obiecuję, nie będziesz musiała.

Neffer-Tari ucałowała Anu w policzek i wybiegła z willi. Popędziła do stajni, wpadła do boksu i niedbale narzuciła siodło na ucieszonego konia. Wyprowadziła rumaka ze stajni, dosiadła go i wyjechała z dworu. Miała nadzieję trafić na Kora, ale choć objechała całe Ismathe, chłopca nigdzie nie było widać. Gdy strzeliste wieże ciemniały na tle pomarańczowego nieba, dziewczyna zawróciła w stronę dworu. Cicho wprowadziła Shagya do boksu i nieśpiesznie wróciła do willi, ostrożnie weszła do hallu, już stąd słyszała pijackie przyśpiewki dochodzące z gabinetu. Zbliżyła się do klatki schodowej. Wrzaski przybrały na sile, a ściany parterowego korytarza oblała pomarańczowa poświata.

- Gdzie jest moja żona? - zawołał sir Socaris. - Żono! Żono, gdzie jesteś?

Dziewczyna zastygła, niczym wystraszona sarna, skryta w cieniu przed wzrokiem drapieżcy.

- Żono!

W korytarzu rozbrzmiały kroki. Sir Socaris i jego przyjaciele wypełzli z gabinetu, śpiewając rubaszne pieśni przemierzyli korytarz, dotarli do hallu. Neffer-Tari wciąż stała u podnóża schodów.

- Jesteś. - Starzec podszedł do siostrzenicy Mafdet, złapał jej przegub i pociągnął. - Chodź! Będziesz świętować z nami.

- Nie chcę.

Neffer-Tari próbowała się wyrwać, ale uścisk starca był nad wyraz potężny. Socaris zaciągnął dziewczynę do gabinetu i rzucił na sofę, weterani zamknęli drzwi.

- Trzeba cię nauczyć szacunku - wycedził starzec. - Jeśli twój mąż chce z tobą świętować, to twoim zasranym obowiązkiem, jest się z tego cieszyć.

Neffer-Tari cofnęła się do oparcia sofy, zagłębiła się w nie, jej palce zbledły, zaciskane na krawędziach poduch. Rosły mężczyzna podszedł powoli, sięgnął do klamry pasa.

- Według Mafdet, powinniśmy zaczekać do nocy poślubnej, ale postanowiłem już teraz pokazać ci, co potrafi prawdziwy mężczyzna. Nie przejmuj się czystością, Zakon przecież cię nie przyjął. - Odpiął pas. - Nie wstydź się. Nie masz czego. Moi przyjaciele będą cię podziwiać.

Starzec postąpił o kolejny krok, jego towarzysze zachodzili sofę od boków. Dziewczyna sięgnęła do jednego z puchowych walców, ułożonych wzdłuż oparcia. Zamachnęła się. Poduszka przeleciała tuż przed twarzą starca. Neffer-Tari wystrzeliła ku drzwiom. Zgięła się wpół - Socaris chwycił ją na wysokości bioder. Rzucił na podłogę. Dziewczyna wyrżnęła głową o twardą posadzkę, podciągnęła ręce, by się osłonić, ale jej przeguby chwycili weterani. Socaris zwalił się na nią, przygniótł ogromnym, śmierdzącym cielskiem, jedną ręką podwijał jej spódnicę, drugą usiłował uporać się ze sznurowanym dekoltem tuniki, skrywającej dorodny biust.

Krzyczała. Wiła się desperacko. Próbowała ugodzić starca kolanem w krocze, ale pogorszyła tylko swoją sytuację - biodra Socarisa znalazły się między jej udami. Starcza dłoń dotarła do bielizny dziewczyny, grube palce zacisnęły się na materiale i pociągnęły go w dół, szwy puściły.

- Teraz zobaczysz, co to znaczy przyjemność.

Socaris rozerwał tunikę, odsłaniając jedną z piersi. Wyprostował się, by rozpiąć spodnie. W gabinecie pękła szyba. Jeden z weteranów padł na podłogę, trzymając się za skroń. Pękła kolejna szyba i drugi z weteranów poleciał na posadzkę, tuż po nim sam Socaris. Neffer-Tari zerwała się do okna, przyciągając do ciała strzępy materiału. Otworzyła jedno ze skrzydeł.

- Neffer-Tari! Tutaj!

Wspięła się na parapet i wyskoczyła na darń okalającą willę, zza krzewów róży wyłonił się blady Kor. Złapał przyjaciółkę za rękę. Popędzili do głównej alei, gdzie czekał już Shagya.

- Wskakuj!

Neffer-Tari dosiadła rumaka i pomogła chłopakowi wskoczyć na zad. Ruszyli ku bramie. Wrota willi rozwarły się, Socaris zawył wściekle. Dziewczyna zerknęła przez ramię, jednak nie zwolniła. Wyprowadziła konia przed posesję i ruszyła ku południowym dzielnicom. Minąwszy rynek, dobiła do bram Ismathe.

- Kto tam? - zawołał strażnik.

- To ja, Neffer-Tari, proszę, otwórz bramy.

- Dziecko, co ty o tej porze robisz poza domem. Twoja ciotka…

- Błagam! Szybko.

Rosły mężczyzna wynurzył się z wieży przy wrotach.

- Dziecko, co ci się stało?

- Nie ma czasu. Błagam.

- Jeśli potrzebujesz pomocy…

- Proszę, otwórz bramę i zamknij ją za nami. Tylko tyle potrzebuję.

Strażnik skinął głową i zniknął we wnętrzu wieży, z góry alei dobiegły odgłosy podków uderzających o bruk, a z wnętrza murów łoskot przekładni. Wrota uchyliły się nieznacznie. Neffer-Tari wyprowadziła konia poza stolicę.

- Dziękuję! - krzyknął Kor.

Puścili się cwałem na północ. Nie czekali, by upewnić się, że strażnik zamknął bramę na czas, nie wyjechali na główny trakt. Droga na przełaj była trudniejsza, ale znacznie krótsza.

Z chmur spadł rzęsisty deszcz, kopyta Shagya co rusz grzęzły w błocie, rumak nie zwolnił jednak tempa, czuł strach emanujący ze swej pani.

Cali przemoknięci, dotarli w końcu do Świątyni. Brama była zamknięta. Zsiedli z konia.

- Kapłanie! - zawył Kor. - Jesteśmy! Kapłanie!

- Nie krzycz tak. - Zza węgła wychylił się Kanish. - Strasznie pada, nie myślałeś chyba, że będą stał na środku i na was… Świętości droga, Neffer-Tari, co się stało?

- Socaris - syknęła.

Kapłan otworzył bramę.

- Z koniem nie wejdziecie do Świątyni.

- Nie zostawię Shagya na dworze w taką ulewę.

- Zaprowadź konia do stajni. - Kanish zwrócił się do chłopca i wskazał budynek pod zachodnim murem. - Z Neffer-Tari poczekamy przy wejściu.

- Gdzie jest ciotunia? - zapytała dziewczyna.

- Czeka w środku.

Kor zaprowadził konia, a Neffer-Tari i kapłan schronili się pod dachem kościoła. Strażnicy zerkali na nich, ale nic nie powiedzieli. Gdy chłopiec wrócił, cała trójka weszła do budowli.

- Zamknijcie wrota i nie wpuszczajcie nikogo - kapłan polecił strażnikom. - A wy chodźcie za mną.

- Dziecko! - Mafdet chwyciła siostrzenicę w ramiona. - Co ci się stało? Jeśli ten łajdak…

- Nic mi nie jest. Kor zjawi się w samą porę.

- O najświętsza Światłości. - Kobieta przytuliła mocniej Neffer-Tari.

- Ruszajmy - polecił kapłan.

Kanish poszedł do lewej części Świątyni, kluczył korytarzami, minął komnatę modlitw, zatrzymał się dopiero na końcu długiego korytarza. Musieli być na tyłach kościoła.

- Nie wchodzimy? - zdziwiła się dziewczyna.

- Jeszcze nie. Bałem się, że Kor nie zdąży cię przyprowadzić, ale jesteście przed czasem. Mamy kilka chwil. - Kapłan przeczesał czuprynę. - Za tymi drzwiami jest szczególna komnata. W jednej ścianie jest portal, przez który wpada światło. Na środku komnaty jest okrąg. Neffer-Tari, stań w nim, a wówczas okaże się, czy jesteś godna, by wstąpić w szeregi Zakonu.

- Nie rozumiem. Mam tylko wejść do okręgu?

- Tak. Jeśli wschodzące słońce ukaże się w portalu, a jego promienie padną na ciebie, najwyższy kapłan Dux będzie musiał cię przyjąć. Jeśli przejdziesz tę próbę, nawet jego zdanie, jego uprzedzenia, staną się nieistotne.

- Wystarczy, że o wschodzie słońca będę stała w okręgu, tak?

- Jeśli Światłość cię zaakceptuje, spłynie na ciebie jej blask. To prawo adoracji. Będziesz wybranką samej Światłości.

W korytarzu bębniły stłumione odgłosy deszczu, ulewa przybierała na sile, zerwał się też silny wiatr. Usiedli przed wrotami i czekali. Kor zerkał na przyjaciółkę. Przysunął się bliżej.

- Neffer-Tari? - Spojrzała na chłopca. - Dlaczego nie możesz po prostu odmówić Socarisowi? Po tym, co zrobił…

- Nie mogę. Mamy umowę.

- Jaką umowę?

- Nie zrozumiesz.

- Rozwaliłem Socarisowi głowę kamieniem; mówiłem, że nieźle rzucam; ale chciałbym wiedzieć, dlaczego nie możesz po prostu się nie zgodzić.

Dziewczyna westchnęła, Kanish usiadł bliżej nich. Mafdet zatknęła kosmyk włosów siostrzenicy za jej ucho.

- Powinnaś powiedzieć Korowi o swoich sekretach. To twój przyjaciel - stwierdziła.

Neffer-Tari spojrzała na chłopca, uśmiechał się życzliwie. Zamknęła oczy i wciągnęła powoli powietrze.

- Wiesz, że nie mam rodziców.

- Tak.

- Zginęli w Aberdiz. Ten nom co roku boryka się z pewnym problemem. Nieopodal swój szlak migracyjny ma plemię Impetusów.

- Kim są Impetusy?

- Och, nie chciałbyś ich spotkać, wierz mi. Z daleka wyglądają, jak ludzie, dopiero z bliska widać, że są znacznie więksi, a ich twarze… To nie są twarze ludzi. Ich oczy świecą w ciemnościach, zamiast zębów mają ostre kły. Te, te ohydne… potwory, istnieją tylko po to, by zabijać, by plądrować. - Głos jej zadrżał. - Pewnej nocy wdarli się do miasta. Strażników było zbyt mało, ale nawet ci, którzy mieli odwagę stanąć do walki z Impetusami, nie mieli z nimi szans.

- Neffer-Tari, spokojnie, jesteś wśród przyjaciół - zaznaczył Kanish.

- Włamali się do naszego domu. Byłam wtedy bardzo mała, niewiele pamiętam, ale te krzyki, niani, mamy. Ciągle je słyszę. Porwali nas. Mnie i moich rodziców. Nie wiem, co stało się ze służbą, a raczej, wolę myśleć, że udało im się uciec. Związali nas i wrzucili na wozy. Ich ściany były z gałęzi wilczomlecza, kolce strasznie wbijały mi się w plecy. - Wzdrygnęła się. - Byli też inni porwani, całe rodziny, a nawet same dzieci. Była dziewczynka, jeszcze młodsza ode mnie, sama. Miała jasne włosy i niesamowicie błękitne oczy. Nigdy nie zapomnę jej oczu. Nie wiem, co się z nią stało. - Westchnęła i zapatrzyła się na wrota komnaty. - Nie wiem ile jechaliśmy. W końcu rozbili obóz. W nocy rozwiązali mamę i tatę. Tata chwycił za nóż i zaatakował jednego z nich. Zabili… zabili mojego tatę. - Schowała twarz w dłoniach. Oddech dopiero po chwili dał się uspokoić. Kor położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Mogła kontynuować. - Nóż wylądował obok moich stóp. Zdołałam się przeczołgać i go chwycić. Gdy wyprowadzili moją mamę… Krzyczała… Bardzo głośno. Udało mi się przeciąć więzy, wyślizgnęłam się z namiotu i schowałam pod wozem, wśród worów i beczek. Wokół wszyscy biegali, chyba ktoś napadł na Impetusy, albo po prostu walczyli ze sobą. Zamknęłam oczy i siedziałam cicho. Kilka razy wstrzymywałam oddech. Bałam się, że usłyszą jak bije moje serce. W końcu walki ustały. Krzyki też. Pierwszy raz tak bardzo bałam się ciszy. Kiedy wzeszło słońce, a w obozie nie było już żadnego Impetusa, zjawił się Socaris. Zabrał mnie do Aberdiz, później odwiózł do Ismathe. Za uratowanie życia zażądał od ciotuni podpisania umowy. Poparł go burmistrz i wielu wpływowych ludzi, nawet dawni przyjaciele wuja. Ciotunia zwlekała, w końcu Socaris zagroził, że jeśli nie podpisze umowy, to wywiezie mnie i zostawi tam, gdzie mnie znalazł… na szlaku Impetusów. Ciotunia podpisała umowę.

- Co jest w tej umowie?

Neffer-Tari zerknęła na Mafdet, w korytarzu rozbrzmiały echa szybkich kroków, kapłan, Neffer-Tari i Kor zerwali się z miejsc, przylgnęli do wrót komnaty. Zza węgła wyłonił się sir Socaris i jego dwaj przyjaciele. Prowadził ich sam kapłan Dux wsparty czwórką świątynnych strażników uzbrojonych w halabardy. Podeszli do Kanisha.

- Co się tu wyprawia? - zapytał najwyższy.

- Czekamy do wschodu.

- Ta osoba, nie ma prawa tu być.

- Ta osoba - wtrąciła Mafdet - ma na imię Neffer-Tari, a to jest Świątynia Światłości… Każdy ma prawo do niej wejść.

- Ty ośmielasz się mnie pouczać o mojej wierze?

- Najwyższy, jeśli Neffer-Tari nie przejdzie próby adoracji, osobiście ją wyprowadzę - oświadczył Kanish.

- Nie będzie żadnej próby. - Sir Socaris wyminął strażników, kapłan zastąpił mu drogę do dziewczyny. - Zejdź mi z drogi, to moja żona.

- Jeszcze nią nie jest.

- Mamy umowę.

- Co to za umowa?! - krzyknął Kor. - Ciągle tylko umowa i umowa. Neffer-Tari, jakiś świstek papieru jest ważniejszy od tego, co czujesz?

- Widzę, że nawet nie powiedziałaś swojemu małemu bohaterowi, w imię czego naraził się wysoko postawionym dostojnikom… Co może wpłynąć na finanse jego rodziny. Twój ojciec jest handlarzem, prawda, chłopcze?

- Sir Socarisie - wtrącił Dux - nie ma podstaw mieszać w to chłopca. Przybyłeś po swoją żonę. Oto i ona. - Wyminą Kanisha i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Sir Socaris postąpił o krok. - Nim jednak, oddam ją pod twoją opiekę…

- Sam mówiłeś, że nie chcesz tej dziewczyny w swoim Zakonie.

- Nie chcę, uważam, że nie jest godna, by żyć wśród kapłanów. Jednak mój brat jest innego zdania. Do wschodu zostało ledwie kilka chwil. Poczekajmy, chcę by kapłan Kanish przekonał się na własne oczy, że był w błędzie.

Starzec łypnął na Neffer-Tari, później na Kanisha. Jego górna warga drgnęła.

- Niech będzie. Zaczekam.

- Wyśmienicie. A w międzyczasie, może zaspokoimy ciekawość chłopca?

Socaris spojrzał na Mafdet, rozłożył ręce, uśmiechając się niemal przyjaźnie. Kobieta podniosła wyżej głowę i odwróciła wzrok.

- Umowa jest jasna. Neffer-Tari, po skończeniu szesnastu lat, ma zostać moją żoną. Będzie wyśmienitym zastępstwem dla zmarłej matki mojego syna. Zabiorę ją do Flyr, do swojej posiadłości, będzie mogła codziennie jeździć konno. Oczywiście nie na tym swoim brudnym Shagya. W swojej stajni mam konie jedynie czystej, szlachetnej krwi.

- Czystość krwi nie ma nic wspólnego ze szlachetnością - Neffer-Tari mruknęła pod nosem. Dux posłał jej karcące spojrzenie.

- Nasze małżeństwo będzie też miało inne skutki; przyznam, że posiadłość Mafdet doskonale uzupełni moją kolekcję. Znaj moją dobrą wolę - zwrócił się do kobiety. - Mimo twojego spisku, pozwolę ci opiekować się dworem… jako ochmistrzyni.

- A co, jeśli Neffer-Tari się nie zgodzi? - zapytał Kor I.

- Och, to proste, nasza umowa jest formalną umową przedmałżeńską, łamiąc ją, Neffer-Tari będzie ścigana z urzędu. Kara nie jest straszna. Ot, chłosta i doprowadzenie przed urząd, by dopełnić umowy. Co prawda, nasz kontrakt zawiera dodatkowe ustępy, w myśl których, w przypadku niesubordynacji Neffer-Tari, automatycznie przekaże dwór Mafdet pod moją jurysdykcję. Sądzę, że przez to Mafdet tak bardzo zwlekała z podpisaniem umowy.

- Nie przez to - zarzekła się kobieta.

- Tak, oczywiście, ale przekonała cię dopiero wizja siostrzenicy wywiezionej na szlak Impetusów. Czy zwłokę powodowała troska o Neffer-Tari, czy o własny tyłek, nie ma znaczenia. W końcu złożyłaś podpis. Twój dwór i tak należy do mnie.

- Nie, jeśli przejdę próbę - odparła dziewczyna. - Adoracja to część świątynnego prawa, a ono ma pierwszeństwo przed umowami cywilnymi.

Starzec syknął i wrócił do swoich przyjaciół. Odwrócił się energicznie.

- Dobrze, zobaczmy więc, czy mi się wywiniesz.

- Już czas - Kanish wyszeptał do Neffer-Tari.

Dux otworzył wrota, odsunął się i gestem zaprosił wszystkich do wnętrza komnaty, na odległym końcu, pod stropem wykuto okrągły portal, w którym zamontowano ciemną szybę, wzdłuż ścian ciągnęły się ciemne kolumny, pośrodku leżał kamienny okrąg. Strażnicy zamknęli wrota, najwyższy kapłan podszedł do dziewczyny. Zmierzył ją wzrokiem.

- Wejdź do okręgu. Musimy poczekać na wschód.

- Co mam zrobić?

- Nic ci nie pomoże. Nieważne o co będziesz prosić, o czym będziesz myśleć i co będziesz deklarować. Światłość to zignoruje, zajrzy w twoje serce i osądzi je. - Uśmiechnął się nieznacznie. - Możesz się wycofać, jeśli chcesz. Nikt nie może cię do tego zmusić. Jeśli za bardzo boisz się próby, wszyscy to zrozumieją. Nikt cię nie potępi.

- Najwyższy kapłanie, moja decyzja jest… niezmienna.

Dux odsunął się, skłonił i zaprosił dziewczynę do kręgu. Podeszła do niego ostrożnie. Stanęła przed krawędzią, drżącymi palcami zaciągnęła kosmyk włosów za ucho, drugą ręką starła z brody ostatnie deszczowe krople i poprawiła strzęp tuniki, który zaczął zsuwać się z jej piersi. Wysunęła przed siebie stopę. Weszła do okręgu i spojrzała na ciemne szkło zamocowane w oknie.

Zgromadzeni milczeli, wsłuchując się w rytmiczne bębnienie ulewy, w zniecierpliwieniu oczekiwali na wschód. Niebo za ciemnym oknem zaczynało przybierać barwę stali, później przeszło w intensywną szarość. Nastał świt.

Nagle w sali zapadła całkowita cisza. Neffer-Tari zapomniała się w dźwięku swojego płytkiego, cichego oddechu.

- Słyszycie? - zapytał Kanish. - Deszcz. Przestał padać.

Dux rozejrzał się niespokojnie. Ciemne okno rozbłysło intensywną poświatą wschodu. Neffer-Tari zobaczyła idealny, świecący łuk wynurzający się znad krawędzi okna. Pierwszy raz mogła swobodnie patrzeć na słońce, jego doskonale okrągły kształt urzekł dziewczę, falująca powłoka nieustannie tańczących płomieni biła majestatem i prawdziwą magią. Deszczowe chmury rozstąpiły się uciekając przed potęgą światła. Ciepłe promienie spłynęły na Neffer-Tari, a słoneczny blask skrzył się tysiącami refleksów na jej młodej twarzy. Zgromadzeni kapłani uklęknęli widząc potęgę Światłości.

- To niemożliwe - wydusił Dux.

- Dość tej farsy! - zagrzmiał sir Socaris. - Neffer-Tari pójdzie ze mną.

- Nie - odparł najwyższy kapłan, a asystujący mu strażnicy stanęli między zgromadzonymi a dziewczyną, i nastroszyli lśniące halabardy. - Światłość przemówiła. Mogę nie rozumieć jej decyzji, mogę się z nią nie zgadzać, ale muszę ją zaakceptować. Neffer-Tari dostąpiła adoracji samej Światłości, od tej chwili jest kapłanką i nie masz prawa jej dotknąć. Odejdź, sir Socarisie, zanim strażnicy cię do tego zmuszą.

- Jeszcze po nią wrócę.

- Nie radzę. Jak nasza nowa siostra zauważyła, prawo świątynne stoi ponad prawem cywilnym. Jeśli żaden z władców cię nie powstrzyma, zrobi to Rada Głosów. Przypominam, że jako najwyższy kapłan, należę do niej. Przypominam również, że to my w Edenie sprawujemy władzę. Neffer-Tari, od tej chwili, jest pod opieką najwyższej władzy, co oznacza, że wasza umowa jest nieważna. Lojalnie uprzedzam, nie próbuj też zbliżyć się do dworu pani Mafdet. Rodziny kapłanów również są chronione przez Radę.

- Jak… jak śmiesz… ty stary, zaślepiony…

- Lepiej zamilcz, sir Socarisie. - Dux stanął tuż przed starcem. - I opuść teren mojej Świątyni.

Weterani wyszli na korytarz, strażnicy upewnili się, że dotarli do wyjścia. Najwyższy kapłan poprosił do siebie Neffer-Tari.

- Jesteś teraz jedną z nas, czy się z tym zgadzam, czy nie. Muszę uszanować wolę Światłości. Witaj zatem. Nasz brat, Kanish, zaprowadzi cię do twojej celi. Tymczasowo, najlepsze będą pomieszczenia lektorów, później otrzymasz własny przydział. A teraz oddalę się. - Odwrócił się i postąpił kilka kroków, w progu zerknął jeszcze raz na dziewczynę. - Moje gratulacje. - Odszedł.

Neffer-Tari podbiegła do ciotki i rzuciła się jej na szyję. Ścisnęła również Kora i Kanisha. Gdy nieco się uspokoiła, cała czwórka wyszła z komnaty. Kapłan zamknął wrota i poprowadził wszystkich korytarzem do sali wejściowej.

- Nie rozumiem. - Neffer-Tari zatrzymała się przed ołtarzem.

- Czego, moja droga?

- Co takiego szczególnego jest w tej próbie? Przecież wystarczy stanąć w okręgu o wschodzie.

- O nie, nie wystarczy.

- Racja, mieliśmy szczęście, że przestało padać - dziewczyna zaśmiała się głośno.

- Neffer-Tari, od ponad dwustu lat nikt nie dostąpił adoracji, nie bez przyczyny.

- Jak to? - Dziewczyna zaciągnęła kosmyk włosów, spojrzała na ciotkę, ta wzruszyła ramionami, Kor I także nie znał odpowiedzi. Kanish nachylił się do kapłanki.

- Portal nie wychodzi na wschód.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 302  |  Dodano: 2017-03-10 06:35  |  Punkty od użytkowników: 4.00
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Hotel na wyspie
scenariusz 2017-08-13 15:24
Gina
pozostałe 2017-08-12 23:28
Bajka o królewnie, potworze i bajkowym losie
bajka 2017-08-11 14:34
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com