Duskembrace
liczba publikacji: 5
liczba punktów: 87

Agnieszka

To niesamowite uczucie powracać. Powracać gdziekolwiek, do kogokolwiek, po długim okresie czasu. Nosić w sobie uśpione wspomnienia i czekać na moment, w którym można będzie porównać je z rzeczywistością. Jak słodki jest ten niepokój, którego nie można się pozbyć w żaden sposób. Ogarnia nie tylko umysł i ciało. Jego fale przenoszą się na całą przestrzeń wokół, sprawiają, że drży powietrze. Zbliżając się do miejsca, do którego wracamy zaczynamy czuć znajome zapachy, słyszeć odgłosy, jakie słyszeliśmy będąc tu, kiedyś, dawno temu. Pierwszy krok to jak wstąpienie w przeszłość. Umysł nie potrafi odróżnić obrazu, jaki widzimy rozmarzonymi oczyma, od tego, co naprawdę jest wokół. Dopiero po kilku chwilach uświadamiamy sobie, że to, co wydawało nam się takie samo, jak w tęsknych wspomnieniach, jest w istocie inne. Odarte z wyidealizowanej powłoki, która latami nabierała niemal magicznego wymiaru, powoli staje sie normalne i traci całą swą dziwną piękność. Staje się rzeczywistością.

Każde niegdyś to dziwne czasy, jednak najdziwniejsze są czasy gdy wszyscy byliśmy młodzi. Niektórzy z nas byli dzicy i próbowali takimi pozostać, jednak to udaje się jedynie nielicznym. W tym szczenięcym okresie niepocieszone serca zaczynają tęsknić za spełnieniem. Jakimkolwiek. Głupie serca przepełnione młodością i wolnością, której poczucie niedługo przyjdzie im utracić. Każdy z nas był wybrańcem losu. Wierzyliśmy, że uda nam się wszystko, a czas pokazał, że nie udało nam się życie. Ale to nie nasza wina, przecież nikt nie pokazał nam, jak robić to dobrze. Mamy w genach zapisane błędy naszych rodziców, oni z kolei mają zaipsane błędy swoich rodziców. Nigdy nie nauczymy się niczego. Patrząc na samych siebie poprzez pryzmat minionego czasu wydajemy się sobie śmieszni, wręcz niedorzeczni. Z doświadczeniem, które mamy, choć naprawdę nie jest ono zbyt wiele warte, wydaje nam się, że jesteśmy wystarczająco dojrzali, aby ganić swoje młodzieńcze wcielenie. Wydaje nam się, że już jesteśmy tacy, jakimi chcielibyśmy być w młodości. Jak wielki to błąd myśleć w ten sposób.

Patrząc w przeszłość nie dostrzegam zbyt wielu grzechów. Może kilka mało znaczących błędów.Całe życie byłem zbyt tchórzliwy, aby popełniać błędy znaczące. Trochę tego żałuję, ale z drugiej strony myślę, że ta zapobiegliwość ustrzegła mnie przed wieloma złymi rzeczami. Jest jednak jedna rzecz, która stawia mnie w jednym rzędzie z najgorszymi grzesznikami, choć w moim mniemaniu już dawno rozgrzeszyła mnie młodość i zapomnienie. Czy słusznie? Chyba nie, skoro to widmo powraca do mnie teraz, kiedy postanowiłem tu wrócić.

*

Wróciłem, a Świetlany, jak stały na swoim miejscu, tak stoją. Przyznam, że poczułem się tym zaskoczony. Nie wiem czego dokładnie się spodziewałem, może tego, że nic tam nie zastanę, że przywita mnie pustka - tak próżna jak puste już robią się moje wspomnienia? Albo wręcz przeciwnie-że nagle spłynie mnie jakiś duch przeszłości, oświeci mnie i zostanę tym, który wszystko o przeszłości już wie? I nie będzie już żandych tajemnnic, żadnych zakopanych w podświadomości wspomnień? Nie będzie nic dla psychoterapeutów, zero dla piwnych słuchaczy żalów, nic, a nic dla rozumiejących wszystko przyjaciół? Tego mniej więcej się spodziewałem, lecz znów moje oczekiwania, a rzeczywistość minęły się łukiem szerokim, jak szeroki jest świetlański horyzont.

Wtedy jak było każdy pamięta. Świetlany były miastem ciasnym jak niedopinająca się koszula, rzuconym niedbale na mapę gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem Polski, nikt nigdy dkładnie tego nie określił. Leżały w tej części kraju gdzie atlasy zająkiwały się na temat położenia, bo ni to góry ni niziny, a przede wszystkim leżały w tej części kraju, gdzie każdemu było to obojętne. Wbrew pozorom nie każdemu jest wszystko jedno. Zapytajcie górala, czy jemu jest wszystko jedno. Zapytajcie Ślązaka i Mazura. Zapytajcie wreszcie Warszawiaka i Moskwicza. Świetlanych ludzi nie pytajcie, bo im naprawdę jest wszystko jedno. Mi też było, dlatego opuściłem moje miasto na długie lata i kiedy przyszło mi powrócić zobaczyłem, że zmieniło się tak niewiele. Spodziewałem się ujrzeć skorodowane ściany domów i kościołów, lecz zamiast tego zobaczyłem swoją pomarszczoną już skórę na tle ich jasnych, odnowionych gładkich tynków. Oczekiwałem rozpanoszonej po wszystkich bramach i zaułkach rudej rdzy minionych dziesięcioleci, lecz natknąłem się na solidny i szlachetny szkielet miasta, przy którym sam poczułem się niczym zardzewiały człowieczy grat. Zamiast powycieranych bruków i zakurzonych kątów ujrzałem nienagannie utrzymane uliczki i chodniki. To wtedy po raz pierwszy poczułem się stary.

Jeszcze raz-jak było wtedy? Wtedy trwoga gęsta jak mgła zawisła nad miastem, rozlała się nad naszymi głowami niczym poszerzająca się plama atramentu. Poszerzała się na czarno, coraz czarniej i czarniej, aż nie było wiadomo, czy to niebo tak ciemne, czy ten strach, co nas opętał. Nagle wszyscy zaczęli chodzić z pochylonymi głowami-pochylili głowy wszyscy-od księdza do parkowego menela- i nie wyprostowali już się i nie wyprostują się nigdy. Zaciążyło im na kręgosłupach to nieszczęście, co przepełzło bokiem, tuż koło ich domów - więc nie dotknęło ich, musnęło jedynie. “A co z tym drugim od pary?” pytali się w duszach, bo wiadomo, że jak nieszczęścia to zawsze dwa, zawsze w parze, zawsze drugie w komplecie.

Pamiętam tamtą dziewczynę, na imię miała Agnieszka i pewnego dnia zniknęła. To właśnie wtedy miastem zatrzęsło, zdarzyło się to bowiem w tym samym czasie, gdy nagłówki wszystkich lokalnych gazet krzyczały o grasującym na wolności mordercy. Faktycznie, w okolicznych powiatach zdarzyły się dwie zbrodnie, zbrodnie tak okropne, że przyprawiały o gęsią skórę najbardziej niewzruszonego z świetlańskich mężczyzn. Najtwardsi z niewzruszonych i ci niewzruszeni z najtwardszych byli przerażeni. Były dwie. Znaleziono je tam, gdzie las był najgęstszy i najciemniejszy. Wyglądało to tak, jakby właśnie las chciał je ukryć przed światem, schować w swe obszyte runem kieszenie, zagarnąć dla siebie. Ci, którzy widzieli te dwa ciała, tak nikłe i odczłowieczone, takie zupełnie nie ciała już, mówili, że uwierzyli w Diabła. Stary komendant uwierzył w Diabła i jego trzech podwładnych milicjantów uwierzyło w Diabła w tym samym czasie. Jakaż to musiała być ponura godzina, skoro w ciągu jej trwania aż trzy serca przewróciły się w piersiach, przewlekły się na czarną stronę przyjmując tę żałobną komunię śmierci. Ale to nie śmierć była najgorsza, bo śmierć to jedynie brak życia-tak to można najprościej wytłumaczyć i od razu robi się lepiej. Ci, którzy tam byli mówili, że najgorsza właśnie była obecność życia. Można było poznać, że ono tam było jeszcze niedawno. Zostało w tych zastygłych grymasach twarzy, w boleśnie wygiętych członkach, w tych palcach, co wyginały się, jakby chciały się czegoś uchwycić. I to było najgorsze, że było widać życie, ale nie było widać człowieka-tylko krwawą kupę mięsa.

Czy krwawa kupa mięsa to już nie człowiek?

Świetlańskie powietrze na długo zapełniło się szeptami. Nikt nie ważył się podnieść głosu, nikt nie był na tyle głupi, by podnosić głos. Diabeł był wśród nas i słuchał. Nikt więcej nie zniknął, nikt nie zginął śmiercią tragiczną, a przynajmniej tak tragiczną, jak te dwie nieszczęsne w lesie, a pomimo tego Świetlany już nigdy nie podniosły się po tym nieszczęściu. Nie podniosły się z kolan staruszki, co co wieczór odmawiały daremne różańce za stracone duszyczki. Nie podnieśli się ci, co upadli pod ciężarem złej nowiny. Rodzina, dalsza rodzina, sąsiedzi bliscy i ci całkiem obcy – wszyscy padli na twarze lub kolana i zostać tak mieli na wieki wieków, aż zacznie się koniec świata. Wielu uważało, że koniec świata już się rozpoczął, ale jako proces przez nikogo jeszcze nie rozpoznany, a do tego rozciągnięty w czasie i tylko neliczni mogą być go świadomi.

Zniknięcia dziewczyny nie wyjaśniono nigdy i to jest jedna rzecz. Zupełnie inną rzeczą jest to jak narasta legenda, jak wzmaga się jej tajemniczość, jak tajemniczość robi się jecze bardziej tajemnicza, aż wychodzi poza swoje rysowane niedopowiedzeniami kontury. Nagle przypomniano sobie, że Agnieszka nosiła się na czarno i w całej swej okazałości była dziwna. Nikt nie pamiętał z kim się przyjaźniła, bo nie widywano jej z nikim z miasteczka, może za rudej Aleksandry, dziewczyny, która o zgrozo, też była dziwna. Czasami pojawiała się w towarzystwie obcych, co gorsza chłopców, co jeszcze gorzej dużo starszych. W zestawieniu z jej nagłym zniknięciem tworzyło to niepokojącą mieszankę. Nawet mój małoletni wtedy umysł tworzył dziesiątki historii na temat tego, co się stało z Agnieszką. Pomagało mi to, że ja naprawdę widywałem ją dość często. A było tak dlatego, że właśnie Aleksandra, jej jedyna przyjaciółka, sbyła boginią mojego dzieciństwa. Widziałem je obie, jak kryjąc się w granatowej nocy przemykały pod uśpionymi kamienicami rynku, aby dostać się do piwnicznej kryjówki, w której sekretnie spotykały się z jakimiś ludźmi. Potem wyobrażałem sobie, jak umykają z nimi, daleko od naszego miasta, pewnie gdzieś na skraj świata i robią tam rzeczy, których nie mogłyby robić tutaj. Czasami widziałem je, jak po zmroku przechadzały się niespiesznie sennymi świetlańskimi uliczkami. Moja babcia mówiła, że się szwendają, mówiła też, że szwendają się najbardziej ze wszystkich w mieście i że to wstyd. Ja wcale nie uważałem, że to wstyd. Zazdrościłem im tego. Choć były ode mnie starsze o jakieś siedem lat chciałem tak jak one szwendać się ciemną nocą, kiedy całe miasto zasypia. Pamiętam, że zawsze trzymały się za recę i głośno się śmiały, lecz tylko, kiedy znajdowały się w swoim towarzystwie. Kiedy zbliżył się do nich ktoś inni od razu robiły się poważne i wyniosłe. Były dla mnie, jedenastoletniego młodzika, jak złe księżniczki z zakazanej bajki. Obie piękne, obie oszałamiające i grzeszne, obie tak idealne jak chciał je widzieć mój niedojrzały umysł. Myślę, że na swój szczenięcy sposób kochałem obie, ale to Aleksandrę uwielbiałem. Często nie potrafiłem zasnąć, gdy zdarzyło się, że tego samego dnia przypadkiem minałem ją na ulicy . Rozpamiętywałem rysy i topiłem się w ich straszliwym wdzięku. Umierałem, rozkosznie umierałem! Wzniosłem w sobie świątynię, w kórej uczyniłem ją boginią. Ba!Ja stworzyłem nową religię. Czciłem mojego boga w obcisłej spódnicy pokornie i namiętnie. Czułem też ten religijny mistyczny głód jej boskości, chodziłem więc za dziewczynami cały czas, choć sam przed sobą się do tego nie chciałem przyznać. Wiedziałem, co będą robić o każdej porze dnia. Tylko noce pozostały tajemnicą, bo jako gówniarz musiałem być w łóżku o dziesiątej. Jakie męki przechodziłem wiedząc, że gdzieś tam dzieją się rzeczy, o których nie wiem, a których poznanie na pewno wprawiłoby mnie w stan jeśli nie uniesienia, to jakiegoś chwilowego obłędu. Jakież rzeczy tworzyła wtedy moja rozwydrzona wyobraźnia! Kiedy udawało mi się wymknąć na mały stryszek, którego jedyne okno wychodziło na północną część miasta, miałem szanse zobaczyć je. Widziałem stamtąd skrawek dachu domu, w którym mieszkała Aleksandra i uważałem go za najpiękniejszy, za najbardziej zachwycający skrawek dachu na świecie. Gdy dopisało mi szczęście udawało mi się zobaczyć dwie czarne sylwetki na tle szarości nocy. W tamtych czasach miasto nie było zbyt dobrze oświetlone. Zaledwie kilka latarni rozjaśniało północną jego część, która stanowiła coś w rodzaju zacisza. Wprawdzie tuż za rogiem znajdował się się plac z fontanną i ratuszem i to tam toczyło się życie, jednak po “naszej” stronie miasta, była tylko cisza, spokój i ciemne wieczory. Potrafiłem przesiedzieć na zimnych deskach poddasza wiele godzin. Czasami zdarzyło mi się tam zasnąć i budziłem się skostniały z zimna, ze zdrętwiałymi członkami, następnego poranka. Wszystkie niedogodności były jednak niczym, kiedy udawało mi się wypatrzyć pośród nocy te dwa ukochane mi cienie.

Kiedy zniknęła Agnieszka groza nie była tak wielka od początku. To coś, co wdarło się pod skórę każdemu z nas rosło stopniowo i bardzo powoli. Reputacja obu dziewczyn każdy wie, jaka była. Nie dość, że były miejscowymi dziwolągami, to na dodatek biła od nich, niczym od pradawnych kurtyznan, aura zepsucia,. Ich stroje pasujące raczej do gwiazd rocka, ciemne przydymione makijaże i obnoszenie się ze swoją innością wywoływały mieszane uczucia. Z jednej strony niesmak, z drugiej uwielbienie. To była Polska i jej smutne, szare lata osiemdziesiąte. Mało wtedy widziałem, jednak i tak będę twierdzić, że w tamtych czasach nikt tak nie wyglądał i nikt tak się nie zachowywał. Absolutnie nikt. A dla mnie samego liczyły się tylko one dwie na całym świecie.

***

Po dwudziestu latach siedząc na tym samych strychu, co wtedy nie odczuwałem czasu, który przeminął. Co więcej, czułem, że tutaj czas musiał przestać płynąć, a utwierdzało mnie w tym praktycznie wszystko dookoła. Zapach starego drewna, trochę przypominający zapach kościoła, wilgoć, która przenikała powietrze, ubranie i skórę. Było to to samo miejsce, a jednk jakże inne - pozbawione obietnicy i nagrody, jaką było ujrzenie Aleksandry lub choć cienia jej postaci. Kiedyś lubiłem to wyczekiwanie, a teraz nic na mnie nie czekało. Byłem zamknięty między ścianami, które pamiętały tyle moich wzruszeń, a teraz stały się czterościanem mojego niespełnienia i tęsknoty. Gdybym chociaż mógł umiejscowić moją tesknotę, nadać jej jakiś kształt prawdziwy i urzeczywistnić ją troche. Gdyby ta tęsknota nie była rozpiętą w zgubionym już czasie pajęczyną. Gdybym mógł tylko oprzeć jej jakiś argument. Aleksandry tu już nie ma i nikt nie wie, czy jest gdziekolwiek indziej. Czy jest tam, gdzie Agnieszka? Ich nieobecność przez te wszystkie lata stała się niemal uchwytna, ich brak stał się uosobieniem czegoś niewyrażalnego. Nadal nie wiem dokąd kierować mam swoją tęsknotę, w którym kierunku zwrócić twarz podczas wieczornej modlitwy.

Gdyby chociaż grób.

Trup z ciała i kości, popiół rzeczywisty, namacalny. Ziemia czarna, wieko spruchniałe.

Nie ma nic.

 

Te okna zawsze parowały od porannej mżawki i duchoty sypialni. Zawsze przecierałem szybę rękawem piżamy i zawsze byłem zdziwiony, że noc minęła tak szybko. Zrywałem się z łóżka, wskakiwałem w spodnie, w pięć minut połykałem śniadanie. Czas był mi potrzebny na coś innego, już o siódmej trzydzieści bowiem stałem przed wejściem do kamienicy Aleksandry. Niezauważony (bo jedenastolatek zawsze jest niewidzialny) podążałem za nią aż do skrzyżowania, gdzie zawsze dołączała do niej Agnieszka. Potem bywało różnie. Kiedy szły do szkoły mogłem iść całą drogę za nimi, bo szkoła podstawowa znajdowała się niepodal miejskiego liceum. Czasami jednak dziewczyny urywały się z lekcji, a ja nie miałem odwagi, aby zrobić to samo i ruszyć ich śladem. Wiele razy planowałem, że tak zrobię, ale widmo konsekwencji, jakie poniósłbym za wagarowanie, wstrzymywało mnie od tego. Przynajmniej przez jakiś czas. Kiedy poszedłem za nimi po raz pierwszy zobaczyłem chyba najdziwniejszą rzecz w swoim życiu.

To było coś, co wyrzuciła rzeka. Napęczniałe i przesiąknięte jej zimnym nurtem. Zajęło mi dłuższą chwilę nim odgadłem, na co spoglądam i w brunatnej hałdzie rozpoznałem martwe ciało jakiegoś dużego zwierzęcia. Nie potrafiłem odgadnąć jakim zwierzeciem była ta bezkształtna masa kłaków. “Jest coś pomiędzy nutria, bobrem a lisem?” pytałem sam siebie. Bardziej jednak interesowało mnie dlaczego moje boginie taszczą to ścierwo znad brzegu aż pod sam las. Nie chcialem zostać zauważony, więc nie poszedłem za nimi i przyglądałem się z daleka, jak wyprawiają jekieś dziwne, na mój jedenastoletni rozum niepojęte, rzeczy. Zachowywały się, jakby w ich ręce dostała się najwspanialsza zabawka na świecie. Dotykały tego lisiego trupa z namaszczeniem, kontemplowały go wręcz zafascynowane jego martwotą. Potem okryły go liśćmi. Wydawało mi się, że tańczą, ale tego nie mogę stwierdzić na pewno. Z oddali ich ciała kołysały się, jak w transie. Jedna z nich trzymała na rękach padlinę, zupełnie tak, jak trzyma się małe dziecko. Co chwilę dobiegały mnie spazmy dzikiego śmiechu. Zacząłem się bać. Pamiętam, ze przez głowę przebiegła mi myśl, że”co zrobię, jeśli dziewczyny zobaczą mnie, a do tego okażą się szalone?”. Wtedy, jak nigdy potem bałem się wariatów. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do myśli, że z wiekeim staje się jednym z nich, lecz dla gówniarza, jakim byłem wtedy, wariaci byli ucieleśnieniem wszystkiego, co najgorsze. Zastygłem przykucnięty w gęstych krzakach dzikiego bzu i siedziałem tam aż do wieczora, kiedy to upewniłem się, że dziewczęta na pewno już poszły. Pomimo dręczącej mnie ciekawości nie zajrzałem na obrzeża lasu, tam gdzie leżała padlina, z którą te miały tyle uciechy. Postanowiłem jednak wrócić tu kiedyś. Byłem dumny i szczęśliwy, że odkryłem ich sekret, znając go bowiem poczułem sie z nimi złączony jakąś niewidzialną więzią. Nie przeszkadzało mi wcale, że moje boginki bawią się zdechłą zwierzyną, ani to, jak sie później dowiedziałem, że są jej kolekcjonerkami. Kiedy następnym razem znalazłem sie w pobliże tego miejsca i zajrzałem do ich kryjówki odkryłem coś na kształt cmentarzyska, tyle, że żadne z martwych zwierząt nie było zakopane. Ich zwłoki, sztywne i śmierdzące rozkładem, ułożone zostały w pewnym porządku, tak, że zdawało się, jakby te biedne futrzaki bawiły się ze sobą.

One kochały sie w Śmierci-w Śmierci pisaniej wielką literą, wszechwładnej, wszechwiedzącej i wszechobecnej. Początkowo kiedy szpiegowałem ich wygłupy nie zdawałem sobie z tego sprawy, wydawało mie się, że one sa po prostu inne. Teraz wiem, że ta inność wynikała z chorej fascynacji rozkładem, nicością, umieraniem. Jak chory byłem ja, że fascynowały mnie właśnie one, te dwie piastunki ciemności? Bardzo, w każdym razie nie tak bardzo, by od pewnych rzeczy nie chcieć uciec. Postanowiłem więcej nie przychodzić nad rzekę, obawiałem się bowiem, że pewnego dnia zobaczę za dużo. Dziewczyny były oczarowane wszystkim, co było martwe. Ja jednak byłem oczarowany nimi i uparcie podglądałem je na każdym kroku, świadomie odrzucając różne nachodzące mnie na ich temat myśli.

-Jak myślisz, to co robimy jest dziwne, bardzo dziwne, czy może przerażająco dziwne? –usłyszałem, jak Aleksandra zwraca się do siedzącej obok przyjaciółki.

- Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. Chyba trochę dziwne – Agnieszka nie odrywała wzroku od tlącego się w jej palcach papierosa – A może kurewsko porąbane? Co za różnica?

- Wielka różnica! To, co jest kurewsko porąbane ma w sobie moc, rozumiesz?-zaśmiała się słysząc własne słowa- To, co troche dziwne, właściwie nie jest dziwne wcale.

- Tak naprawdę to nic takiego. Wszyscy boją się śmierci, tak samo jak boją się żyć. Nam jest trochę wszystko jedno, więc się nie boimy. Aleksandra odsunęła kopniakiem kocią padlinę, w którą wpatrywała się przez ostatnie dwadzieścia minut. Z wcześniejszych zasłyszanych rozmów rozumiałem, że wydawało im się, że jak będą się wpatrywać bez przerwy w coś, co jest martwe, to w końcu pojmą wszystko. Pojmą czy smierć jest tylko brakiem życia, czy pustka jest tylko brakiem czegoś, czy też istnieje jako coś samo w sobie. Dlatego otaczały się martwotą. Kolekcjonowały śmierć na użytek własnej ciekawości.

- Myślisz, że on jest dziwny? – po długiej chwili milczenia Agnieszka po raz pierwszy podniosła wzrok i popatrzyła na siedzącą obok dziewczynę. W jej spojrzeniu było wyzwanie, a to jak powiedziała słowo ON sprawiło, że przeszły mnie ciarki. Aleksandra przestała się uśmiechać.

- Myślę, że jest kurewsko porąbany- odpowiedziała.

Kiedy skńczyła się szkoła miałem mnóstwo wolnego czasu, którego większość spędzałem na łażeniu w miejsca, w których mogłem spotkać dziewczęta. Wtedy tez po raz pierwszy zobaczyłem go z nimi. Początkowo nie zdając sobie sprawy z tego kim może on być, ale szybko przekonałem się, że to był ten facet, o którym czasami rozmawiały. Nigdy nie wymawiały jego imienia, a on zresztą wyglądał tak, jakby żadnego nie miał. Wyglądał nijako, był w swej nijakości tak bezbarwny, że aż straszny. Wyblakłe niebieskie oczy były nieruchome, tak jak cała twarz spowita białą i jasną skórą, pod którą nie poruszał się żaden mięsień. Gdyby nie nerwowe tiki, do kórych ograniczała się jego mimika można by pomyśleć, że facet nosi maskę. Bałem się go od pierwszego momentu, w którym go ujrzałem i wyczuwałem, że dziewczyny w jego obecności ogarnia coś na kształt bojaźliwego urzeczenia.

Widziałem go z nimi jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem zachowywali się jakby zaraz miało się coś wydarzyć. Dziewczęta były spięte i ukradkiem spoglądały na siebie, jakby jedna w drugiej szukała oparcia, czy potwierdzenia słuszności powodu, dla którego znalazły się w towarzystwie tego starszego mężczyzny. Z urywków ich rozmów, które zdołałem usłyszeć domyślałem się, że obiecał im coś, a one w podnieceniu czekają na spełnienie obietnicy. Ogarnęła mnie zgroza na myśl, o jaką też obietnicę może chodzić. Słyszałem strzępki rozmów, z których jednak nie mogłem wywnioskować zbyt wiele. “Zobaczysz, to będzie coś zupełnie innego”, “To otworzy nam percepcję” – słyszałem głos raz jednej, raz drugiej, jakby same chciały sie nawzajem do czegoś przekonać.

Tamta zima nadeszła nie tyle mroźna, co ponura. Ciemno robiło się już o czwartej po południu, a zamiast śniegu miasto przykrywała breja jego nędznych i zczarnałych od spalin resztek. Nie wychodziłem często z domu, bo jak tu wychodzić, kiedy wokół ciemno, zimno i pusto. Świetlanie zawsze kryją się w domach na te całe paskudne zimowe miesiące. Czasami zakradałem się nad rzekę, aby w wiadomym miejscu odnaleźć obecność dziewcząt, których nie widziałem już od tak dawna. Śnieg utrzymywał się poza miastem, więc z latwością mogłem odgadnąć , kiedy ktoś zapuszczał się w te strony. Śladów było coraz mniej z dnia na dzień. Nabrawszy pewności, że praktyczne nikt nie zjawia sie tutaj o tej porze roku pewnego dnia postanowiłem wejść głębiej do kryjówki. Mój umysł działał w jakimś szczególnym trybie, który nie pozwolił mi racjonalnie spoglądać na wszystko, co wiązało się z dwiema uwielbianymi przeze mnie istotami. Jedynie w ten sposób mogę wytłumaczyć swoją obojętność wobec tego, co zdarzało mi się widzieć. Tamtym razem zobaczyłem coś naprawdę dziwnego. Było już prawie ciemno, a ja wymknąłem się z domu niezauważony. Śnieg był brudny od błota, które tajało nad brzegiem rzeki, ale też od czegoś, co barwiło go na niepokojącą barwę.

Krew?

Krew.

Ledwie widoczne ślady na brudnym śniegu uderzyły mnie czerwienią prosto w twarz. Instynktowny, pierwotny lęk zmroził mnie od środka. Zastygłem na chwilę, lecz wydawało mi się, że stoję tak i nie mogę się ruszyć całą wieczność. Zamknąłem oczy i policzyłem do dziesięciu licząc na to, że gdy je z powrotem otworzę, wszystko zniknie, a ja będę bezpieczny. Kiedy wieczność minęła, a potem jeszcze jedna i następna, spojrzałem ponownie spod ledwie uchylonych powiek, aby zobaczyć, że to wciąż tam jest. W jakiś niepojęty sposób wiedziałem, że ta krew nie należy do jakiegoś zdechłego zwierzęcia znalezionego przy brzegu. Ślady krwi były nieudolnie zamaskowane, wyglądało to jakby ktoś chciał zatrzeć je w pośpiechu. Zbyt mocno pachniało tu śmiercią. Moje serce zamarło w sekundzie, w której zrozumiałem, że nie jestem tu sam. Szepty, chłód wieczoru i biała obojętność śniegu zahipnotyzowały mnie. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie się poruszyć, jakaś pierwotna część mojego umysłu uznała, że jeśli przetanę się ruszać nikt mnie nie zauważy. Raz po raz zaczęły docierać do mnie pojedyńcze słowa.

-...już za późno, więc.......zamknij się....późno,pomóż mi....po wszystkim....ciszej...to nie nasza wina....zamknij się, on chciał ....ciężki,jaki ciężki...co teraz będzie...ciszej!....

Gdybym został tam choć trzy minuty dłużej dziewczęta z pewnością zobaczyłyby mnie i dogoniły, ale ja zacząłem biec w momencie, gdy obok ich dwóch cieni sylwetek zamajaczyła mi jeszcze jedna, rozpięta w bezwładzie pomiędzy ich umęczonymi ramionami. Widziałem tylko ciemną, skłębioną masę, ale wiedziałem, że to był ten milczący straszny mężczyzna.

Domyślałem się wielu rzeczy, mój umysł nagle stał się lęgowiskiem domysłów, a ja tak bardzo chciałem pozostać niedomyślny i nieświadomy. Pobiegłem do domu i nie zrobiłem nic poza staraniem się, aby wyrzucić to, co widziałem ze swojej pamięci. Czerwona zadra została w moim sumieniu.

Nie chciałem wychodzić na zewnątrz wiedząc, że każdorazowe wyjście oznacza udanie się w tamto miejsce, nad rzekę. Nie chciałem tam iść ze strachu, że zobaczę coś więcej niż ostatnim razem, i że będzie to coś, co nie już pozostawi pola do domysłów i uspawiedliwień. Ferie były błogosławieństwem dla mojej umęczonej dwunastoletniej duszy. Rozchorowałem się, a grypa była tylko wymówką dla mojej chorej duszy. Przezimowałem w ciepłym odrętiwieniu przegrzanego domu.

Kiedy stopniał śnieg coś się stało. Atmosfera w miasteczku zmieniła się, była gęsta jak budyń. Po feriach okazało sie, że jakaś dziewczyna nie wróciła do szkoły. Była to Agnieszka. Zginęła, przepadła, zniknęła. To była już trzecia w tej okolicy licząc makabryczne przypadki z poprzedniego roku. Wszyscy wiedzieli co się stało bo przecież w Świetlanach ludzie nie znikają tak po prostu, choć z drugiej strony nie znaleziono żadnego ciała, więc mogło sie stać cokolwiek. Ja sam, choć przerażony, odważyłem się wrócić do dawnego trybu życia, z tym, że wyłączyłem z niego szpiegowanie Aleksandry, aczkolwiek nie powiem, że moja obsesja całkiem minęła. Z dnia na dzień zacząłem postrzegać ją jako najzwyklejszą dziewczynę. Jakakolwiek magia posiadła moją duszę najwyraźniej przestawała działać.

Aleksandra uciekła z domu przed wakacjami. Co dziwne, nie pogłębiło to strachu mieszkańców Świetlan, którzy najwidoczniej uznali jej zniknięcie jako coś naturalnego. Wszyscy uznali, że obie dziewczyny dołączyły do jakiejś punkowskiej komuny i rozbijają się po kraju z rockowymi zespołami. Podobno ktoś widział Aleksandrę u boku jakiegoś znanego muzyka. Domysły te, prawdziwe czy nie, zagłuszały świetlańskie sumienia, były jak balsam na serca, które nie były w stanie przyjąć więcej bólu. A jaka była prawda? Teraz nikt już tego nie wie. Nikt nie pamięta dwójki dziewczyn, które pewnego dnia po prostu zniknęły. Być może znalazłby się jakiś dwunastoletni samotny chłopiec, który potrafiłby powiedzieć coś więcej na ten temat. Ale on już pewnie też nie pamięta.

Teraz miasteczko wydaje się być tak zwyczajne, tylko nieliczni wiedzą, że w tym murach, w tych szarych uliczkach kryją sie tajemnice, które już nigdy nie zostaną poznane. Dwie boginie mojego dzieciństwa zabrały ze sobą część opowieści, której epilog mógłby dopowiedzieć tylko ja. Ale nie zrobię tego. Ta historia, choć nie zapisana, jest częścią tego miasta, mojej młodości i tylko jako historia niedopowiedziana może stanowić pomost pomiędzy tym, co jest, a tym, co było.

Czy zadawałem sobie pytania o te dziwne rzeczy, których doświadczyłem będąc w stanie chorego urzeczenia? Tak, ale bałem się na nie odpowiedzieć. Czy dziwny mężczyzna, który wziął sie nie wiadomo skąd miał coś wspólnego z okropnymi rzeczami, które dotknęły Świetlany dwadzieścia lat temu? Podejrzewałem to, jednak pewności nabrałem dopiero gdy po kilku miesiącach odnaleziono w lesie jego ciało, które zostało zidentyfikowane jako ciało Mariana Turkiewicza, recydywisty wielokrotnie skazywanego za przestępstwa o podłożu sadystycznym. Jego nieruchoma twarz patrząca na mnie z pierwszej strony lokalnej gazety była długo śniła mi sie po nocach. Przez długi okres śniły mi się rzeczy, które obiecał pokazać Aleksandrze i Agnieszcze (bo ja wiedziałem, cały czas wiedziałem, od momentu, kiedy ujrzałem ich razem). Nastepnie śniły mi się rzeczy, które one zrobiły jemu. Potem przestałem śnić o czymkolwiek. Zastanawiałem sie tylko co takiego musiało wydarzyć się, że stało się to, co sie stało. Czy dziewczyny obiecały coś, czego nie mogły spełnić? Czy dlatego musiały się przed nim bronić? A może nie broniły się, może on od początku był tylko ofiarą?

Wiedziałem , że one chciały poznać z bliska śmierć. Nie chciałem wiedzieć, ale wiedziałem. Oszukiwałem samego siebie, wmawiałem sobie, że to niemożliwe, jednak coś wewnątrz mnie miało tę pewność, jakaś maleńka cząstka każdej komórki mojego ciała wiedziała i wysyłała mi podskórne szepty, które w moim krwiobiegu przemieniały się w myśli, które od siebie odpychałem. Moje milczenie to mój grzech, jedyny, jaki popełniłem w całym życiu. Dlaczego nikomu nie powiedziałem ani słowa o tym, co widziałem? Na pewno bałem się. Bałem się, a potem...Potem przestałem myśleć. Zapomniałem szybko. To zadziwiające, jak szybko potrafimy zapominać. 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 647  |  Dodano: 2016-01-04 19:49  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Omnis moriar
poezja 2018-05-17 12:59
Prosty wiersz - tym razem Biały Wymyśliłem go tuż przed maturą I świadomość że to prada bardzo...
Kot Wania od Konwickiego
poezja 2018-05-16 15:39
wiersz, autor: Tomasz Kucina
książkowe uniwersum
poezja 2018-05-14 17:46
„Idąc” Krzysztof Mich
Recenzja | 2018-01-17 17:15
Małgorzata Południak
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com