Rozmowa z Jakubem Sajkowskim

autor: Małgorzata Południak
liczba wyświetleń: 3957 razy
Rozmowa z Jakubem Sajkowskim

Małgorzata Południak: Cześć Jakubie. Jaki był początek Twojej działalności literackiej. Masz jakieś związane z tym momentem wspomnienia, anegdoty?

Jakub Sajkowski: „Działalność literacka”, fajna fraza. Kojarzy mi się trochę z różnymi tzw. benefisami; ostatnio zauważyłem że pewien poeta, skądinąd bardzo przeze mnie szanowany, obchodzi 50-te urodziny połączone ze świętowaniem 35-lecia pracy literackiej. Czyli postanowił liczyć swoją „pracę literacką" od dziewiczych, grafomańskich, nastoletnich początków. Ja mam na to nieco inny pogląd: chyba trudno grafomańskie początki zaliczać do literatury, zatem też trudno w tym momencie nazwać je początkiem „działalności literackiej”. 

Jeśli jednak ja miałbym również liczyć w ten sposób, to początkiem była klasa maturalna, mniej więcej 2004 rok. Pamiętam że owe dziewicze, pierwsze wiersze były strasznie „eksperymentalne” i „konceptualne”, a tajniki owych „eksperymentów" zdradzałem swoim kolegom nerdom podczas dużej przerwy na boiskach VII LO w Poznaniu. 

Innym początkiem mogły być publikacje w tzw. literackim Internecie, portal poema.art.pl (obecnie poema.pl, cały czas bardzo sympatyczne miejsce), poezja-polska.pl, czy też nieszuflada.pl - pierwsza, jakże cenna konfrontacja z czytelnikami którzy nie są moimi kumplami, bratem, koleżanką, dziewczyną i generalnie mają w nosie „to co ja czuję” i „jaki ja jestem wrażliwym chłopcem, co tak wrażliwie pisze” - pierwsze więc komentarze, które wjeżdżały na ambicję, kazały się rozwijać, oddzielać hejt od konstruktywnej krytyki. 

Początkiem mógł być też rok 2008, pierwsze wyjście poza naznaczone brakiem selekcji „publikacje portalowe”, czyli udział w projekcie „Połów” Biura Literackiego, oraz spotkanie z Martą Podgórnik, która zamiast rozpływać się nad „zdolnymi finalistami”, postanowiła potraktować owo spotkanie jako okazję do solidnego, warsztatowego „przeczołgania”. A Marta Podgórnik, co jej się chwali, na mistrzynię dyplomacji nie wygląda i nią nie jest.

Początkiem mogło być też wydanie książki debiutanckiej na przełomie 2010 i 2011, nakładem Zeszytów Poetyckich. Wiadomo, euforia książkowego debiutanta, a potem (kolejny początek) spadek entuzjazmu i dojście do wniosku, parafrazując klasyka, że „przecież nie jest z tego znowu taki cud”. 

Generalnie „działalność literacka” z samych początków się składa. Jedyną stałą w moim przypadku - mam nadzieję – jest: robić swoje i się rozwijać. 

MP: Zdaje się, że niechętnie odnosisz się do grafomanii. Czym dla Ciebie jest, co myślisz jako czytelnik i krytyk, czy istnieje dialog z takimi autorami? 

JS: A ktoś się odnosi „chętnie” do grafomanii? Znaczy się, tego co sam uznaje za grafomanię? ;)

Mówię tu, oczywiście, o „grafomanii” będącej synonimem po prostu kiepskiej literatury. Kiepskiej - to znaczy, w moim odczuciu: bądź rażąco banalnej, bądź pisanej bez wyczucia językowego (np. aspirującej do powagi, a niezamierzenie komicznej), bądź bełkotliwej (na przykład z powodu nieprecyzyjnego i nieudolnego przekazania komunikatu tekstu), albo też wyglądającej z wierzchu ładnie, ale pustej w środku. Oczywiste jest, że jako czytelnik odnoszę się do tego wszystkiego niechętnie, gdyż nie przynosi mi to czytelniczej przyjemności.

Ocena, co jest złą literaturą, a co nie, jest – w dużej mierze, oczywiście – skrajnie subiektywna, niektórzy więc mogliby powiedzieć że jako krytykowi (czy też raczej, należałoby powiedzieć w moim przypadku, „recenzentowi”) przysługuje mi raczej ograniczone prawo do nazywania, co jest, a co nie jest „grafomanią”. Z owym dość powszechnym podejściem nie zgadzam się z kilku powodów: po pierwsze, recenzja jako gatunek z natury rzeczy naznaczona jest skrajnym subiektywizmem, nie ma prezentować prawdy objawionej, a głos w dyskusji. Przesadne krygowanie się jest więc niepotrzebne. Po to jest recenzja, aby pisać co się myśli. Oczywiście, tak pojemny znaczeniowo termin jak „grafomania”, „grafomańska fraza”, etc, etc, powinno się każdorazowo należycie uzasadnić, ale nie koniecznie wystrzegać się użycia. Po drugie, co prawda, jak pisała krytyczka z Poznania, Maria Beszterda, nie ma już „panów od poezji”, nie ma więc jednego kanonu i podziału na „dobrą i złą” literaturę, ale solą dyskusji o literaturze jest istnienie prywatnych, indywidualnych kanonów i wartościowania. Dobrze, umiejętnie uzasadnione stwierdzenie „to jest, moim zdaniem, zła literatura” jest również zaproszeniem drugiej osoby do przemyślenia własnego kanonu, własnego podejścia do literatury. A zresztą, nawet jeśli owa opinia nie jest umiejętnie podana, to nie krygujmy się, niech się dzieje, niech iskrzy. Choćby owo „iskrzenie” miało ograniczony, niszowy zasięg. 

Specjalnie natomiast zaznaczam, iż wyrażam tylko (i aż) subiektywne głosy w dyskusji, gdyż mimo wspomnianej „niechęci” nie mam poczucia misji, nie mam zamiaru z grafomanią „walczyć”. Istnienie grafomanii w zasadzie nie jest ani złe, ani dobre. Jest oczywiste. Talent do pisania nie jest powszechny, talent się przydarza. Z 1000 wierszy zaledwie 100 będzie przyzwoitych, z tych 100 przyzwoitych zaledwie 20 będzie niezłych, z tych 20 niezłych może z 5 będzie rzeczywiście świeżych i oryginalnych. Zwracam na to uwagę, gdyż podczas pobytu na różnych portalach zauważyłem zmieniające się okresowo grupki osób które „CHCĄ WALCZYĆ O POZIOM PORTALU”, „CHCĄ OCZYŚCIĆ PORTAL Z GRAFOMANII” etc, etc. Niektórzy się z tego leczą, niektórzy pozostają takimi portalowymi kaznodziejami. Generalnie, jeśli zauważyłeś w jakimś wierszu błąd, to wskaż go autorowi. Jeśli chcesz się z autorem pokłócić, to się pokłóć. Jeśli uważasz, że powinien to i owo przemyśleć, to napisz. A to, czy da się z taką osobą dyskutować, to nie jest chyba kwestia talentu, a kultury osobistej, poziomu ego i arogancji, ambicji autora, jego chęci rozwoju (lub niechęci) etc, etc. Jeśli natomiast nic do niego nie dociera, jego sprawa. Jeśli nie chce się rozwijać – też jego sprawa. Światu jego grafomania nie uchybi, chorób roznosić nie będzie, strat w ludziach nie spowoduje. 

MP: Ludzie są pod wpływem innych ludzi, przekonani do siebie bardziej lub mniej. Z tego tworzą się wzajemne relacje, grupki, stowarzyszenia, związki. Czy potrafiłbyś w kilku zdaniach scharakteryzować współczesną poezję polską? 

JS: To pytanie przypomniało mi zajęcia z literatury kanadyjskiej na studiach, która jest literaturą diaspor; przykładowo: kilka zajęć z literatury angielsko-kanadyjskiej; potem dwa z literatury chińsko-kanadyjskiej; potem dwa z literatury japońsko-kanadyjskiej; potem kolejne dwa z literatury natywno-kanadyjskiej, i jeszcze ze dwa z literatury żydowsko-kanadyjskiej etc, etc.

Poezją polską rządzi rozproszenie, brak ustalonego kanonu „co czytać należy”, tego, kto jest „uznanym twórcą” (poza nielicznymi bardzo wyjątkami). O twórcy „uznanym i nagradzanym” w Krakowie, nic nie wiadomo w Domu Kultury w Skierniewicach, Dom Kultury Koluszki promuje „wybitnego poetę”, o którym Instytut Mikołowski ni huhu, a nawet gdyby, to by uznał owego za szczyt grafomanii; Uniwersytet Wrocławski uznaje uniwersytet w Poznaniu za „ważny ośrodek krytycznoliteracki”, o czym z kolei nic nie wie Uniwersytet w Kielcach, bo oni akurat hołubią poetów z Sopotu, uznanych z kolei we Wrocławiu i Poznaniu za grafomanów. 

Proszę, oczywiście, nie traktować powyższego dosłownie, obrazuję jedynie mnogość indywidualnych kanonów i rozczłonkowanie. A owa mnogość podejść wynika immanentnie z mnogości piszących i wydających, których nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie ogarnąć. Stąd sami poeci o sobie nawzajem często pojęcia nie mają i nie słyszeli, co jest nieco kłopotliwe dla czytelnictwa poezji, bo poza samymi poetami poezję czyta niewielu. 

Przyznam natomiast, że nie mam pojęcia, czy współczesne pokolenia piszących są bardziej czy mniej obfite w talenty od dawniejszych, czy robią coś nowatorskiego, czy się w tzw. historii literatury zaznaczą. Podobno ci poeci dzisiaj to nie to, co kiedyś. Podobno dziś nie pokolenie Brulionu, co najwyżej pokolenie brudnopisu. Podobno mamy „okres przejściowy”, a ci dzisiejsi poeci, to w zasadzie nie wiadomo, co z nich będzie. Ale kwestie „dzisiejszych pokoleń” niech sobie „rozkminiają” historycy literatury za czas jakiś. Mnie obecnie mało co z poezji współczesnej zwala z nóg, ale regularnie trafiają się tomy, które sprawiają mi przyjemność; ostatnio „Umlauty” Pietrzaka i „Zestaw do besztań” Adama Pluszki. 

MP: Czyli to kwestia gustu, że nagle objawia się nagrodzona książką, ale kiedy bierzesz wiersze pod lupę, nie potrafisz zrozumieć rozgłosu? A może nie poznałeś się na tych wierszach, powinieneś milczeć? 

JS: „Kwestia gustu” w pewnym sensie może wydawać się wymówką – w końcu te najważniejsze nagrody swoimi autorytetami firmują profesorowie, poza tym w przypadku Gdyni, Nike czy Silesiusa wchodzą w grę całkiem niemałe kwoty – powinno się więc oczekiwać, że owe kwoty zostaną zainwestowane mądrze. 
Niemniej trzeba sobie zdawać sprawę ze specyfiki czynności „jurorowania” – a przede wszystkim prozaicznej kwestii, jaką jest presja czasu. Taki juror Silesiusa ma, na ten przykład, na przestrzeni dwóch-trzech miesięcy do przeczytania dziesiątki tomów. Da się? Ja bym osobiście nie umiał, chyba że byłoby to moje jedyne zajęcie (a z reguły nie jest). Zwiększone szanse mają pewnie te tomy, które jakoś wpadły mu w ręce wcześniej, a poza tym musi bazować na swoim „nosie” czytelniczym, intuicji, bo raczej nie uważnej lekturze. Wiadomo że prof. Piotr Śliwiński jest tysiąc razy bardziej oczytany od Jakuba Sajkowskiego, więc jego intuicja jest jakby bardziej wyrobiona i pewnie mniej zawodna, no ale jednak ja osobiście jestem zdania, że poezję czyta się powoli.
Dlatego, choćby mi oczy wyskakiwały z orbit na widok niezrozumiałych werdyktów (a tak mi się czasem przydarza), to jestem w stanie wybaczyć wiele. Przypadkiem nie do przyjęcia są jedynie werdykty nieuczciwe, przyznawane na zasadzie „kuledzy-kulegom”, sobie a muzom. Natomiast regularnie zaskakują mnie pozytywnie nominacje poetyckie do "NIKE", już chyba od trzech lat. W tym czasie w nominowanych znaleźli się nie tylko „sprawdzeni” Lipska i Świetlicki, ale przecież także debiutanci (Słomczyński, Kulbacka), czy autorzy stosunkowo niedługo obecni w przestrzeni literackiej (Tomasz Pietrzak, Joanna Lech, Mirka Szychowiak). Część z tych nominacji była strzałem „w dychę” (Pietrzak, Szychowiak), niektóre wydają mi się mocno na wyrost, ale już samo to, że jurorzy Nike poszukują, nie zamykają się w bezpiecznej przestrzeni nazwisk obecnych w literaturze od dwudziestu i więcej lat, świadczy o nich dobrze [abstrahuję tutaj od niedawnej żenującej telenoweli wokół nagrody, która nie zmienia mojego podejścia do wymienionych wyżej konkretnych wyborów]. 

MP: Wyczuwam tu jakiś sposób wartościowania, ale zostawmy to. Jakim poetą i recenzentem jest Jakub Sajkowski? 

JS: Na pewno poetą, który z reguły najpierw słucha, potem pisze. Łapię strzępy rozmów, rejestruję, zapamiętuję. Niekoniecznie na „nośniki” typu kartka, komputer, komórka, bo pamięć mam bardzo dobrą. Mam nadzieję jednak, że więcej w moich tekstach własnej kreacji niż kompilacji.

Poza tym niewiele mogę powiedzieć na temat „jaki jest”. Raczej „jaki stara się być”. Nie lubię łopatologii, ale nie boję się klarowności. Lubię nieoczywistość, ale nie lubię hochsztaplerki i bełkotu. Lubię precyzję, ale nie lubię jednoznaczności. Cenię spójność pomysłu na siebie, ale cenię też różnorodność, nie lubię nudy.

Poprzedni akapit można w zasadzie również podpiąć pod to „jakim Jakub Sajkowski jest recenzentem”; to znaczy, wymagania względem siebie przenoszę w pewnym sensie na wymagania względem książek, które sam czytam. Bo każdy jakieś wymagania, gusta i kryteria ma i nie należy się z nimi krygować. Sęk w tym jedynie, by nie głosić ich z ambony jako „jedyne słuszne”. 

MP: O tym łapaniu przekonałam się kilka razy, zaimponowałeś mi w Miłosławiu trzy lata temu, właśnie wyłapując i rejestrując najciekawsze powiedzenia... Później śledziłam Twoje wiersze i wyłapywałam sformułowania. Czy myślisz, że współcześni poeci otrzymują solidne wsparcie krytyków literackich? Czego oczekiwałbyś od krytyków jako poeta? 

JS: To pytanie by sugerowało, że poecie się coś od krytyków „należy”, a tak niestety (a raczej: na szczęście) nie jest. 

Jedyne, czego bym oczekiwał, to uczciwości; jeśli uważasz, że warto o tej książce pisać, to napisz; jeśli uważasz, ze nie warto, to nie pisz; jeśli ci się podoba, to napisz że ci się podoba; jeśli ci się nie podoba, to napisz, że ci się nie podoba. Natomiast tym, których do pisania /bądź nie pisania/ recenzji przywodzi solidarność kumpelska, bądź myślenie w rodzaju „opłaca się-nie opłaca się”, życzę najstraszniejszych rzeczy.

Oby wam blurba na książkę pisała Kasia Cichopek.
Oby wszystkie spotkania poetyckie, na jakie przychodzicie, były niczym obrady Sejmu RP.
Obyście na wieczność zostali moderatorami forów poetyckich. 

MP: Solidne wsparcie, miałam na myśli merytoryczną dyskusję. Oczywiście, nie chodzi mi o załatwianie sobie czegoś, tylko rzetelne komunikowanie się, wsparcie, jakiego na przykład udzielał pisarzom Bereza. Czy istnieje Twoim zdaniem taki rodzaj komunikacji? 

JS: Oczywiście pamiętajmy o tym, że krytyk ma niezbywalne prawo uznać tego czy innego autora za niewartego merytorycznej wzmianki. ;) 

Ale tak ogólnie mówiąc, to wymieniłbym dwa nazwiska, które kojarzą mi się z krytyką rozumianą jako „wsparcie”.

Po pierwsze, Karol Maliszewski, który działalność zorientowaną na „pedagogiczne” wręcz wsparcie realizuje od wielu lat w tzw. „Pocztówkach Literackich” w Odrze. Poza tym przychodzi mi na myśl Piotr Śliwiński – oszczędnie dawkujący krytykę negatywną, „piszący o” raczej niż wartościujący, podczas (świetnie zresztą prowadzonych) spotkań analityczny, wnikliwy, ale nie „siadający” na autora; nie mówiąc już o byciu współodpowiedzialnym za liczne konferencje naukowe poświęcone autorom żyjącym i tworzącym, za festiwal Poznań Poetów... 

Jeśli coś się zmieniło, to realia dyskusji krytycznoliterackiej. Trudniej jest ją pewnie prowadzić w czasopismach, cierpiących często na chroniczne problemy finansowe, wydawanych nieregularnie; coraz mniej jest „miesięczników”, „kwartalników”, a coraz więcej „nieregularników”. Funkcję polemiczną czasopism zatem, zapewne w pewnej mierze, przejął Internet; Internet zdemokratyzował dyskusję, wysyłając książki do recenzji nie wysyłamy przecież tylko do czasopism, ale do autorów blogów - takich, na przykład, jak „Czytanie w piwnicy” Marcina Włodarskiego czy „Krytycznym Okiem” Jarosława Czechowicza. W Internecie jest dużo chłamu, ale Internet pokazuje także, używając sportowej metafory, że „nazwiska nie grają”, czy też raczej „nazwiska nie piszą”. I tak: dzięki Internetowi udało mi się poczytać świetne teksty Mai Staśko (internetowa sZAFa, Ha-art) czy Olivii Betcher. Z drugiej strony – są też przykłady odwrotne: Internet zawiera również teksty znanych poetów i krytyków, które bardziej przypominają żenujące paszkwile niż teksty krytyczne. 

MP: I dochodzimy do miejsca, w którym widać, jak bardzo ludzie różnią się od siebie, jak umiejętnie chwytają temat, niekiedy mają skłonności do przesady, wtedy ich teksty wydają nam się przekombionowane albo wynikają z frustracji. Jednak pewnie są i tacy, którym takie „wypisywanie się” odpowiada. Internet jest takim medium, gdzie każdy coś dla siebie znajdzie, ugra, przegra. To też plus Internetu, jeżeli coś mi nie odpowiada, omijam. Może jednak zostawmy innych. Kiedy ukaże się Twoja druga książka i jakie będą w niej wiersze?

JS: Pewnie, że zostawmy, to miał być jedynie przykład na „demokratyczność”. :) Wspomniana przeze mnie Maja Staśko pisała zresztą niedawno w jakimś tekście do „Ha-artu”, że jakiś serwis książkowy, w którym recenzja wybitnego krytyka z Poznania, Przemysława Czaplińskiego, miała 8 lajków, a recenzja anonimowej użytkowniczki „pod nickiem” miała ich ileś razy więcej. Taka ciekawostka, ale obrazująca dobrze działanie literackiego Internetu. Pozytywne lub negatywne, jak kto woli.

Książka jest już napisana i może być tak, że w momencie publikacji tego wywiadu będziemy już mówili o książce wydrukowanej, ale głowy nie dam. Teraz, na ten moment, pod koniec września, użyję bezpiecznego i pojemnego „niebawem”. Mam nadzieję że moja druga książka jest dużo lepsza od debiutu, precyzyjniejsza, dojrzalsza, bardziej „moja”. Czy to się udało osiągnąć, nie wiem. 

MP: Zatem czekam na Twoją książkę. Co Cię we współczesnej kulturze obchodzi najbardziej? 

JS: Oprócz namiętnego zajmowania się literaturą, namiętnie słucham również muzyki; ale „obchodzi mnie” w niej chyba co innego niż w literaturze. Kiedy czytam, bardziej cenię sobie wyważenie, odbieram tekst bardziej intelektualnie, analitycznie; choć idealne są teksty, które z jednej strony oddziałują na emocje, wywołują wzruszenie, a z drugiej strony są interesujące w sensie intelektualnym, odkrywania kolejnych warstw, czy też są w ten czy inny sposób świeże, nowatorskie. Samo wzruszenie mi jednak nie wystarczy; jeśli tekst w pierwszym kontakcie wzrusza, a w drugim okazuje się, że poza wzruszeniem proponuje niewiele więcej, jest dla mnie tekstem „działającym na emocje” jednak w sposób nazbyt prostacki, hochsztaplerski, wydmuszkowy.

Muzykę odbieram bardziej emocjami, bezpośrednio, dlatego lubię dźwięki intensywne, mocne, nie neutralne – przy czym nie jestem przywiązany do jednego gatunku muzycznego, moja playlista (jednego dnia, albo nawet jednego wieczoru) może się składać z A-ha i Vadera z przerwą na litewski neofolk. 

MP: Piękny kontrast. Niedawno na znanym portalu społecznościowym krążył łańcuszek dziesięciu najlepszych książek czy takich, które zrobiły na Tobie wrażenie. Gdybyś miał wybrać po pięć najgorszych książek i płyt muzycznych, co by znalazło się na Twojej liście? 

JS: To zadanie jest chyba jednak niemożliwe; zbyt dużo jest muzyki czy też literatury złej, a też owa „zła” literatura czy muzyka jest do siebie zbyt podobna; podobne są bowiem błędy młodości, w rodzaju braku wyczucia, umiejętności technicznych czy drastycznego braku oryginalności; ale „błędy młodości” nie są niczym złym czy nienaturalnym. Jeśli już szukać kandydatury do „najgorszych”, to w sztuce wyrachowanej, sztuce nieszczerej, sztuce-produkcie, sztuce jak spod fabrycznej sztancy. 
O literaturze już trochę poopowiadałem, więc skupię sie na muzyce. 

Słyszę jak artysta, pacholęciem będąc, śpiewa „Bierz mnie/ będzie wspaniale/ obsyp mnie złotym deszczem”, jest to przaśne, głupawe, nieoryginalne, ale szczere. Po parunastu latach tenże sam artysta nadal jest nieoryginalny, tyle że tym razem również niewyrazisty, stękającym, eunuchowatym głosem śpiewa „bo miłości nie przetniesz na pół”. Mądrzej nie jest, ale efekt jest jeszcze gorszy. Dlatego od wykwitów współczesnej tzw. „muzyki rozrywkowej” już wolę np. disco polo – przynajmniej nie aspiruje do „sztuki” i „profesjonalizmu”. 

Owych rzeczy miałkich, nudnych, sztucznych jest tyle, i tak bardzo się ze sobą zlewają, że nie ma większego sensu wybierać cokolwiek. 
Potraktuję więc to pytanie jako okazję do zaprezentowania swoich ostatnich „odkryć”, jak najbardziej pozytywnych. Skoro pięć, to niech będzie pięć, ale ograniczę się do rejonów polskich/polskojęzycznych; gościnnie pojawi się język naszych południowych sąsiadów. Tak czy siak, będzie skrajnie eklektycznie:
Furia - „Idzie zima”
Już Nie Żyjesz - „Już cię nie ma”
Das Moon - „Colours”
Vanessa - "Smutny Pan"
A na koniec, taka oto piosenka. Polecam i dedykuję nam wszystkim. 

MP: Wymienione przykłady są dla mnie naiwne i głupawe, owszem, jednak nie dostrzegam w tym szczerości. Możliwe, że inaczej jawi nam się szczerość. Oczywiście ten rodzaj muzyki jest najbardziej popularny, nie będę sie kłóciła z Tobą o detale, bo jednak dzielą nas zupełnie inne zamiłowania muzyczne. Pamiętasz klip MISTER D. x ANJA RUBIK - CHLEB? To jest jakby esencja zachowań i języka jakim posługują się ludzie w Polsce. Oczywiście w pewnym przejaskrawieniu. Zauważyłam, że nie wszyscy dostrzegli sarkazm tego uroczego klipu, a jednak tak to właśnie wygląda. Co ma dla Ciebie największą wartość, kto Cię rozczula, jakich autorów cenisz najbardziej?

JS: Bardzo trudne pytanie, ale chyba najbardziej wzruszają mnie teksty w których wyważenie i subtelna ironia łączą się z umiejętnym mówieniem o emocjach. 
Jeśli wzruszenie, to jednak musi być szlachetna prostota, konfesja, uczucia. Oczywiście nie tylko wzruszenie o wartości świadczy, zakres rzeczy „wartościowych” jest dla mnie znacznie szerszy, i niekoniecznie zawiera w sobie coś, co czytam namiętnie. 

Mój pierwszy prawdziwy, samodzielnie odkryty zachwyt poetycki to była antologia poezji brytyjskiej z 1980-go roku, mówię o nim, bo od 2003-go regularnie do niej wracam; są w niej chwytające za trzewia wiersze uznawanego w czasie wydawania tej antologii za „nadzieję irlandzkiej poezji” Paula Muldoona, Michaela Longleya, Dereka Mahona, Iana Hamiltona... Poza tym, dobre parę lat później, wpadła mi w ręce jedna z największych perełek jakie widziałem kiedykolwiek w ofercie Biura Literackiego – czyli antologia poezji czeskiej redakcji Leszka Engelkinga (Ivan Blatny, Egon Bondy...). Skoro już jesteśmy przy BL i przy autorach obcojęzycznych, regularnie wracam też do cieniutkiego tomiku prózek poetyckich Łotysza Karlisa Verdinsa pt.: „Niosłem ci kanapeczkę”; nie wiem co jest w niej takiego „do odkrywania”, bo to prościutkie w sumie historie... a może właśnie dlatego. 

Jeśli idzie o prozę, to ostatnimi czasy dobrze na mnie działa mieszanka historii nowocześnie zakręconej, a jednocześnie poważnej i odważnej. Tu np. Władimir Sorokin. W podobnej kategorii, odkryty przeze mnie w okolicznościach dość trywialnych, bo podczas pisania magisterki, kanadyjski pisarz Timothy Findley – historie nie bojące się MÓWIĆ, posiadać przesłania, a jednocześnie porywające w swoim postmodernistycznym zawikłaniu. Nieustannie ubolewam, że doba nie ma 48 godzin i nie miałem jeszcze czasu, aby podjąć się przetłumaczenia choćby opowiadanka owego autora. O ile w ogóle miałbym wystarczające wyczucie. 

MP: A poezja polska Cię wzrusza? Proza? 

JS: Z prozą byłoby ciężej, bo (szczególnie jeśli chodzi o prozę współczesną) mam większe „luki”. :) Tym bardziej że wzruszenie w ogóle pojawia się u mnie rzadko, jeśli idzie o literaturę, wspominałem zresztą, że jestem bardziej analityczny, chłodniejszy w odbiorze tej dziedziny sztuki, częściej coś mnie „porwie” niż „wzruszy”.
Z polskiej prozy, zatem, nadal nic mnie nie wzruszyło bardziej od „Lalki” Prusa, pochłoniętej w liceum. Mówię serio. 

Jeśli chodzi o poezję, to wzruszenia również przytrafiają się rzadko, ale jestem tu znacznie bardziej na bieżąco, więc wybiorę trzy nowsze wiersze, autorów jednakowoż mniej znanych, aż dwie z książek debiutanckich (ale takich, co targają za trzewia i - być może - będą jedynymi książkami tych autorów; choć - może jeszcze zaskoczą). 

Ryszard Będkowski, „Wiosna na motywach zimy” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2010/11/jeden-wiersz_09.html
Michał Nowak „Czasem to proza otwiera wiersz” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2011/02/poezja-kamie-niech-sobie-kamie-micha.html
Marciusz Moroń, „Historia” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2010/11/jeden-wiersz.html

MP: Jesteś młodym człowiekiem, jeszcze wiele różnorodnych głosów poetyckich przed Tobą, wyzwań, projektów. Czego Ci życzyć?

JS: Wszystkiego w idealnych proporcjach. Pomyślnych wiatrów, ale nieprzesadnych wzlotów, żeby móc w razie czego w miarę bezboleśnie wrócić na ziemię.

MP: Niech Ci się uda. Dziękuję za rozmowę.

Akcje
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

-5-
poezja | 2017-10-16 00:06
www
Mogło być gorzej
pozostałe | 2017-10-13 22:55
Hardy
Przygoda Franka
bajka | 2017-10-11 11:16
Mgielka
Kot Damazy
poezja | 2017-10-09 13:04
SEMPER
pokaż wszystkie »
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com