AnilG
liczba publikacji: 4
liczba punktów: 52

Iwo

Było zielono- szaro. Śnieg w większości stopniał, jedynie gdzieniegdzie utrzymywały się jeszcze niewielkie kupy śniegu o kolorze daleko odbiegającym od bieli. Zamiast świeżej, jaskrawozielonej trawy, wszędzie można było napotkać brązowo- ciemnozieloną, naznaczoną psimi odchodami, tak dobrze kamuflującymi się niegdyś w białym puchu, który nie był ani biały, ani tym bardziej puszysty, trawę.

Drzewa ani myślały przybrać się w zielone liście, miały to głęboko gdzieś i wciąż sterczały ponad ludzkimi głowami, machając nagimi gałązkami. Słońce było tej wiosny niezwykle kapryśne- czasami wychylało się zza chmur, rzucając na blade i niemrawe twarze ostre promienie, niekiedy znowuż nie chciało przestać świecić, doprowadzając niektórych do szału, duszących się w grubych płaszczach, zdejmujących z furią czapki z głów, otrzepujących futrzane buty z błota.

I właśnie ta wiosna była tak bardzo wyczekiwana przez cały naród Polski, umęczony tak ciężkimi dla ich wiotkich ciał mrozami, mający po dziurki w nosie śniegu po kostki, jęczący, jak ostra zima się trafiła w owym roku.

Jeśli ktokolwiek pomyślał, czytając i słysząc wypowiedzi rodaków, że wiosna, jakakolwiek chociażby, zadowoli Polaków po cięższej niż zazwyczaj zimie, był zwyczajnym łatwowiernym lub naiwnym idiotą, który nie zna własnego kraju.

Bo teraz wszędzie można było podsłuchać, jak ludzie narzekają na widok polskich „przebiśniegów”, czyli zwyczajne psich odchodów, jak jęczą, wracając do domu, że znów będą musieli czyścić mozolnie buty z błota, jak denerwują się, że pogoda kapryśna.

Bo Polakom dogodzić się nie da.

Iwo to wiedział. Sądził jeszcze, że ludziom nie można ufać, że nikt nie mówi prawdy, że każdy jest zatwardziałym egoistą. Że prawdziwa miłość nie istnieje.

Uważał się za realistę, widzącego świat takim, jaki jest, w żadnym wypadku nie ubarwiający go pastelowymi odcieniami różu, błękitu i zieleni. Ale był zwyczajnym pesymistą. Nakładał na wszystko czarne i szare barwy, nie potrafił widzieć dobrych stron., nawet w najpiękniejszych cechach ludzkich dopatrywał się cynizmu, celu, bezwzględności, aż zaleta stawała się najokropniejszą wadą, karygodną wręcz cechą człowieka.

Powtarzał swoje reguły aż do znudzenia, wpajał je sobie i wyrył w mózgu już tak głęboko, że sprawą po prostu niemożliwą było je zmienić.

Zachowywał się tak tylko z jednego względu. Nie chciał cierpieć. Wolał wmówić sobie, że nie ma przyjaciół, tylko zwyczajnych znajomych, niż później pluć sobie w brodę, że komuś zaufał.

Szedł przez życie ze sztucznym uśmiechem, specjalnie opracowanym, wręcz perfekcyjnym, tak, aby każda komórka skóry układała się gładko wokół jego rozciągniętych ust, które okalał lekko podrażniony regularnym goleniem naskórek.

I to nie to, żeby był dla ludzi niemiły. Nie obrażał ich, nie kpił sobie, nie wyśmiewał ich i nie mrużył ironicznie oczu. Nie napawał ich umysłów strachem, nie przyprawiał o ból brzucha i kołatanie serca, zatrutego zabójczą dawką adrenaliny.

Był miły. Prawił komplementy. Chwalił, śmiał się, nie szczędził dobrych słów. W oczach dziewcząt był usposobieniem ideału. Wysoki. Niezwykle męski, nie wiedzieć czemu. Złotowłosy. Oczy brązowe- ale tylko pozornie- bo gdy patrzyło się pod odpowiednim kątem, stawały się jakby zielonkawe, niekiedy w słońcu błyszczały na niebiesko, a w mroku było przepełnione czernią, jakby wygłodzone, agresywne i drapieżne.

Charakter- także idealny. Szarmancki, miły, mądry, jakby przewyższał swoich rówieśnikiem IQ o jakieś 100 punktów. Potrafił komplementować dziewczyny wciąż i wciąż, nigdy nie określając ich tym samym przymiotem, ciągle wymyślał nowe, wprawiając ich tym w zachwyt, na przerwach ciągle chwaliły się, do której zagadał, której co powiedział i wykłócały, która jako pierwsza go zdobędzie.

Ale w głębi duszy wiedziały, że to niemożliwe. Iwo- och, jak uwielbiały pieścić każdą literę jego imienia, ważyć ją wciąż na języku, zgniatać brutalnie zębami i delikatnie głaskać językiem- wciąż był jakby niedostępny, zasnuty gęstą mgłą, był jak zabawka, której zawsze się pragnie, a która jest poza naszym zasięgiem, pięknie zapakowana na półce. Ileż to razy już próbowały, zapraszały go, gdzie się da, a on tylko, oczywiście grzecznie, odmawiał i przywoływał na twarz najlepszy uśmiech, jakby chciał wynagrodzić owej pannie, że nigdzie się z nią nie wybierze.

Co do chłopców, Iwo wzbudzał w nich szacunek. Znał się na wszystkim, potrafił jednym zdaniem- wcale nie wrednym- zmiażdżyć ich i wgnieść w ziemię. Można było cieszyć się z kolejnego poziomu w grze, ale Iwo wtenczas mówił, zwyczajnie, obojętnie i łagodnie, że on tę grę już skończył, przeszedł ją bardzo szybko i na dodatek jest ona bardzo nudna. Owemu chłopakowi rzedła mina, a reszta towarzystwa nawet nie śmiała zaprzeczyć, bezgłośnie zgadzała się z Iwo. Bo już nie chodzi o to, że Iwo by ich skrytykował, gdyby powiedzieli coś innego, spojrzałby na nich pobłażliwie, jak na bandę przedszkolaków, których problemy nie wybiegają poza kolej bawienia się najnowszym torem samochodowym w ośrodku.

A spojrzenia te potrafiły zgnieść ich do rozmiaru pyłku, co było gorsze niż najwredniejsza krytyka, bo taką można zripostować, nawet ostro.

A jak tu sprzeciwić się spojrzeniu?

***

Czuł każdy oddech, który dotykał jego świeżo ogolonego policzka, najchętniej wyrwałby się i wrócił do swojego pokoju, bo jego pokój był jak schron, nikogo dotąd jeszcze tam nie wpuścił, oprócz, rzecz jasna, rodziców, ale i oni nie byli tam częstymi gośćmi.

A tutaj, zamknięty z bandą naiwnych idiotów, bezradny, nie mogąc nic zrobić sterczał i trząsł się z zimna jak ostatni dureń, pocierając dłońmi o ramiona, by choć trochę się rozgrzać. Brutalny mróz postanowił zrobić Polakom niespodziankę i zaskoczył ich wieczorem, szczypiąc w nieosłonięte czapkami włosy, przenikając przez wiosenne kurtki, kłując w stopy, chronione zaledwie adidasami.

Ksiądz sterczał na ambonie i wygłaszał kazanie, przybrał minę natchnioną, jakby sam Zbawiciel wstąpił w niego i słowa na język mu pchał. Wierzył zapewne, że przekona ludzi, że z roku na rok w jego kościele wiernych będzie coraz więcej, ale wysiłki jego przynosiły skutek jednak odwrotny. Ludzie prawie przysypiali, ledwo powieki rozlepiali i spoglądali bez krzty ciekawości na księdza, myślami byli daleko stąd, wyklinali w myślach księdza, skarżyli się Bogu, dlaczego na kapłana takiego nudziarza wziął, błagali go, by kazanie już się skończyło, wszelkie mszalne procedury odbyły i mogli wrócić spokojnie do domów, może jeszcze na kolejny odcinek Na wspólnej, albo chociaż M jak miłość.

Tymczasem ksiądz zaciskał, to rozluźniał palce, podnosił wzrok na wiernych, skupionych w świątyni, unosił brwi i ściągał je gwałtownie, wciąż mówił, nie przestając nawet na chwilę, czuł na sobie wzrok starszych pań, przepełniony uwielbieniem i zachwytem, wzrok masy znudzonej młodzieży, szykującej się do sakramentu bierzmowania, przypędzonych przez rodziców do kościoła, czuł wzrok rodzin z dziećmi, którzy to spoglądali na księdza bez zainteresowania, to zaraz zajęli się uspokajaniem swych latorośli, które najchętniej pobrykałby sobie bez przeszkód.

Mówił i czuł, że słowa jego sensu w ogóle nie mają, nie docierają do wiernych, są jak ziarna rzucane na nieodpowiedni grunt- a może to grunty są dobre, a słowa twarde jak kamienie?

Nie mógł zdecydować, czy dobrze robi, ale wciąż mówił, monotonnie, klepał kazanie jak wiersz, który na pamięć trzeba się nauczyć. Ciemno już było na zewnątrz, senność nagła go znienacka ogarnęła, słowa jednak nawet tempa nie zmieniły, płynęły wciąż tak samo, tylko myśli kapłana już gdzieś dalej odbiegały, o ciepłym łóżku zamarzył, modlitwie wieczornej i śnie, by jutro znów rozpocząć kolejny, nie różniący się wcale od pozostałych dzień Boży.

Iwo stał niedaleko kolumny, trochę cieplej mu już było, splótł lekko dłonie i zacisnął szczęki. Przeklinał w myślach własne zapominalstwo, bo znów nie wziął zegarka i nie wiedział teraz, ile jeszcze musi tu sterczeć, zanim wolno mu będzie wrócić do domu. Nie rozumiał, co jego rodzice widzieli w tej całej religii, on być może też coś kiedyś widział, teraz to był dla niego tylko nieprzyjemny obowiązek, a może nie tyle nieprzyjemny, co nudy, do którego był zmuszany. Posłusznie, co niedzielę chodził do kościoła, najczęściej na mszę wieczorną, bo ta, jak mu się zdawało, trwała odrobinę krócej niż msza główna, odbywająca się zawsze około godziny dwunastej.

Zamknął oczy, jakby mu to miało jakoś czas skrócić, poczuł na swoim karku ochrypły kaszel, wzdrygnął się z obrzydzeniem i już miał ochotę wygarnąć osobnikowi znajdującemu się za nim, ale powstrzymał się, w końcu wiedział, jak należy zachowywać się w kościele. Odwrócił się tylko i swoim najgorszym spojrzeniem zmierzył starszego mężczyznę, który znów zakaszlał. Drobinki śliny wylądowały na szyi i lewym policzku Iwo, któremu pozostało tylko zacisnąć zęby i czekać cierpliwie do końca mszy.

***

Zdawało mu się…nie, on to zwyczajnie wiedział, że świat jest dziś zwyczajnie nienormalny, że stało się z nim coś nieodwracalnego, czego naprawić już nie można.

Szedł chodnikiem między szarymi blokowiskami, widział wylegujące się na ławkach bandy ogolonych na łyso chłopaków, którzy z dumą wypinali piersi przybrane w bluzy z wielkim JP pośrodku, widział dziewczyny, najwyżej kilkunastoletnie, które poubierane niczym małoletnie dziwki, chybotały się na wysokich obcasach, zapewne podwędzonych ukradkiem od matki lub siostry, z makijażem na twarzy mającym sprawiać wrażenie, że są starsze. Szły tak, spoglądając z wyższością na resztę osiedla, Iwo już wiedział, gdzie szły, a przynajmniej się domyślał, zmierzały bowiem w stronę ulicy Kopernika, gdzie mieściła się największa w mieście galeria handlowa.

Oko za oko, ząb za ząb, to dlaczego dupa za pieniądze?

Iwo najchętniej wróciłby do czasów, kiedy dwunastoletnie dziewczyny nie wiedziały, co to sex- ale kiedy to było? Teraz, ucharakteryzowane na o wiele starsze, oddają swoje ciało za buty, torebkę, spodnie czy bluzkę.

Chcąc, nie chcąc, Iwo trafił w Internecie na stronę Galerianki.pl. Witryna ta tak nim wstrząsnęła, że nie potrafił wydusić słowa, tym bardziej, że tuż po tym, jak to zobaczył, usłyszał w radiu informację, że artystką dziesięciolecia została Doda…

A kiedy dołączyły do tego jeszcze wiadomości o tragedii na Haiti, kolejny tekst w Internecie informujący o głodujących dzieciach w Afryce, kiedy otworzył książkę do historii i zobaczył Hitlera, kiedy spojrzał za okno i uświadomił sobie, że zamiast pokolenia JP2, wszyscy wolą wykrzykiwać swoje durne Jebać Policję…

Po prostu uświadomił sobie, że innego końca świata nie będzie.

Prawdziwy świat już się skończył. Tak gdzieś z nadejściem drugiego tysiąclecia.

To już nie był świat, gdzie kobiety miały wstyd, a mężczyźni honor. To już nie był prawdziwy świat z prawdziwą muzyką. To był świat komercyjnego gówna, gdzie kobiecy wstyd już nie istniał, gdzie nie trzeba było zabiegać już o kobietę, gdzie prostytutki traciły pracę, bo każda lepsza małolata dawała dupy za pieniądze, świat, gdzie nastolatki sprzedawały swoje dziewictwo, gdzie nie istnieje szacunek dla własnego ciała,

świat, gdzie nie istnieje szacunek do JAKIEGOKOLWIEK ciała.

Świat bez zasad. Świat wzbogacony o nowe technologie. Świat gorszy. Świat zaplątany w sieć kłamstw. Świat, gdzie nie istnieją już uczucia. Świat, gdzie liczą się tylko pieniądze. Świat, gdzie wszystko można kupić. Świat, gdzie Bóg jest zepchnięty na dalszy plan, bo jest tyle innych, atrakcyjniejszych bogów.

Świat bez przyszłości. Świat skazany na samozniszczenie.

Gdyby Jezus ponownie zstąpił na ziemię, nikt by Go nawet nie zauważył. Tylu innych ludzi uważa się już przecież za bogów…

***

Czasami stawał przed lustrem i zastanawiał się, kim jest.

Nigdy nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie.

***

Wiosna zmieniła się w lato. Lato w jesień. Jesień w zimę. Zima we wiosnę.

I właśnie na wiosnę Iwo się zakochał.

Tak po prostu. Ale to zła miłość była. Bo miłość nie istnieje. To tylko kilka procesów chemicznych w mózgu. Gdyby był lekarzem, mógłby swobodnie nimi sterować. Zakochiwać się, w kim by tylko chciał. No, dobrze, lekarzem w Ameryce i z ciężkimi pieniędzmi.

Ale był tylko Iwem, na dodatek mieszkającym w Polsce.

Więc nie miał tego komfortu i musiał zdać się na tą osobę, którą wybrał jego mózg.

A była to Arleta.

Arleta miała metr sześćdziesiąt trzy wzrostu, zaokrąglone biodra, żółte oczy, farbowane na rudo włosy i wydatne piersi.

Iwo twierdził, że Arleta jest paskudna i gdyby tylko miał wybór, nigdy by się w niej nie zakochał. Widocznie jednak byli sobie przeznaczeni- bla, bla, bla- innymi słowy, jego mózg stwierdził, że to ją właśnie Iwo pokocha.

No więc Iwo ją pokochał.

No i kochał ją stale, rano, w południe i wieczorem. Myślał o niej dużo, a ona dużo myślała o nim, bo mózg Arlety także wytwarzał substancje chemiczne, które zadecydowały, że Arleta zakocha się w Iwo.

Byli w sobie zakochani i byli szczęśliwi.

Rano urywali się ze szkoły i szli do parku, by urządzić sobie śniadanie na trawie, karmili się nawzajem kanapkami z pastą jajeczną, czując, jak ich pośladki i uda są coraz bardziej przemoczone od rosy, później spacerowali, splatając swoje śliskie od potu palce, jednocześnie patrząc, czy któryś z wrednych ptaków, nie zechce przypadkiem urządzić sobie z nich prywatnej toalety i przystroić ich o ptasią kupę.

Kiedy zbliżało się południe, zazwyczaj decydowali się wstąpić do knajpki na frytki, często sprzed kilku dni, odgrzewane w mikrofalówce, które sprawiały wrażenie, że są zrobione z gumy. Z pełnymi żołądkami udawali się do swoich domów, żegnając się zwykle czułym pocałunkiem.

Czasami spotykali się także po południu. Jeśli pogoda sprzyjała, udawali się nad rzekę. Tam pływali sobie wśród zanieczyszczonych wód, po czym wylegiwali się na trawie, wcześniej sprawdzając ją dokładnie, czy aby nie jest zaśmiecona odłamkami szkła, petami i puszkami.

Wieczory zwykle należały do nich. Rodzice Arlety pracowali w szpitalu, często mając nocną zmianę. Iwo i Arleta zakradali się wtedy do ich sypialni i rzucali na łóżko wodne. Kochali się zwykle szybko, gorąco i bardzo namiętnie, on jej przygryzał sutki, a ona drapała go po plecach, nie obyło się też bez gwałtownych krzyków i urywanych jęków, po czym obaj lądowali na plecach, oddychając szybko, falując lekko, czując pod sobą wodę.

Białe plamy, które Arleta zapominała często wytrzeć, zawsze tłumaczyła rodzicom jako jogurt biszkoptowy, które dla uwiarygodnienia pożerała w ogromnych ilościach.

Po stosunku zazwyczaj leżeli dalej nadzy na łóżku i oglądali filmy erotyczne, które z pasją kolekcjonował ojciec Arlety w latach młodości. Nigdy nie wytrzymywali do końca filmu, zazwyczaj wczepiali się w siebie już po kilkunastu minutach trwania owego pornola.

Zwykle koło godziny dwudziestej trzeciej dzwoniła matka Iwa, a ten naprędce wymyślał kolejne wymówki, w które rodzicielka wierzyła lub chciała wierzyć. Miała wpojoną zasadę sprawdzania syna, ale nigdy nie kontrolowała wiarygodności jego wymówek. Choć zbliżały się osiemnaste urodziny Iwa, był on pewien, że matka nie przestanie wydzwaniać zanim się nie wyprowadzi z rodzinnego gniazda.

Koło północy Iwo i Arleta odgrzewali sobie pizzę w mikrofalówce, robili spaghetti, smażyli frytki lub naleśniki albo robili sobie omlety. Z pełnymi brzuchami odbywali ostatni stosunek, po czym Iwo wracał do domu.

Byli ze sobą bardzo szczęśliwi, bardzo zakochani i sielanka trwała długo, a nawet bardzo długo, ciągła się jak flaki z olejem, zwyczajnego człowieka mogła łatwo przyprawić o rozstrój nerwowy, bo dlaczego takiemu parszywemu Iwo Bóg dał aż tyle szczęścia?

Ale Bóg najwyraźniej chciał, żeby Iwo porzygał się szczęściem, bo dawał je mu w coraz większych ilościach. Ale Iwo nawet nie zbierało się na wymioty. Zaślepiło go szczęście, jak światła tira zająca na drodze. Trzymał tę swoją Arletkę za rękę i wszystko mu się dobrze układało. Choć dalej nie wierzył w miłość i w ludzi, wiedział, że świat już się skończył, ale było mu dobrze i nie chciał z tego rezygnować.

No to Bóg postanowił włożyć mu paluch do gardła i zmusić, by się tym szczęściem jednak porzygał.

Którejś nocy słodko się kochali, wcale nie szybko i gwałtownie, dla odmiany byli dla siebie do granic możliwości delikatni, gładzili własne ciała wolno i dokładnie, a kiedy leżeli już na łóżku po skończonym stosunku, Iwo poczuł, jak Arleta drży gwałtownie, objął ją więc i zapytał:

-Co się stało?

Arletka zacisnęła mocno powieki, wbiła mu pazury w tors i jęknęła:

-Zapomniałam wziąć tabletki.

Pigułki antykoncepcyjne, które matka Arlety regularnie kupowała, ale w ogóle nie używała, łykała Arleta. Zawsze o nich pamiętała, bo po każdym połknięciu, datę kolejnego zażycia zaznaczała w kalendarzu w swojej komórce, bo była strasznie zapominalska.

Tymczasem tydzień temu wyrzuciła telefon i zamówiła sobie kolejny, całkiem zapominając o tabletkach.

Ale co to było dla Iwa, zaślepionego szczęściem!

Tydzień po ich stosunku, Arleta zrobiła test ciążowy- wynik pozytywny. Postawili przed sobą więc pytanie- urodzi to dziecko, czy nie?

-Nie- powiedziała Arleta.

-Tak- zdecydował Iwo.

Bo Iwo widział siebie w roli ojca, jak najbardziej, nawet zaledwie osiemnastoletniego. I co z tego, że dzieci są tak durnie beztroskie i głupie. Co z tego, że nie znają jeszcze świata. Iwo chciał jeszcze raz przenieść się w krainę dzieciństwa i jeszcze raz spojrzeć na świat niewinnymi oczami.

-Nie i koniec. Skombinuj kasę na skrobankę- powiedziała, dźgając go ozdobionym srebrnym brokatem paznokieć.

Iwo- chcąc nie chcąc- wybrał pieniądze z konta, które rodzice mu jeszcze kiedyś założyli. Po jakimś czasie udali się do lekarza, gdzie za sumę kilku tysięcy, doktor pozbył się z macicy Arlety nowego życia.

-I po krzyku- powiedziała, uśmiechając się smutno.

Przez kolejne dwa miesiące Iwo musiał ją pocieszać, bo nagle dopadły ją wyrzuty sumienia, że własne dziecko zabiła, że za to skończy w piekle, że złą kobietą jest.

-No, Arleta, ale jakbyśmy je wychowali, no, jak?

-Nie wiem, ale sam je przecież chciałeś, o Jezu, czuję się jak morderca.

-Chciałem, ale jego wychowanie byłoby niemożliwe, przecież my jeszcze chodzimy do szkoły- przekonywał ją.

-O Jezu, nawet nie wiem, czy to była dziewczynka, czy chłopiec.

I tak oto nastała era Bezimiennego, czyli dziecka Iwy i Arlety, które- no cóż- skończyło jako embrion na śmietniku.

Arleta z uporem maniaka wypisywała do Bezimiennego setki listów, wciąż wahała się, co do jego płci, raz nadawała mu męskie imiona, innym razem znów stroiła go w żeńskie, różowiaste śpioszki i nazywała Paulinką. Przekonywała go, że go kocha, ale nie mogła urodzić, błagała, by powrócił do nich, kiedy będą już gotowi na dziecko.

Iwo przyglądał się temu wszystkiemu, ale nie brał w tym udziału, on odebrał to stokroć mniej emocjonalnie, raz Arleta zmusiła go, by też napisał list do Bezimiennego, więc by wspomóc swoją chorą dziewczynę- bo uważał, iż w tamtym czasie była ona chora- naskrobał do swojego nienarodzonego dziecka krótki list, w którym zawarł wszystko, co wiedział, że Arleta chciała, by się znalazło.

I tak ciągnęła się historia miłosna, a Iwo miał już dość tego całego bla- bla- bla na temat Bezimiennego, bo ogarnął on Arletą całkowicie, wpędził ją w jakąś manię, otumanienie, Iwo z dnia na dzień upewniał się w przekonaniu, że Arleta jest chora psychicznie. Przestali się kochać, bo Arleta już nie chciała, tłumaczyła się wciąż Bezimiennym, że nie może, bo on do nich wróci, że muszą zachować czystość do ślubu, a Iwo słuchał tylko tego wszystkiego z coraz większym przerażeniem.

W końcu i jej rodzice dostrzegli, że z córką jest coś nie tak, kiedy oznajmiła im, że nie może wypić ani kropli wódki w swoje osiemnaste urodziny, bo jest w ósmym miesiącu ciąży. Wizyta u ginekologa wykazała, że dziewczyna absolutnie nie jest w ósmym miesiącu, ba, w ogóle nie jest w ciąży, więc rodzice odetchnęli z ulgą. Zaniepokojeni jednak tym, skąd u córki wzięły się takie stwierdzenia, postanowili poddać ją serii badań. Okazało się, że Arleta wpędziła się w głęboką depresję, a poczucie winy rosło w niej do tego stopnia, iż ubzdurała sobie, że wcale ciąży nie usunęła, że urodzi i wychowa dziecko, stworzyła sobie wygodną fikcję.

Wylądowała w szpitalu psychiatrycznym. Związek Iwo i Arlety rozpadł się i Iwo znów był wolnym strzelcem.

Nastała kolejna już wiosna.

***

Matura. Słowo to wypełniało strachem nie tylko Iwo. Widział, jak jego rówieśnicy panikują, przerwy spędzają z nosami w książkach, a ich rozmowy dotyczą tylko jednego: uczelni wyższych.

Iwo miał tego wszystkiego dość. Po przygodach z Arletą był tak zmęczony, że stracił swoje racjonalne myślenie. Przed nią myślałby tylko, że maturę napisać musi, bo bez tego nic w życiu nie osiągnie, zapewne położyłby na to swoje czarne barwy, które upewniłyby go, że nie zda. Tymczasem on pomyślał tylko, że nie zda na pewno, więc nie ma sensu się starać, jakoś się obejdzie bez matury, najwyżej zda za rok.

W dzień egzaminu, matka wycałowała go mocno w oba policzki, ojciec poklepał po ramieniu, po czym obaj życzyli mu powodzenia. Iwo odpowiedział im swoim wyćwiczonym, perfekcyjnym uśmiechem i udał się w stronę szkoły- ale do szkoły nie poszedł.

Wałęsał się po mieście, nie wiedząc, co robić, chodził to tu, to tam, poszedł nad rzekę, pomoczył nogi w wodzie, wstąpił do księgarni i zakupił książeczkę z bajkami braci Grim. Wyposażony w ową książeczkę udał się do parku i przeczytał wszystkie, od początku do końca, co nie było znowu takim wyzwaniem, zważywszy na to, że stronę pokrywała masa rysunków i kilka linijek teksu. Oczywiście, jego pesymistyczny umysł uznał, iż Śpiąca Królewna w rzeczywistości zatrułaby się jabłkiem na amen i żaden książę, a już na pewno nie przystojny i bogaty, nie uratowałby jej.

Odprężony i rozluźniony dzięki książeczce, udał się do domu.

Kolejnego dnia nie miał zamiaru już udawać, że w ogóle gdziekolwiek idzie- powiedział rodzicom jasno i wyraźnie, że maturę sobie odpuszcza.

-Nie chcesz matury ani studiowania- dobrze. Ale w takim razie musisz zacząć sam na siebie zarabiać, my nie będziemy za ciebie płacić- rzekł ojciec na pozór łagodnie, ale w jego oczach błyszczały tylko ogniki wściekłości.

Iwo zgodził się- a jakże. Był przekonany, że człowiek bez matury, a zaledwie ze świadectwem ukończenia szkoły średniej, nie znajdzie żadnej pracy. Bóg po raz kolejny dał mu szansę porzygania się szczęściem i sprawił, że otrzymał pracę w kiosku na dworcu PKP.

Całymi godzinami siedział w maleńkim pomieszczeniu i sprzedawał batony, gazety i gumki do włosów, co po jakimś tygodniu zbrzydło mu zupełnie. Jedynym powodem, dla którego wciąż tu pracował, były niezrównane hordy dziewcząt, przewijające się przez dworzec oraz bezdomni.

Często robił kawę dla właśnie owych bezdomnych i ucinał sobie z nimi pogawędkę.

Szczególnie polubił jednego pana, miał na imię Adolf i mieszkał na dworcu kawał czasu. Jego jedynym ekwipunkiem była harmonijka, na której grywał, by zdobyć pieniądze na coś do jedzenia. Kiedy się posilił, po prostu siedział na dworcu i patrzył. I to mu wystarczało, takie życie odpowiadało mu w zupełności. Ma wszystko, co mu do szczęścia potrzeba.

-Tylko w zimie, jak mrozy ciężkie, idę do przytułku dla bezdomnych, tam też dobrze, ale wolę dworzec. Tutaj zawsze można spotkać kogoś ciekawego. I pograć na harmonijce- mówił.

Iwo słuchał go i dziwił się niezmiernie, nie mogąc pojąć, jak można tak żyć.

Pewnego dnia jednak musiał przyznać rację panu Adolfowi, co do jego słów, że na dworcu zawsze można spotkać kogoś ciekawego, a stało się tak, ponieważ spotkał na dworcu pewną kobietę.

Miała ona na imię Renata, była starsza od niego o calutki rok i pracowała jako prostytutka.

Z miejsca Iwo zapałał do niej sympatią, co stało się dla niego zagadką nigdy nie wyjaśnioną. Spojrzał na jej rozczochrane blond włosy, na zielone oczy i szczupłą, żeby nie powiedzieć chudą sylwetkę, na szminkę rozmazaną po całej brodzie, na usta, które wykrzykiwały za jakimś klientem obelgi. I poczuł, że musi ją poznać.

Kiedy siedziała na ławce i poprawiała makijaż, niecierpliwie spoglądając co chwilę na zegarek, postanowił poznać ją w ten sam sposób, co bezdomnych- włączył ekspres w kiosku i już po chwili niósł jej kubek, wypełniony po brzegi gorącą kawą.

-Proszę. Chyba się pani przyda.

Spojrzała wzgardliwie na jego czyste dżinsy, na równo wyprasowaną bluzkę i prychnęła.

-Laluś, weź, kurwa, spierdalaj i mnie tu jakimś syfem nie częstuj.

Nie ustąpił jednak, więc w końcu przejęła kubek i pociągnęła z niego zdrowo. Zasmakowawszy, spojrzała na niego łagodniej, więc ośmielony usiadł obok niej.

-Czeka pani na kogoś?- zapytał, nie wiedząc, od czego zacząć.

-Nie, kurwa, siedzę sobie, bo mi się, kurwa, nudzi- spojrzała na niego jak na idiotę, co było dla Iwa pewną odmianą, bo to on do tej pory mierzył ludzi pogardliwymi spojrzeniami- Czekam na klienta, bo jestem, kurwa, dziwką- warknęła i przyłożyła kubek do ust.

Widząc jego zdezorientowaną minę, złagodniała.

-Proszę mi wybaczyć, ciężki dzień, kurwa.

Już wiedział, że kurwa jest nieodłącznym elementem każdej jej wypowiedzi.

I tak zaczęła się ich znajomość.

Początkowo rozmawiali ze sobą zawsze, kiedy pojawiała się na dworcu, a zdarzało się to coraz częściej. Po jakichś dwóch tygodniach, zaprosił ją na kolację do dobrej restauracji; w końcu zarobione pieniądze przeznaczył na jakiś cel.

Kolacja przebiegła szybko, a skończyła się w łóżku, z którego, Iwo miał wrażenie, nigdy nie wyjdą. Renata miała sztukę kochania opanowaną wprost do perfekcji, potrafiła doprowadzać go do szału wciąż od nowa, tak, iż miał wrażenie, że nie wytrzyma, celowo się z nim drażniła, pokazywała mu nowe szlaki doznań, jakich jeszcze nie znał, nauczyła go wszystkiego, o czym do tej pory nie miał zielonego pojęcia.

Zamieszkał w jej mieszkaniu, które miało trzydzieści siedem metrów kwadratowych, o ciasnej kuchni, obszernym salonie, przedpokoju i łazience. Żyło im się znakomicie, ale zaledwie przez miesiąc, ponieważ pierwszą zasadą ich związku była rezygnacja Renaty z wykonywanego zawodu, a Iwo odkrył, że Reńka ani myślała skończyć, wciąż puszczała się na prawo i lewo, co prawda zasilając ich fundusze lepiej od niego.

Krzyczała za nim, że go kocha i przestanie się sprzedawać, biegła za nim na dwunastocentymetrowych obcasach, aż w końcu przewróciła się i rozkwasiła sobie nos. Wtedy zaczęła wrzeszczeć za nim:

-Skurwysyn! Nawet kochać się nie umiesz! Chujowy fiucie!

Nie przejął się jej odzywkami, parł wciąż do przodu, a był to poranek, więc zmierzał na dworzec do pracy. Zdążył na czas, ulokował się w swoim kiosku i zatopił się w lekturze jakiejś gazety.

Usłyszał ciche stukanie. Odłożył gazetę, spojrzał i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

-Cześć- rzuciła cicho, patrząc na niego żółtymi oczami- wróciłam, mogę znów namieszać w twoim życiu?

W odpowiedzi uśmiechnął się tylko. Ale nie tym swoim perfekcyjnym uśmiechem. Uśmiechnął się tak, jakby naprawdę był szczęśliwy.

 

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 748  |  Dodano: 2010-03-07 11:01  |  Punkty od użytkowników: 3.00
Komentarze
Zobacz również
Ty zawsze przy mnie stój
opowiadania 2017-11-19 18:24
Nie wiedział jak to możliwe, ale miał przed sobą największego wroga i najlepszego przyjaciela w...
Samotność
poezja 2017-11-18 18:11
Król Marzeń
bajka 2017-11-17 12:46
Bajka dla dzieci i dla dorosłych - zwłaszcza dla dorosłych.
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com