Smutek Zielonego Psa. O opowiadaniu Ryberta de Nitro "Nieludzka opowieść ludziarza"

autor: Paweł Brzeżek
liczba wyświetleń: 3330 razy
Smutek Zielonego Psa. O opowiadaniu Ryberta de Nitro

Wróżby niewinności Wiliama Blake'a stają się wstępem, a także wyznacznikiem klamrowej kompozycji dla posępnego monologu ludziarza, psychopatycznego mordercy, który przed kolejną zbrodnią snuje swoją historię. Jest to historia obłąkania – historia nadwrażliwości i współodczuwania z istotą wszechświata. To współodczuwanie funkcjonuje w sposób, w jaki współodczuwać mogą jedynie psychopaci i poeci.


                                                                      W blasku ranka, w nocy cieniach
                                                                      Ktoś się rodzi dla cierpienia
                                                                      W cieniach nocy, w dnia jasności
                                                                      Ktoś się rodzi dla radości
                                                                      Ktoś się rodzi dla ciemności


Ludziarz opowiada jedno z pierwszych wspomnień ze swojego dzieciństwa – widok  na wystawie książki Smutek zielonego psa wprowadził go w stan głębokiego smutku. Skąd bierze się ten smutek? Chłopiec ukradł go psu i polubił go do tego stopnia, że nie może się z nim rozstać. Ale smutek jest chorobą. Rodzice wysyłają go więc do lekarza „od smutnych chłopców”. Chłopiec musi więc ukryć swoje zamiłowanie do smutku. Musi ukryć swoją wrażliwość – bo jest ona objawem chorobowym. A zdecydowanie lepiej jest być zdrowym chłopcem.

Obserwujemy kształtowanie się osobowości chłopca, który uczy się życia. A życie w jego przypadku jest rzeczywistością, w której dzieci wybijają sobie zęby, zielone psy są samotne i smutne. Mimo wszystko człowiek musi nauczyć się egzystować w takim świecie. Na początku chłopiec przyjmuje postawę aktywną: szuka Zielonego Psa, chce mu pomóc. W tym celu maluje psa woźnego farbą olejną. Chce dać Zielonemu Psu towarzysza. Ale w tym realnym świecie altruizm sprowadza jedynie kłopoty. Więc dorastający bohater przechodzi do postawy pasywnej. Zaczyna zaprzeczać istnieniu swojej wrażliwości; usuwa Zielonego Psa poza obręb swojej świadomości. Ale podświadomość jest siłą potężną. Zatruwa życie człowieka.

„Skoro nie mogłem sprawić, żeby inne psy wyglądały jak Zielony Pies postanowiłem, że nie będzie innych psów. I następne dziesięć lat nie myślałem o niczym innym. Zostałem Rakarzem”. Bohater znowu przyjmuje postawę aktywną. Staje się bezwzględnym mordercą psów. Obserwujemy w ten sposób ewolucję osobowości, ewolucję opartą na logicznych założeniach – jest to twarda logika rzeczywistości. Na te same klisze rozumowania nałoży się jednak kolejna sytuacja życiowa bohatera. Mordercza logika okaże się uniwersalna. „Skoro nie mogłem sprawić, żeby ludzie byli jak Ona postanowiłem, że nie będzie innych ludzi. Zostałem Ludziarzem”...

We Wróżbach niewinności Blake pisze o kosmicznej harmonii życia. W myśl jego wizji wszystkie elementy stworzenia wchodzą ze sobą w ścisłe związki i korelacje:

                                                                       Krwi ludzkiej głośno się domaga
                                                                       Niema bitego konia męka.
                                                                       (...)
                                                                       Jeden Cherubin milknie w niebie,
                                                                       Gdy ktoś przestrzelił skrzydło ptaka.

Najważniejszą cechą tego świata jest więc solidarność, współistnienie zakłada współcierpienie. Bohater opowiadania Ryberta na swój specyficzny sposób przyjmuję tę filozofię. Jeżeli jedna istota nie może być szczęśliwa, żadna inna istota szczęścia osiągnąć nie może. Ludziarz staje się więc gwarantem sprawiedliwości na świecie. Egzekwuje porządek i reguluje harmonię wszechświata. Na swój własny, obłąkany sposób.  

Paweł Brzeżek


Rybert de Nitro
                                                                       Nieludzka opowieść Ludziarza

- Ktoś rodzi się dla życia nędznego. Każdego dnia i każdej nocy, ktoś rodzi się dla słodkiej radości. Jeden dla słodkiej rodzi się radości, inny się rodzi dla nieskończonej nocy. W blasku ranka, w nocy cieniach ktoś się rodzi dla cierpienia. W cieniach nocy, w dnia jasności. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla ciemności*…

Coraz wyraźniej docierający z mroku głos był pierwszym zewnętrznym sygnałem, który zacząłem odbierać, nie licząc przeszywającego na wylot bólu w piersiach.
- Zdarzyło ci się kiedyś zobaczyć coś, co by tak tobą zawładnęło, że wszystko inne byłoby już tylko stratą czasu? – postać w brązowym prochowcu zapaliła nocną lampę, rozejrzała się obojętnie wokół i kontynuowała dalej.


- Będąc małym chłopcem przechodziłem z rodzicami obok jedynej księgarni i zobaczyłem na wystawie książkę „Smutek zielonego psa” z zielonym psem narysowanym na okładce. Od razu zrobiło mi się strasznie smutno, kiedy pomyślałem jak smutny musi być zielony pies. I jest mi do dzisiaj – szok przebiła nieskazitelnie czysta dykcja.


- W kołysce przestrzegano mnie przed wychodzeniem na zewnątrz. Wypadając z niej po raz pierwszy i uderzając o posadzkę zacząłem bać się o twarz. Kiedy podczas następnego upadku życie wybiło mi pierwsze zęby, zrozumiałem ile trzeba zachodu, żeby znaleźć prawdziwego dentystę. Dlatego nauczyłem się w niej bezszelestnie siedzieć i opuszczać tylko w razie konieczności – ściszył.


- Na początku to był taki mały smutek. Zamiast bawić się z innymi dziećmi wypatrywałem na osiedlu pieska, który nie machał zielonym ogonkiem i pewnie nie chodził na spacery z panem, pewnie nawet nie miał pana. Kiedy opowiedziałem w domu dlaczego tak mi smutno, rodzice następnego dnia rano wysłali mnie do takiej pani, która zajmowała się tylko takimi smutnymi chłopcami. Zrobiło mi się jeszcze smutniej, kiedy powiedziała mi, że nie powinienem być smutny, bo tak naprawdę to nie jest mój smutek, tylko odebrałem go Zielonemu Psu. A skoro tak bardzo zdążyłem już ten smutek polubić, pieskowi mogło też bardzo go brakować. Mocno związałem się już ze swoim smutkiem. Potrafisz sobie wyobrazić, co to jest smutek z braku smutku? – odpalił zapałką papierosa.


- W podstawówce wpadłem na pomysł jak Zielony Pies mógłby się poczuć mniej samotny i wyjść do mnie z ukrycia. Za kieszonkowe kupiłem puszkę zielonej olejnej farby i kiełbasą z drugiego śniadania zwabiłem ślepego psa woźnego do szatni. Zajęty jedzeniem nie protestował, dopiero jak pomalowałem mu grzbiet na zielono wysmarował od zawsze szare ściany. Przez to następnego dnia zrobiła się wielka awantura. Kiedy wychowawczyni zobaczyła moje zielone ręce, nazwała małym wykolejeńcem i od razu wezwała rodziców do szkoły. Nie miałem innego wyjścia jak przyznać się do wszystkiego. Za dużo miłości, w domu się przelewało, wśród wszechstronności nurtów Rosjan na półce za dużo, zamiast kryształów posągi Dawida, wiersze Dantego, Dantego za dużo - zamilkł na krótką chwilę.


- Od tego czasu z nikim już nie rozmawiam, zaprzeczając swoim zewnętrznym zachowaniem istnieniu Zielonego Psa w mojej głowie. W sumie to nic złego wierzyć w Zielonego Psa, ale jeżeli się mylę to mnie zamkną. W nadziei uzyskania wyjaśnień dla siebie, jak też powstrzymania klinicznych objawów choroby, uważnie cedziłem kłęby wirujących myśli na zewnątrz. Otoczenie nie zauważyło, ignorowało albo udaje. Przypadkowe lasery niedowierzających odbić na zewnętrznym audytorium szybko wykluczyły możliwość obustronnego kontaktu. Nerwy całe szczęście nie zaniechały ucieczek w mimikę twarzy, maskując progresję białych plam z pierścieniami czarnych myśli - spojrzał mi w oczy.


- Skoro nie mogłem sprawić, żeby inne psy wyglądały jak Zielony Pies postanowiłem, że nie będzie innych psów. I następne dziesięć lat nie myślałem o niczym innym. Zostałem Rakarzem. Przed każdym świtem słuchałem w tramwaju wielkiej symfonii ujadania, kontemplując wizje własnej niepomyślności. Jeszcze większe miasto milczało. Milczało jak rozjechany pies. Gryźcie się psy, odgryzajcie sobie łapy, skaczcie do gardeł, wygryzajcie mięso, zaszczujcie się psy, nie jesteście ludźmi, aby nakładać płaszcze – myślałem, kiedy szyny zamykały się w zlewisku bitumicznej pętli, gdzie po każdym zmierzchu spływał każdy bezpański dzień. Szukając czterolistnej koniczyny w potoku robaczywych sumień ogarnęło mnie zwątpienie czy życie przewidziało dla mnie inny wybór i nie wegetuję bez znaczenia beznamiętnie kontemplując to, co odgórnie przyjętym harmonogramem kiełkuje, wzrasta i usycha, a moja wizja Zielonego Psa przesłania mi krajobraz starannie zaplanowanego systemu.


- Zgadnij jak wyglądałby mój pies? Śmietnikowy imperatyw? Wściekły kundel reakcji? Zadufany w sobie bokser? Pudel starej baby? Cerber, spytaj pana czy pegaz może być trzygłowy. I jaki jest synonim do słowa synonim. Uważaj na personalne wycieczki trawiąc ich obwisłe od wiernięcia mordy, zanim zobaczą po raz ostatni mój usypiający pysk rakarza.
Bezskutecznie próbowałem wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.


- Wtedy zepchnąłem zwodzony most w otchłań fosy i nikt nie zdawał sobie sprawy z zaawansowania prac przy budowie fortecy. Zastałem w niej klaustrofobię pod makijażem łagodnego cynizmu i już nic nie dzieliło mnie od wielkiego otwarcia starannie zaplanowanego pożaru. Poczułem najpierw ukłucie niedowierzania, bo tego wieczora przyszedł do mnie Pierwszy Pies, który nad ranem zmienił się we wszystkie zabite psy świata. Bałem się spać, kiedy razem uzgadniali w mroku dziwne rzeczy. Odtąd Pierwszy Pies, co noc zawieszał wizje w mroku by odpalić lont projekcji snu na jawie, aż poczuję implozję niedowierzania, kłócąc się z nieludzkim bogiem w markecie na dole, targany falą wtórnych wstrząsów. Jeżeli to prawda, że pies pochodzi od wilka, ja pochodzę od człowieka – powoli podszedł do okna zasuwając rolety.


- Zielony Pies zniknął tak nagle jak się pojawił. Obserwując wystawę przed jedynym fotografem w mieście, czekałem na zdjęcie do nowego identyfikatora. Stare było tak pogryzione, że nie byłem w stanie rozpoznać, kto się na nim znajduje. Zdarzyło ci się kiedyś ujrzeć twarz, która by tak tobą z miejsca zawładnęła, że poszukiwanie jej byłoby już tylko błędną stratą czasu? – ożywił się.


 - Jej zdjęcie odnalazłem między kliszami w niemym bezruchu i na jego blask powietrze od razu przesiąkło krwistym deszczem. Portret nie dopuszczał do siebie oderwania siebie. Oni wszyscy cierpieli na niedosyt wyobraźni. Tylko on nie był przeźroczysty wśród opętanych zbrodnią lekarstw i latających machin. To pterodaktyli strach przed bytem zawieszonym w pustce zmył makijaż potocznych uczuć. Wycierając dokładnie buty przed wejściem do zakładu sprawdziłem czy nóż chroniący mnie przed psami wsunąłem, jak co rano w nogawkę. Skoro nie mogłem sprawić, żeby ludzie byli jak Ona postanowiłem, że nie będzie innych ludzi. Zostałem Ludziarzem - malujący się wyraz napięcia powoli zaczął znikać z jego twarzy – na początku nie udawało mi się opowiedzieć całej historii do końca.


- Kiedy osiedle opije się mroku, poszukuję między blokami adresu kolejnego spektaklu, żeby uszczypliwym przezroczystym porankiem stanowić w jakimś biurze jakiś dotarty trybiki nikomu nie potrzebnej przerdzewiałej maszyny. Tylko po to, żeby wieczorem ktoś mógł usłyszeć monodram jedynego widza.


Ludziarz pochylił się nade mną.
- Ktoś rodzi się dla życia nędznego. Każdego dnia i każdej nocy, ktoś rodzi się dla słodkiej radości. Jeden dla słodkiej rodzi się radości, inny się rodzi dla nieskończonej nocy. W blasku ranka, w nocy cieniach ktoś się rodzi dla cierpienia. W cieniach nocy, w dnia jasności. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla ciemności…*


Stal zaklinowana między żebrami zanurzyła się po rękojeść.


* W. Blake

 

Foto by: http://www.naturalhomemagazine.com/leafy-greens/green-dog-ownership.aspx

Smutek Zielonego Psa. O opowiadaniu Ryberta de Niro Nieludzka opowieść ludziarza.


                    W blasku ranka, w nocy cieniach
                    Ktoś się rodzi dla cierpienia
                    W cieniach nocy, w dnia jasności
                    Ktoś się rodzi dla radości
                    Ktoś się rodzi dla ciemności

Wróżby niewinności Wiliama Blake'a stają się wstępem, a także wyznacznikiem klamrowej kompozycji dla posępnego monologu ludziarza, psychopatycznego mordercy, który przed kolejną zbrodnią snuje swoją historię. Jest to historia obłąkania – historia nadwrażliwości i współodczuwania z istotą wszechświata. To współodczuwanie funkcjonuje w sposób, w jaki współodczuwać mogą jedynie psychopaci i poeci.

Ludziarz opowiada jedno z pierwszych wspomnień ze swojego dzieciństwa – widok w na wystawie książki Smutek zielonego psa wprowadził go w stan głębokiego smutku. Skąd bierze się ten smutek? Chłopiec ukradł go psu i polubił go do tego stopnia, że nie może się z nim rozstać. Ale smutek jest chorobą. Rodzice wysyłają go więc do lekarza „od smutnych chłopców”. Chłopiec musi więc ukryć swoje zamiłowanie do smutku. Musi ukryć swoją wrażliwość – bo jest ona objawem chorobowym. A zdecydowanie lepiej jest być zdrowym chłopcem.

Obserwujemy kształtowanie się osobowości chłopca, który uczy się życia. A życie w jego przypadku jest rzeczywistością, w której dzieci wybijają sobie zęby, zielone psy są samotne i smutne. Mimo wszystko człowiek musi nauczyć się egzystować w takim świecie. Na początku chłopiec przyjmuje postawę aktywną: szuka Zielonego Psa, chce mu pomóc. W tym celu maluje psa woźnego farbą olejną. Chce dać Zielonemu Psu towarzysza. Ale w tym realnym świecie altruizm sprowadza jedynie kłopoty. Więc dorastający bohater przechodzi do postawy pasywnej. Zaczyna zaprzeczać istnieniu swojej wrażliwości; usuwa Zielonego Psa poza obręb swojej świadomości. Ale podświadomość jest siłą potężną. Zatruwa życie człowieka.

„Skoro nie mogłem sprawić, żeby inne psy wyglądały jak Zielony Pies postanowiłem, że nie będzie innych psów. I następne dziesięć lat nie myślałem o niczym innym. Zostałem Rakarzem”. Bohater znowu przyjmuje postawę aktywną. Staje się bezwzględnym mordercą psów. Obserwujemy w ten sposób ewolucję osobowości, ewolucję opartą na logicznych założeniach – jest to twarda logika rzeczywistości. Na te same klisze rozumowania nałoży się jednak kolejna sytuacja życiowa bohatera. Mordercza logika okaże się uniwersalna. „Skoro nie mogłem sprawić, żeby ludzie byli jak Ona postanowiłem, że nie będzie innych ludzi. Zostałem Ludziarzem”...

We Wróżbach niewinności Blake pisze o kosmicznej harmonii życia. W myśl jego wizji wszystkie elementy stworzenia wchodzą ze sobą w ścisłe związki i korelacje:

                    Krwi ludzkiej głośno się domaga
                    Niema bitego konia męka.
                    (...)
                    Jeden Cherubin milknie w niebie,
                    Gdy ktoś przestrzelił skrzydło ptaka.

Najważniejszą cechą tego świata jest więc solidarność, współistnienie zakłada współcierpienie. Bohater opowiadania Ryberta na swój specyficzny sposób przyjmuję tę filozofię. Jeżeli jedna istota nie może być szczęśliwa, żadna inna istota szczęścia osiągnąć nie może. Ludziarz staje się więc gwarantem sprawiedliwości na świecie. Egzekwuje porządek i reguluje harmonię wszechświata. Na swój własny, obłąkany sposób.  

Paweł Brzeżek


Rybert de Niro
Nieludzka opowieść Ludziarza

- Ktoś rodzi się dla życia nędznego. Każdego dnia i każdej nocy, ktoś rodzi się dla słodkiej radości. Jeden dla słodkiej rodzi się radości, inny się rodzi dla nieskończonej nocy. W blasku ranka, w nocy cieniach ktoś się rodzi dla cierpienia. W cieniach nocy, w dnia jasności. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla ciemności*…
Coraz wyraźniej docierający z mroku głos był pierwszym zewnętrznym sygnałem, który zacząłem odbierać, nie licząc przeszywającego na wylot bólu w piersiach.
- Zdarzyło ci się kiedyś zobaczyć coś, co by tak tobą zawładnęło, że wszystko inne byłoby już tylko stratą czasu? – postać w brązowym prochowcu zapaliła nocną lampę, rozejrzała się obojętnie wokół i kontynuowała dalej.
- Będąc małym chłopcem przechodziłem z rodzicami obok jedynej księgarni i zobaczyłem na wystawie książkę „Smutek zielonego psa” z zielonym psem narysowanym na okładce. Od razu zrobiło mi się strasznie smutno, kiedy pomyślałem jak smutny musi być zielony pies. I jest mi do dzisiaj – szok przebiła nieskazitelnie czysta dykcja.
- W kołysce przestrzegano mnie przed wychodzeniem na zewnątrz. Wypadając z niej po raz pierwszy i uderzając o posadzkę zacząłem bać się o twarz. Kiedy podczas następnego upadku życie wybiło mi pierwsze zęby, zrozumiałem ile trzeba zachodu, żeby znaleźć prawdziwego dentystę. Dlatego nauczyłem się w niej bezszelestnie siedzieć i opuszczać tylko w razie konieczności – ściszył.
- Na początku to był taki mały smutek. Zamiast bawić się z innymi dziećmi wypatrywałem na osiedlu pieska, który nie machał zielonym ogonkiem i pewnie nie chodził na spacery z panem, pewnie nawet nie miał pana. Kiedy opowiedziałem w domu dlaczego tak mi smutno, rodzice następnego dnia rano wysłali mnie do takiej pani, która zajmowała się tylko takimi smutnymi chłopcami. Zrobiło mi się jeszcze smutniej, kiedy powiedziała mi, że nie powinienem być smutny, bo tak naprawdę to nie jest mój smutek, tylko odebrałem go Zielonemu Psu. A skoro tak bardzo zdążyłem już ten smutek polubić, pieskowi mogło też bardzo go brakować. Mocno związałem się już ze swoim smutkiem. Potrafisz sobie wyobrazić, co to jest smutek z braku smutku? – odpalił zapałką papierosa.
- W podstawówce wpadłem na pomysł jak Zielony Pies mógłby się poczuć mniej samotny i wyjść do mnie z ukrycia. Za kieszonkowe kupiłem puszkę zielonej olejnej farby i kiełbasą z drugiego śniadania zwabiłem ślepego psa woźnego do szatni. Zajęty jedzeniem nie protestował, dopiero jak pomalowałem mu grzbiet na zielono wysmarował od zawsze szare ściany. Przez to następnego dnia zrobiła się wielka awantura. Kiedy wychowawczyni zobaczyła moje zielone ręce, nazwała małym wykolejeńcem i od razu wezwała rodziców do szkoły. Nie miałem innego wyjścia jak przyznać się do wszystkiego. Za dużo miłości, w domu się przelewało, wśród wszechstronności nurtów Rosjan na półce za dużo, zamiast kryształów posągi Dawida, wiersze Dantego, Dantego za dużo - zamilkł na krótką chwilę.
- Od tego czasu z nikim już nie rozmawiam, zaprzeczając swoim zewnętrznym zachowaniem istnieniu Zielonego Psa w mojej głowie. W sumie to nic złego wierzyć w Zielonego Psa, ale jeżeli się mylę to mnie zamkną. W nadziei uzyskania wyjaśnień dla siebie, jak też powstrzymania klinicznych objawów choroby, uważnie cedziłem kłęby wirujących myśli na zewnątrz. Otoczenie nie zauważyło, ignorowało albo udaje. Przypadkowe lasery niedowierzających odbić na zewnętrznym audytorium szybko wykluczyły możliwość obustronnego kontaktu. Nerwy całe szczęście nie zaniechały ucieczek w mimikę twarzy, maskując progresję białych plam z pierścieniami czarnych myśli - spojrzał mi w oczy.
- Skoro nie mogłem sprawić, żeby inne psy wyglądały jak Zielony Pies postanowiłem, że nie będzie innych psów. I następne dziesięć lat nie myślałem o niczym innym. Zostałem Rakarzem. Przed każdym świtem słuchałem w tramwaju wielkiej symfonii ujadania, kontemplując wizje własnej niepomyślności. Jeszcze większe miasto milczało. Milczało jak rozjechany pies. Gryźcie się psy, odgryzajcie sobie łapy, skaczcie do gardeł, wygryzajcie mięso, zaszczujcie się psy, nie jesteście ludźmi, aby nakładać płaszcze – myślałem, kiedy szyny zamykały się w zlewisku bitumicznej pętli, gdzie po każdym zmierzchu spływał każdy bezpański dzień. Szukając czterolistnej koniczyny w potoku robaczywych sumień ogarnęło mnie zwątpienie czy życie przewidziało dla mnie inny wybór i nie wegetuję bez znaczenia beznamiętnie kontemplując to, co odgórnie przyjętym harmonogramem kiełkuje, wzrasta i usycha, a moja wizja Zielonego Psa przesłania mi krajobraz starannie zaplanowanego systemu.
- Zgadnij jak wyglądałby mój pies? Śmietnikowy imperatyw? Wściekły kundel reakcji? Zadufany w sobie bokser? Pudel starej baby? Cerber, spytaj pana czy pegaz może być trzygłowy. I jaki jest synonim do słowa synonim. Uważaj na personalne wycieczki trawiąc ich obwisłe od wiernięcia mordy, zanim zobaczą po raz ostatni mój usypiający pysk rakarza.
Bezskutecznie próbowałem wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Wtedy zepchnąłem zwodzony most w otchłań fosy i nikt nie zdawał sobie sprawy z zaawansowania prac przy budowie fortecy. Zastałem w niej klaustrofobię pod makijażem łagodnego cynizmu i już nic nie dzieliło mnie od wielkiego otwarcia starannie zaplanowanego pożaru. Poczułem najpierw ukłucie niedowierzania, bo tego wieczora przyszedł do mnie Pierwszy Pies, który nad ranem zmienił się we wszystkie zabite psy świata. Bałem się spać, kiedy razem uzgadniali w mroku dziwne rzeczy. Odtąd Pierwszy Pies, co noc zawieszał wizje w mroku by odpalić lont projekcji snu na jawie, aż poczuję implozję niedowierzania, kłócąc się z nieludzkim bogiem w markecie na dole, targany falą wtórnych wstrząsów. Jeżeli to prawda, że pies pochodzi od wilka, ja pochodzę od człowieka – powoli podszedł do okna zasuwając rolety.
- Zielony Pies zniknął tak nagle jak się pojawił. Obserwując wystawę przed jedynym fotografem w mieście, czekałem na zdjęcie do nowego identyfikatora. Stare było tak pogryzione, że nie byłem w stanie rozpoznać, kto się na nim znajduje. Zdarzyło ci się kiedyś ujrzeć twarz, która by tak tobą z miejsca zawładnęła, że poszukiwanie jej byłoby już tylko błędną stratą czasu? – ożywił się.
 - Jej zdjęcie odnalazłem między kliszami w niemym bezruchu i na jego blask powietrze od razu przesiąkło krwistym deszczem. Portret nie dopuszczał do siebie oderwania siebie. Oni wszyscy cierpieli na niedosyt wyobraźni. Tylko on nie był przeźroczysty wśród opętanych zbrodnią lekarstw i latających machin. To pterodaktyli strach przed bytem zawieszonym w pustce zmył makijaż potocznych uczuć. Wycierając dokładnie buty przed wejściem do zakładu sprawdziłem czy nóż chroniący mnie przed psami wsunąłem, jak co rano w nogawkę. Skoro nie mogłem sprawić, żeby ludzie byli jak Ona postanowiłem, że nie będzie innych ludzi. Zostałem Ludziarzem - malujący się wyraz napięcia powoli zaczął znikać z jego twarzy – na początku nie udawało mi się opowiedzieć całej historii do końca.
- Kiedy osiedle opije się mroku, poszukuję między blokami adresu kolejnego spektaklu, żeby uszczypliwym przezroczystym porankiem stanowić w jakimś biurze jakiś dotarty trybiki nikomu nie potrzebnej przerdzewiałej maszyny. Tylko po to, żeby wieczorem ktoś mógł usłyszeć monodram jedynego widza.
Ludziarz pochylił się nade mną.
- Ktoś rodzi się dla życia nędznego. Każdego dnia i każdej nocy, ktoś rodzi się dla słodkiej radości. Jeden dla słodkiej rodzi się radości, inny się rodzi dla nieskończonej nocy. W blasku ranka, w nocy cieniach ktoś się rodzi dla cierpienia. W cieniach nocy, w dnia jasności. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla radości. Ktoś się rodzi dla ciemności…*
Stal zaklinowana między żebrami zanurzyła się po rękojeść.


* W. Blake
Akcje
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Analizy 2016-09-05 21:29
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg PAWEŁ DĄBROWSKI – ur. w 1966 roku we Wrocławiu. Uciekł ze studiów politechnicznych,...
Blizny wojenne w świadomości wnuków
Analizy 2015-09-30 18:15
Blizny wojenne w świadomości wnukówPAWEŁ DĄBROWSKI – ur. w 1966 roku we Wrocławiu. Uciekł ze studiów politechnicznych,...
Dobro pachnie – impresja po lekturze "Pełnej krwi" Łukasza Jarosza
Analizy 2015-06-04 12:43
Dobro pachnie – impresja po lekturze
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com