Rybert de Nitro
liczba publikacji: 50
liczba punktów: 1371

TRAINSHOCKING (felieton subiektywny)

Koniec grudnia 2009. Dworzec Szczecin Główny, okolice IV peronu. Kilkunastometrowy podświetlony bilbord z napisem „Kolej na 2012” i komputerowo wygenerowany plakat pojazdu przypominającego włoskie Pendolino - wizja niedalekiej przyszłości. Stanąłem urzeczony tym, co mnie czeka już za niespełna 3 lata, nie mogąc z wrażenia się ruszyć.
Otrzeźwienie znajdujące się dziesięć metrów powyżej przyszło jednak w porę. Trupio czarna tablica informująca białymi literami o bieżących odjazdach, a dokładniej to, co się znajdowało na samej górze, czyli informacja o najbliższym pociągu:
Od: Szczecin Główny
Do: Gryfice
Przez: Olsztyn Główny.
Kolej na kilka wspominkowych refleksji.

Połowa lat 80-tych. Wyraźnie podniecona grupa naszych zachodnich sąsiadów (nie tych z Deutsche Dramatische Republic) fotografuje z każdej strony nadjeżdżający z gwizdem pociąg. Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i ma w sobie coś z tej romantycznej, niekończącej się podróży, z odkryciami Livingstone’a, Wyatt’em Earp’em i całym Dzikim Zachodem, którego przecież już nie ma. Jest za to Dziki Wschód - zamiast Indian klasa robotnicza, zamiast bizonów żubry, które za twarda walutę, to nawet można sobie powystrzelać. W kapitalistycznej zgniliźnie, stawiającej na komfort, punktualność i bezpieczeństwo za wszelką cenę, taki parowóz można zobaczyć na starych zdjęciach albo w muzeum kolejnictwa. Tutaj jeżdżą jak normalne pociągi.

Podobnie jak większość tradycyjnego społeczeństwa, nigdy nie jadłem odchodów i raczej nie będę odczuwał takiej potrzeby. Najbliżej jednak zjedzenia gówna znalazłem się w wagonie restauracyjnym firmy WARS, gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem. Sam zapach nasunął mi przypuszczenie, że kotlet był już przez kogoś kiedyś zjedzony. Tygodniowa bułka z mikrofali okazała się bezpiecznym rarytasem, choć z drugiej strony uzasadnienie jej leżakowania trafiłoby do mnie jedynie w wypadku kolei transsyberyjskiej, o ile nie prowadzą własnego wypieku. Zapchanie ust czerstwym pieczywem pociągnęło za sobą kolejny nieprzemyślany ruch, po którym łyk kawy bezpośrednio wylądował na daniu g(ł)równym, aż barman spojrzał ze złością i rezygnacją. Teraz już na pewno nikt tego nie zje. Potocznie napar o temp.70-80 stopni nazywano makowcem, ponieważ fusy zostawiały podobne ślady jak popularne ciasto z makiem, jednak konsumpcja stanowiła mniejszą przyjemność. Gwoli jasności - każdy pija kawę, jaką lubi albo na jaką go stać. Tutaj cena sugerowała raczej coś włoskiego. A ścierwo śmierdzące wciąż przede mną - de volaille. Po tych przejściach zasłużyłem na piwo. Jednak przemycane z Niemiec ciepłe siki spod lady w cenie Guinnes’a nie pozwoliły mi na odzyskanie równowagi.

Wczesna wiosna 2008. Dwa patrole, w każdym sokista i krawężnik, jeden dodatkowo wzmocniony psem bojowym, wypisują autorowi niniejszych wspomnień mandat za palenie w miejscu niedozwolonym. Wyjątkowo nie zamknąłem się w kiblu, bo było po kostki wody (wariant optymistyczny), albo czegoś innego (wariant pesymistyczny). Przeglądają uważnie dokumenty, legitymację, dowód osobisty - wszystko kilka razy, może być przecież świetnie podrobione. Żadnego przeciwnika nie można lekceważyć, szczególnie takiego małego publicznego wroga - stąd podwojone siły i zakończona pełnym sukcesem akcja.
Latem tegoż roku stoimy na gdzieś na Górnym Śląsku i przepuszczamy wszystkie nieopóźnione składy. Rezerwa w celu atrakcyjnego spędzenia wolnego czasu podpala jeden z wagonów. Po kilkunastu minutach, kiedy w okolicznych przedziałach zaczynały się dziewczynom zawijać z gorąca tipsy, na horyzoncie zamajaczyła straż i przez krótki moment widać było radiowóz. Pierwszy pojazd zatrzymał się jakieś 100 metrów od miejsca zdarzenia i funkcjonariusze w ramach rozpoznania wyszli na fajkę.
Jednak to dym z mojego papierosa stanowił „palący problem”, obudził zawodową czujność i przykuł uwagę bardziej, niż płonący jak na dobrym wojennym klasyku wagon.

Trasę Kołobrzeg-Szczecin poznałem jak własną kieszeń, regularnie raz w tygodniu dojeżdżając nią na uczelnię, co jakby nie patrzeć, porównać można tylko z okrążeniem równika. Z rozrzewnieniem wspominam majowe południa, stłoczonych studentów przy wszystkich oknach. Mimo iż żelazny koń mknie z astronomiczną na tym odcinku prędkością 40 km, trudno zapomnieć o grzejnikach pracujących jakby nastała właśnie epoka lodowcowa. Co innego zima, musiało być zimno. Późną wiosną i latem musiało być gorąco, logiczne. Pociąg zwany przez fanów „Strzałą Północy”, odległość 120 km pokonywał w czasie 4 godzin (planowo), starając się na odcinku Trzebiatów - Płoty nie przekraczać magicznej bariery 20 km na godzinę, czyli biegnącego człowieka. Miejscami przechył torów stawał się tak duży, że jako żeglarz czułem potrzebę balastowania uniesionej strony i przywrócenia do pionu. Bardziej adekwatna wydaje mi się jednak inna nazwa: „Obserwator”. Poznałem każde drzewo, każdy budynek mieszkalny i gospodarczy, dokładnie wiedziałem gdzie bytują sarny, gniazduje myszołów i gdzie spotykają się dziki.

Największy przełom i skok jakościowy w przedmiocie toalet PKP spowodowało niewątpliwie wprowadzenie papieru toaletowego w większości osobowych składów. Od razu pojawił się inny problem - papier zwykle leżał mokry na podłodze. Zapobiegał temu po części brak wody, jednak jak się już pojawiła, to nie można było narzekać na jej niedostatek, wypełniała bowiem całą wolną przestrzeń wokół kibla, w którym nota bene z tego właśnie powodu już jej nie było (stacjonarne przydworcowe urządzenia zasługują na odrębne opracowanie).

W niemieckich pociągach często można zauważyć człowieka z czymś w rodzaju ‘ludziomierza’, który liczy pasażerów przy każdym robiąc ‘klik’. Podczas podróży PKP nikt taki nie zwrócił mojej uwagi, choć korzystam z ich usług dużo częściej. W kraju nad Vistulą niech GUS się statystykami zajmuje. Nie był to jednak typowy objaw germańskiej choroby zwanej ordnung, ale przejaw zdroworozsądkowej konieczności zwanej monitoring, pozwalającej na dopasowywanie wielkości składów i godzin do aktualnego zapotrzebowania, w konsekwencji zwiększenia ich rentowności. Jak dotąd tylko PKP pozwoliło mi odczuć komfort samotnego podróżowania w jednostce elektrycznej (z maszynistą).
Z drugiej strony nie trzeba etatowej maszyny liczącej, żeby dojść do wniosku, że wyprodukowany w Bydgoszczy szynobus o pojemności porównywalnej z miejskim tramwajem, poruszający się na trasie Szczecin – Kołobrzeg w pewnych okolicznościach może nie być do końca przeanalizowanym postępowaniem, np. zważywszy na rozpoczynający się właśnie czerwcowy weekend, akademicki charakter miasta i popularny kurort nad morzem. To jakby kierowca autobusu zajechał na przystanek rowerem górskim.

Stołeczna Kolej Miejska zakupiła niedawno pociągi, które mają dużą szansę nie rozwozić pasażerów po naszej największej aglomeracji. Część wiaduktów kolejowych okazała się zbyt niska, albo pociągi okazały się zbyt wysokie, nieistotne. Wszędzie może się wkraść błąd. Tutaj mamy do czynienia z algebraicznym błędem obliczeniowym. Skoro całkowita wysokość szynowego pojazdu z marginesem bezpieczeństwa wynosi np. 4,3 m., zaś most w najniższym kolizyjnym punkcie sklepienia ma 4,1 m. pociąg nie przejedzie. Może ekspercki zespół obliczeniowy wyciągnie wnioski i w jakiś sposób da radę przewidzieć przed następnym zakupem tą skomplikowaną zależność. A do sukcesu zabrakło tak niewiele. Wystarczyło użycie popularnego instrumentu pomiarowego zwanego w moich stronach miarką albo centymetrem.

Now – How. Ciekawym pomysłem na rozwój innych sektorów branży kolejowej, np. dla znudzonych punktualnością Angoli, mogłyby stanowić ekstremalne wyprawy PKP lokalnymi trasami w trudnych warunkach. Oferta turystyczna mogłaby zawierać szereg niespotykanych atrakcji, jak samodzielne nabycie biletu w niewielkiej miejscowości, połączone z urozmaiconą strukturą administracyjną trasy, np. częściowo pociągiem osobowym, TLK i interREGIO. Do tego fakultatywne zwiedzanie DCK (Dworcowych Centrów Kultury) i możliwość poznania ludzi, którzy poświęcili się zbieraniu dobrowolnych datków na konkretny cel, albo tak bezpośrednio nastawionych do innych, że ciągle pytają wszystkich wokół „czy ktoś ma jakiś problem” (broszura survivalowa wydana przez MSZ powinna zawierać elementarne zasady bon ton, które w takiej sytuacji wymagałyby skromnego udzielenia przeczącej odpowiedzi).

Tych kilka retrospekcji przemknęło mi w jednej chwili, w podobnym tempie odjechał pociąg z plakatu. Rzeczywiście szybko.




Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 680  |  Dodano: 2010-02-22 11:38  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Pasja
poezja 2017-09-17 23:23
-3-
poezja 2017-09-17 22:28
MARZENIA
poezja 2017-09-14 10:05
Pasja
poezja | 2017-09-17 23:23
beatum
-3-
poezja | 2017-09-17 22:28
www
MARZENIA
poezja | 2017-09-14 10:05
beatum
Siła
poezja | 2017-09-13 23:06
beatum
MIŚ
poezja | 2017-09-13 21:50
Lola
pokaż wszystkie »
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com