negai
liczba publikacji: 1
liczba punktów: 12

Z zielonymi oczami

     Miasto Imaginacja było jednym z trzech głównych metropolii magicznych w zachodnim okręgu Krainy. Nie sposób zliczyć, ile w nim żyło czarodziejskich ras i ludzi, a także iloma zajęciami każdy się parał. Najważniejszym jednak było, że cyrkulacja sprzedaży Talentów cały czas utrzymywała się w ustalonym porządku.

     Talentami nazywano każdą umiejętność, którą posiadał wyłącznie jeden człowiek na całym świecie. Nie liczyło się, czy ma to bezpośredni związek z czarami, bowiem nawet samo spojrzenie potrafiło rzucić na drugą osobę zaklęcie. Te unikalne zdolności słuchania, władania ogniem albo czytania w myślach wartościowano bardziej niż życie. Stanowiły jednak nie tylko nagrodę od losu i wzbudzały szacunek, ale były także elementem najważniejszych transakcji, kartą przetargową. Talentami handlowano by otrzymać Równowagę. Wierzono, że kiedy każdy zasmakuje cudu, świat będzie lepszy. Niestety, sprzedawano je również pod przymusem, kiedy brakowało środków do życia.

     Cieszyłam się, że jeszcze nie odkryto mojego Talentu. Spoczywał na dnie niewielkiego kuferka, który kiedyś dostałam od babki nim wyruszyła poza granice miasta. Lśnił zimnym, zielonym blaskiem, kiedy w postaci kuli unosił się w powietrzu. Uważałam, że jest piękny, chociaż widywałam o wiele bardziej niezwykłe. Moją umiejętnością była nadzieja. Potrafiłam sprawić, że ludzie nie tracili wiary i robili wszystko, by ich marzenia się spełniły. Czasem faktycznie tak się działo.

     Na co dzień zajmowałam się ochroną pewnej młodej arystokratki, która swego czasu przybyła tutaj na swój ślub z synem diuka zarządzającego naszym miastem. Ceremonia odwlekła się z powodu zaginięcia młodzieńca, którego nikt oprócz ojca nigdy nie widział. Jego narzeczona jednak nie sprawiała wrażenie wybitnie tym przygnębionej czy zrozpaczonej. Mając większą swobodę działania i możliwość zwiedzania Imaginacji, korzystała z tego niemal każdego dnia. Rezydencję, w której umieścił ją diuk, opuszczała często w przebraniu zamożnej mieszczki nie chcąc, by faktyczny status społeczny krępował każdy jej ruch. Towarzyszyłam Fei – bo tak miała na imię – zawsze, taki miałam zawód. Poza tym jako urodzona w Imaginacji byłam świetnym materiałem na przewodnika.

     Było to miasto bardzo barwne i pełne życia, przywodziło na myśl szaloną karuzelę. Domy zbudowano z kremowych cegieł, okna o framugach w rożnych kolorach zachwycały wymyślnymi wzorami. Dachy wystrzelały w niebo mieszankami wszelkich odcieni jakby chciały podzielić się z jego mieszkańcami swoją innowacją i optymizmem. Często na górne piętra prowadziły z dworu schody o konstrukcjach metalowych, ale tak delikatnych jakby miały za chwilę rozsypać się w proch. Każdy budynek w połączeniu z kalejdoskopem istot fantastycznych tworzył niesamowity obrazek. Jarzył się magią.

     Wędrując ulicami można było spotkać mamroczących pod nosem czarodziejów w długich, wyszywanych dziwnymi symbolami szatach, niejednokrotnie trzymających w ręku pokaźną księgę albo drewnianą laskę ręcznie rzeźbioną. W zamyśleniu potykali się o skrzaty, pierzchające na boki wśród złorzeczeń i brzęku upadających na bruk naczyń. Rasa małych chudych ludzików o dużych oczach i zakrzywionych nosach była niezastąpionymi garncarzami, druciarzami i wszelką pomocą domową. Ich cierpliwość niekiedy graniczyła z cudem, jednak nikt nie mógł im zarzucić nieodpowiedzialności. Zawsze rywalizowały o szacunek z gnomami, które jako perfekcyjni jubilerzy zbierali na targach bardzo duże zyski i cieszyli się dobrą opinią u klienteli, szczególnie płci żeńskiej.

     Ras tych można jeszcze wymieniać bez liku, zaznaczę jeszcze tylko, że w Imaginacji sporą część populacji zajmowali mieszańcy. Najmniej było ludzi. Najmowaliśmy się do ochrony ważnych osobistości, handlu, budowaliśmy trumny albo urządzaliśmy niewielkie uliczne przedstawienia. Nie ceniono nas tak jak reszty, ale musieliśmy istnieć. Jako że i u nas przejawiały się Talenty, stanowiliśmy element potrzebny do zachowania Równowagi. Jednak daleko nam było do zwinnych półrusałek o dekoratorskim zmyśle, elfich mieszańców będących doskonałymi szermierzami i malarzami lub też krewniaków każdego rodzaju dżinnów, nawet w dzień migoczących kolorami czterech żywiołów i będących niezrównanymi w swoim sprycie, sztuczkach, a także pomysłowości. Jeśli nie zajmowali się magią, formowali teatry lub najmowano ich do prywatnej gwardii diuka.

     Lubiłam obserwować tę kolorową zbieraninę. Przelewając się przez ulice i główny rynek wyglądali jak wielobarwna lawa, wrząca i nieokiełznana. Fea także się nimi zachwycała. Mówiła, że są jak kolorowe kryształy albo odłamki szkła, zawieszone na niebie czy w przestrzeni, doskonale ze sobą współgrające. Jej miasto było najmniej magiczne spośród trzech głównych metropolii, wybitnie przyziemne i wyraźnie ciosane ludzką ręką.

     - Chodźmy na targ – powiedziała, przyglądając mi się w zamyśleniu. - Dawno tam nie byłyśmy, a przecież rynek jest taki piękny i kolorowy.

     I gwarny. Zastanawiałam się, czy arystokratka nie szuka w tłumie swego narzeczonego. A raczej jego osobistego wyobrażenia, bo nawet ona nie miała pojęcia o wyglądzie i imieniu syna diuka. Nie raz chciałam ją zapytać jakim go sobie wykreowała w myślach.

     Rynek niemal grzmiał od krzyków, śmiechu i muzyki. Wydawało się, że wszystko ma swój kolor i miesza się ze sobą jak odpowiednio dobrane farby na palecie. Magia tryskała z każdej strony. Słońce złociło się pysznie jak dojrzała cytryna. Poprzez jego promienie widziałam kuglarzy czyniących cuda z rękami i trzymanymi w nich piłeczkami; byli tam połykacze ognia i dzwoniące licznymi bransoletkami tancerki; wróżbici przepowiadali przyszłość. Zawsze prawdziwą, trafną i bardzo ludzką, czasami okrutną. Dalej roiło się od kupieckich straganów z tkaninami, biżuterią, przyprawami, sztuką użytkową albo przedmiotami codziennego użytku. Z nimi konkurowały czary, a co za tym idzie różne talizmany, kryształki i pergaminy z zaklęciami, towary do wywarów dla czarodziejów i inne magiczne przedmioty.

     Najważniejsze jednak były stanowiska, gdzie sprzedawano Talenty. Stały owiane półcieniem i tajemnicą, niewielkie, skromne i oczarowujące. Wydawało się, że żyją, taką roztaczały wokół siebie aurę niezwykłości. Ich właścicielami były zawsze istoty magiczne, rzadko mieszańcy, ale zawsze najmowali do pomocy ludzi, jeśli zdarzył się ktoś godny zaufania. Zwykle były to po prostu osoby, które wcześniej sprzedały im swój Talent. Snuły się między prowizorycznymi półkami a bryczkami właścicieli, nigdy nie widziałam na ich twarzach uśmiechu czy nawet spokoju. Tylko rezygnację.

     Tego dnia stoiska Talentów były wyjątkowo opustoszałe, tylko co jakiś czas przewijały się pojedyncze postacie, ale zazwyczaj odchodziły z pustymi rękami. Niepowtarzalnych umiejętności były bardzo drogie. Czasem przekraczały ceną granice wyobraźni. I nie mówię tu wyłącznie o pieniądzach.

     Mój wzrok prześlizgiwał się po znajomych twarzach kupców, chwytał niknące blaski niektórych towarów, oddalał się od najemników. Aż dotarł do wyjątkowo wymyślnego straganu, dosyć wyróżniającego się spośród reszty. Nie widziałam twarzy kupca, stał do mnie plecami bijąc po oczach czerwienią swojej szaty, moją uwagę natomiast zwrócił najemnik. Był niewątpliwie człowiekiem, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie, gdyż nie zauważyłam u niego żadnych cech magicznych. Wydawał się młody, może dwudziestokilkuletni. I nie biła od niego ta paraliżująca rezygnacja, nie słaniał się na nogach bliski załamania nerwowego, przeciwnie – jego zastygła w smutku twarz wyrażała dziwną determinację. Bardzo mnie to zastanawiało.

     - Myślałam o kupnie Talentu – usłyszałam nagle Feę, której słowa zgrzytnęły jak zarysowane szkło. - Może byłby lepszym mężem niż niewidzialność.

     - Nie sądzę. Jego cena nie wynagrodziłaby ci pustki i dni oczekiwania na jakiekolwiek wieści, pani.

     - Przecież jestem bogata.

     - Za Talenty nie płacimy pieniędzmi, a w każdym razie nie tylko. Można powiedzieć, że ich sprzedawcy zabierają część duszy. Nigdy nie wiadomo, czego jeszcze zażądają.

     - Jak zwykle dużo wiesz. Co takiego biorą w zamian?

     - Marzenia. Historie życia. Skryte na dnie oczu uczucia. Różnie. Zawsze to, co najbardziej kochamy, co najmocniej jest tylko nasze. I nie spodziewamy się, że ktoś jeszcze może o tym wiedzieć. Czasami nawet sami nie mamy o tym pojęcia – dodałam wzdychając.

     Nie patrzyłam na nią, może bałam się dostrzec to, o czym mówiłam. Wciąż przyglądałam się młodemu mężczyźnie skrzętnie uwijającemu w osobliwym straganie.

     - Wmieszaj się w tłum. Ja pójdę poprzyglądać się wszystkich rzeczom, jakim przyglądają się kobiety takie jak ja. Wieczorem wrócimy do tej rozmowy.

     - Oczywiście.

     Wiedziałam, że teraz mogę wszystko. Począwszy od urżnięcia się w jakiejś karczmie, przez zakupy aż po nawiązanie nowej znajomości. Wybrałam to ostatnie i ruszyłam do stanowiska z Talentami, kupiec w czerwonej szacie zniknął.

                                             ***

     W żadnym stopniu nie wyglądałam na potencjalną nabywczynię Talentu, a tym bardziej jego posiadaczkę. Pomińmy jednak fakt, że byłam tą drugą. Zmierzałam do straganu mając przed oczami tylko młodzieńca i jego zwinne ruchy. Niezmiernie mnie ciekawiło, co takiego wciąż go podtrzymuje na duchu. I po co.

     Przecisnęłam się między grupą półelfów komentujących dzisiejsze pokazy na rynku i byłam u celu. W oczy rzuciła mi się jaskrawa narzuta przykrywająca stoisko i przesłonięte równie fikuśną kotarą półki. W cieniu krył się powóz. Wyglądał jak przyczajony, drzemiący lew o ognistej grzywie i skrzącej się parze, którą wydychał. Nigdzie nie było właściciela.

     Rozejrzałam się leniwie, zauważając fiolki z Talentami magicznymi, ich płynna zawartość gęstniała od własnych barw. Nigdzie nie było nic poza tym, nie widziałam wprawdzie co kryły półki pod swą ciężką zasłoną.

     - Mogę w czymś pomóc?

     Prawie podskoczyłam na dźwięk tego głosu. Kiedy byłam młodsza, kształtowałam w wyobraźni pełne obrazy zmysłów. Przyozdabiałam je w niemal liryczne opisy, pełne epitetów i metafor. Były tylko moje. Pamiętałam głos pachnący jak lilie wczesną wiosną i grzmiący niczym krótka, niegroźna burza. Mógł oblepiać wyobraźnię i koić swym chłodem. Na zawsze miał trwać wyłącznie w mojej niepohamowanej wyobraźni. A teraz nagle się urzeczywistnił.

     - Proszę pani, wszystko w porządku?

     Chyba musiałam być blada i mieć wyjątkowo głupią minę, skoro zadał to pytanie. Szybko potrząsnęłam głową.

     - Tak, oczywiście, po prostu trochę się zamyśliłam. Ofiarował mi pan swoją pomoc?

     - Owszem. Jest potrzebna?

     Uniosłam wzrok i oniemiałam. Stał przede mną młody ekspedient o niesamowicie błękitnych oczach i burzą rudych włosów, szczupłe długopalce dłonie opierał o blat straganu. Przykurzona biel koszuli i czarna kamizelka tylko dodawały mu osobliwego uroku. Zastanowiłam się, czy aby na pewno moim Talentem jest nadzieja, a nie urzeczywistnianie wyobrażeń.

     - Ciekawi mnie, jakie sprzedajecie umiejętności - rzekłam.

     - Przede wszystkim magiczne. Mamy sporo z zakresu władania żywiołami. Mieszańcy dosyć szybko się ich pozbywają. Oferta obejmuje również odbieranie oddechu, łamanie kości i hipnozę. W trakcie realizacji jest porozumiewanie się na odległość, jeśli to panią interesuje.

     Mówił dalej, nie przestawał wymieniać niecodziennych towarów, a ja po prostu wsłuchiwałam się w jego głos. I myśl, że jest inny niż wszystkie dotąd mi poznane nie chciała mnie opuścić.

     - Długo tutaj pracujesz?

     Momentalnie zmienił nastawienie. Z uprzejmego pomocnika stał się skrytym i oschłym najemnikiem, który tylko wykonuje przymus swojej pracy.

     - Wystarczająco. Kupuje pani coś?

     - W zasadzie nie. Rozglądałam się tylko.

     - W takim razie proszę wybaczyć, obowiązki czekają. Inni klienci... - zawahał się. Za mną nikogo nie było. - W każdym razie nie wiem, co pani tu jeszcze robi.

     - Usiłuję nawiązać normalną rozmowę. To jakieś przestępstwo? Chyba nie musimy rozmawiać jedynie o ewentualnej transakcji.

     Uniósł brwi, błękit oczu błysnął kpiną.

     - A niby o czym? Pani wybaczy, ale nie zwykłem trwonić czasu na pogaduszki na temat pogody albo co nowego u panny Abys.

     - Jakiej znowu panny Abys?

     - To był przykład – prychnął przez ramię, szukając czegoś w ogromnym kufrze. - Nie interesują mnie plotki.

     Wyłożył na blat jakieś dziwne figurki przypominające nieudolne posążki szczęścia albo czegoś podobnego. Chociaż w zasadzie bardziej wyglądały jak nadtopione bryły metalu w różnych kolorach.

     - Co to jest?

     - Zmarnowane Talenty – wyjaśnił. - Nigdy ich pani nie spotkała? No tak, rzadko się zdarzają i nikt się nimi nie interesuje. Mój pracodawca twierdzi, że musi się ich zebrać odpowiednia ilość, a wtedy przetopione wszystkie razem utworzą umiejętność, jakiej świat nie widział. Nigdy mi jednak nie wyjaśnił ile ich jeszcze brakuje i co mają ukształtować. Przypuszczam, że sam tego nie wie.

     Wzięłam do ręki jedną z figurek. Wyglądała jakby płakała, ale nie potrafiła tego robić. Ciekawe czy gdzieś żyła osoba, która zaprzepaściła swoje łzy. Być może.

     - Nie powinienem był tego pani mówić. - Przyjrzał się mi. - Ale słowa same się ze mnie wylały. Nie wiem dlaczego. Pani dziwnie oddziałuje na okolicę, odkąd się tu pani pojawiła mam wrażenie, że słońce mocniej grzeje.

     - To był komplement czy może uległam złudzeniu?

     Wydawało mi się, że próbuję się uśmiechnąć, ale jego usta tylko zadrgały nieznacznie. Jedynie oczy jaśniały pogodą ducha.

     - Być może – stwierdził enigmatycznie. - Po co tu pani właściwie przyszła? Obserwowała mnie pani od dłuższego czasu.

     - Och, zauważył pan?

     - Owszem. Doczekam się odpowiedzi?

     - Chciałam sprawdzić, kim jest ten młody człowiek, który ma na twarzy wypisany bunt. - Oparłam ręce na blacie straganu, pochylając się w stronę chłopaka. - Nie jest pan zwykłym najemnikiem.

     Jego spłoszone spojrzenie dopełniło resztę. Mógł być wziętym do niewoli mieszczaninem, ale miał zbyt szlachetne rysy. Nurtowały mnie przypuszczenia, co takiego wydarzyło się w przeszłości, że trafił na targ w roli ekspedienta. I czemu bał się własnej tożsamości, jakakolwiek ona była.

     - Zdaje się pracodawczyni pani szuka. Proszę się lepiej pospieszyć, bo ktoś może porwać tę biedną arystokratkę.

     Z jego oczu wyzierała wrogość, wyraźnie nie miał dłużej ochoty na moje towarzystwo. A poza tym miał rację – Fea mnie szukała, wbrew swym ostatnim słowo.

     - Do zobaczenia – rzekłam. - Na pewno wrócę po więcej informacji o waszej ofercie.

     - Serdecznie zapraszamy.

     Odprowadził mnie krzywym spojrzeniem.

     Fea dopadła mnie u wylotu uliczki, gdzie mieszkało najwięcej gnomów, by mieć blisko do targu. Krzyczała moje imię, póki się nie zatrzymałam.

     - Czemu byłaś tyle czasu przy tamtym stoisku, Navey?

     Nie odpowiadałam. Irytowało mnie, że pyta o takie rzeczy. Zawsze, kiedy zaczynałam myśleć, że jestem wolna i nie muszę troszczyć się o takie sprawy jak kontrola prywatności, ona zawsze zadawała cios obuchem w potylicę. Metaforycznie, rzecz jasna. Mówiła albo pytała o coś, co natychmiast sprowadzało mnie na ziemię. W takich chwilach nienawidziłam swojej pracy, nienawidziłam Fei. Nie byłam przecież niewolnicą. Ale dla niej chyba prywatny ochroniarz niczym się od tego nie różnił.

     - Dowiadywałam się o Talenty – skłamałam. - To miała być niespodzianka. Chciałam znaleźć jakiś, który by ci się spodobał, pani.

     - Doceniam to. Nie przypuszczałam, że pomyślisz o czymś takim.

     Jasne. Przecież tak naprawdę nigdy mnie nie doceniałaś. Zawsze cię dziwiło, że tyle wiem, że potrafię słowami zobrazować wszystko, co zechcę. Mimowolnie dawałam ci nadzieję, że świat jest piękny. I znajdziesz tego swojego cholernego narzeczonego.

     - Mogłam cię nie wołać. Ale nie mam z kim dzielić myśli, uczuć i pragnień. Znowu wydawało mi się, że go widzę.

     - Syna diuka?

     - Tak. To znaczy w sposób, w jaki zawsze o nim śniłam. Czarne długie włosy, błyszczące w słońcu, szare mądre oczy i mocna sylwetka.

     - Jak bohater z opowieści dla młodych księżniczek. Na pewno też ma wspaniałego rumaka.

     - O tak.

     Fea jak zwykle nie dostrzegła mojej ironii. Stałyśmy wciąż na rynku, zaczynałam mieć tego powoli dość. Południe biło w twarz swoim gorącem, mój skórzany strój nie był najwygodniejszy na taką porę dnia. A poza tym czułam na sobie wzrok rudzielca.

     - Wracajmy, robi się coraz większy upał, pani – zaproponowałam.

     - Myślisz, że się odnajdzie? Że wróci i ożeni się ze mną?

     Znowu to samo. Dziewczyno, jesteś starsza ode mnie, dawno też już osiągnęłaś pełnoletniość, a zachowujesz się jak naiwna chłopka, myślałam nie po raz pierwszy. Obudź się w końcu! On zwiał ci sprzed nosa! Widocznie nie miał ochoty na pocałunki, huczne wesele i umocnienie imperium tatusia. Bardzo mi przykro.

     - Nie odpowiadaj – rzekła, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. - Po prostu znajdź mi ten Talent. A potem stąd wyjadę, będziesz wolna.

     Dzięki. Naprawdę doceniam troskę.

     - Ukryjmy się w cieniu, pani. Niedaleko stąd jest przyjemna knajpka, mają świetne schłodzone piwo.

     - Chodźmy tam.

Dobrze, że chociaż w tych kwestiach Fea przestała bawić się w manieryczną arystokratkę, która pija tylko z kieliszków i tylko najdoskonalsze wino.

     Ruszyłyśmy w końcu. Skręcając za róg spojrzałam przez ramię. Patrzył. Wbijał we mnie spojrzenie błękitnych jak niebo oczu, chociaż udawał, że nic go nie obchodzi. Wiedziałam, że będzie czekał na mój powrót, skoro przy mnie słońce zaczynało mocniej grzać.

                                               ***

     Wracałam do swojego mieszkania na pół przytomna. Nie miałam pojęcia jak w ogóle udawało mi się utrzymywać na nogach. Musiałam wypić o wiele za dużo, dawno nie czułam się tak fatalnie. Fea odprawiła mnie natychmiast, nie troszcząc się o to, że nie będę jej eskortować do willi. Może i lepiej, tamtejsi wartownicy tylko by mnie wyśmiali. Zresztą i tak nigdy nie szczędzili mi sprośnych lub szyderczych komentarzy. Tak jakby byli w czymkolwiek ode mnie lepsi!

     Potknęłam się i próbując złapać równowagę przywarłam plecami do ściany najbliższego budynku. Chłód natychmiast objął moje plecy. W mojej głowie trwał chyba jakiś sztorm, niesprecyzowane myśli rozbijały się o ściany czaszki podobne chaotycznym ćmom. Tylko o dużo większej sile rażenia.

     Przesunęłam się bliżej wylotu uliczki, wychyliłam się i natychmiast cofnęłam. Rudzielec szedł w moją stronę. Usłyszałam jak wbiega po metalowych schodach, a potem otwiera drzwi swojego domu. Mocniej przywarłam do ściany. Bałam się poruszyć, wziąć głębszy oddech jakby przez to miałby się skończyć świat.

     Zerknęłam w bok. Po mojej lewej stronie srebrzyło się okno, noc wlewała się przez nie do mieszkania mężczyzny. Wtedy pomyślałam, że on na nią czeka, że są najlepszymi przyjaciółmi i niemal kochankami, gdy kryje się w jej ramionach. Na dnie jego błękitnych oczów kryła się dziwna gorycz, prawie rozpacz jakby za dnia zbyt mocno były oślepiane przez słońce. Jakby były tylko namiastką uśmiechu, bo usta zapomniały instrukcji do niego. Całun mroku dziwnie mu pasował.

     Potrząsnęłam głową, w której natychmiast wybuchła kaskada bólu. Byłam zamroczona alkoholem i wymyślałam dziwne rzeczy, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.

     Stał w głębi pokoju, bokiem do mnie, w dłoniach trzymał otwartą szkatułę. I wtedy zrozumiałam, że co wieczór brał ją do rąk i przyglądał się jej ze smutkiem. Kiedyś znajdował się tam jego Talent. Ciekawe, co też się z nim stało, czy raczej – co go zmusiło do sprzedaży.

     Może kiedyś opowiesz mi tę historię, pomyślałam. Pewnego dnia.

                                              ***

     Opierałam się o wóz kuglarzy, wsłuchana w ich okrzyki i śmiech. Słońce znowu rozmazywało się na ulicach. Przyglądałam się rudzielcowi jak żywo gestykuluje przy zachwalaniu towarów. Jego miedziana czupryna płonęła ilekroć wchodził w krąg światła. Uwijał się skrzętnie, przekładał flakony, wyjmował i otwierał coraz to inne szkatuły. I nie przestawał mówić. Tak jakby od tego miała zależeć jego wolność. Nawet ze swojego miejsca słyszałam dźwięk jego głosu, tylko słowa niknęły i zniekształcały się. Prawie krzyczał, wydawało się, że wkłada w to całą swoją energię. Albo desperację.

     Ruszyłam w kierunku stoiska, przeciskając się przez tłum. Czułam jak tonę w mieszaninie kolorów, różnorakich perfumach i dalekim zapachom przypraw. To był idealny świat, świat magii i ukrytych niebezpieczeństw. Paleta imaginacji.

     Ciekawe, czy rudzielec również należał do niego sercem. Czy tylko pracą.

     - Przybyło już to porozumiewanie się na odległość? - zawołałam, zbliżając się.

     Jedno gniewne spojrzenie błękitnych oczu wystarczyło, by na moich ustach zakwitł złośliwy półuśmiech.

     Stanęłam na końcu kolejki i zaczekałam aż dwie niezdecydowane elfki w końcu sobie pójdą. Wyglądały jakby nic na świecie nie mogło je usatysfakcjonować.

     - Czy już możemy porozmawiać?

     - O czym?

     - O Talentach. Przecież właśnie je pan sprzedaje, czyż nie?

     Zmierzył mnie wzrokiem niepewny, czy przypadkiem nie zastanawiam na niego jakiejś pułapki. Uśmiechnęłam się lekko.

     - Nie wydawała się być pani jakimś zainteresowana, ale może uległem złudzeniu. Który mam podać?

     - Proszę nie traktować mnie protekcjonalnie! Najpierw pokazuje mi pan zmarnowane dary, a teraz nagle chowa za zasłoną obojętności. Jakbym naprawdę przyszła tu na zakupy.

     Umilkłam. Widziałam jak niechęć powoli topnieje w jego oczach. Sprawiał wrażenie zagubionego bohatera, który już nie wie o co ma walczyć, gdy jego pomnik roztrzaskał się na kawałki.

     - Nie powinienem – westchnął. - Ale ma pani zbyt zielone oczy. Proszę za mną.

     I zniknął za wozem.

     Czując na plecach ciarki podążyłam za rudzielcem. Odprowadzały mnie groźne spojrzenia orientalnych smoków wymalowanych na ściankach powozu. W powietrzu unosił się zimny zapach lilii.

     Siedział na koźle, w dłoniach trzymając aksamitny woreczek. Miedziane kosmyki zsunęły mu się na twarz tak, że nie widziałam jej wyrazu. W cieniu włosy mężczyzny mieniły się głęboki bursztynem i przez chwilę miałam ochotę ich dotknąć.

     - Właściciel zostawił mi je, żebym się nimi opiekował – odezwał się zachrypniętym głosem. - Miałem je schować, wtedy kilka dni temu, ale akurat pani przyszła. A potem same znalazły się na blacie stoiska.

     - Dlaczego więc nie zabrał mi ich pan sprzed oczu, skoro to taka tajemnica?

     Potrząsnął głową.

     - Przed panią nie da się ukryć takich rzeczy. Czegoś, co przestało być ważne, gdy ludzie nagle utracili w nie wiarę. Dlaczego?

      - Sam pan powiedział, że przy mnie słońce mocniej grzeje.

     - Owszem, ale nie wiem, czemu tak jest.

     - Proszę mi dać te Talenty.

     Wyciągnęłam rękę i bez problemu wyjęłam woreczek z uścisku rudzielca. Kiedy moja rozgrzana dłoń musnęła jego zimną skórę pomyślałam, że to tak jakby na chwilę zetknęły się dwa bieguny. I zadrżałam mimowolnie.

     Pod palcami wyczuwałam niekształtne figurki zaprzepaszczonych umiejętności. Były nienaturalnie twarde, wydawało się jakby odtrącały każdego, kto się do nich zbliżał. Ich beznadzieja ciążyła jak kamień.

     - Jakim sposobem Talenty zamieniają się w takie szkaradzieństwa? Przecież z definicji mają być piękne.

     - Podobno, kiedy ludzie przestają wierzyć w samych siebie, uśmiercają własną duszę. A dary pochodzą od bogów.

     - Naprawdę tak pan myśli?

     - Meth – wtrącił. - Mam na imię Meth i nie jestem tak stary, żeby zwracać się do mnie oficjalnie.

     Spojrzał na mnie przyjaźnie, kąciki jego ust zadrgały desperacko w próbie uśmiechu i zaraz opadły. Natychmiast tego pożałowałam.

     - Navey – przedstawiłam się. - Już nie chcesz się mnie pozbyć?

     - To trochę awykonalne, biorąc pod uwagę ciepło twoich rąk, kiedy sięgnęłaś po Talenty.

     Poczułam, że się rumienię i nic nie jest w stanie tego powstrzymać. W Mecie było coś takiego, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku, co sprawiało, że cała uwaga koncentrowała się na nim. Na jego miedzianych chaotycznych włosach, oczach barwy nieba, ustach starających się uśmiechnąć. Każdym szczególe jego tajemniczej osoby.

     Ostrożnie usiadłam obok niego na koźle. Dzieliła nas odpowiednia odległość podobna do tej jaka dzieli ubranie od nagiej skóry.

     - Zawsze się zastanawiałam, czemu ludzie przestają wierzyć – szepnęłam.

     - Gdy brak im celów do realizacji. Albo kiedy świat okazuje się wrednym sukinsynem, który lubi plątać ludziom w życiu.

     - Przecież robi to każdego dnia, to jego praca. Naszym zdaniem jest po prostu nie dać się złapać w pułapkę. Nie pomogą tu czary, magia jest tylko namiastką prawdziwych gwiazd. Ładną imitacją nas samych. Musimy po prostu to zrozumieć, by umiejętnie walczyć nadzieją. A to tylko początek.

     - Nic o niej nie wiem.

     Zastanawiałam się, co mam mu odpowiedzieć na te smutne słowa. Potłukły się jak gliniane naczynia na posadzce. Nagle zobaczyłam Metha w zupełnie innym świetle, ogołoconego z wymuszonego cynizmu i ironii. Obok mnie siedział młody chłopak, któremu nigdy nie pozwolono poznać ciepła słonecznych promieniu, dźwięków muzyki, czułego dotyku. Nie wiedziałam kiedy i dlaczego, ale nigdy nie dano mu być sobą. Jakikolwiek był.

     Mocniej zacisnęłam palce na figurkach w woreczku.

     - Obserwowałeś kiedyś ludzi?

     - Słucham?

     - Czy obserwowałeś ludzi? Przyglądałeś się twarzom i barwom na targu?

     - Czasami. Do czego zmierzasz? Nie udowodnisz mi, że jesteśmy czymś więcej niż własnym wyobrażeniem. Na siłę chcemy coś znaczyć. Sądzimy, że jesteśmy zbawcami świata i mamy prawo decydować o Równowadze. A czy ktoś kiedykolwiek zapytał, czy ona w ogóle istnieje, do cholery?!

     - Tylko jeśli w nią wierzymy. Wszystko opiera się na wierze. Nawet ona sama.

     Wyjęłam z woreczka zniekształcone odlewy postaci, znaków lub może czegoś innego. Ich blade kolory przypominały rozrzedzoną farbę. Wyglądały jak przygnębione dzieci magii, zniekształcone rozpaczą kryształy. Smutne i matowe.

     Było ich pięć. Połowa tego, co trzyma rzeczywistość w pionie i powoduje, że świat jeszcze się nie skończył.

     Najbardziej rzucała się w oczy kanciasta bryłka barwy ochry. Wyglądała jak ponacinana pomarańcza, z której wypłynął cały sok. Dawniej pewnie oślepiała pewnością siebie i optymizmem, rozchlapując na wszystkie strony szczęście. Teraz była tylko poranioną Radością, której ktoś nie potrafił odpowiednio spożytkować.

     Obok jarzyło się fioletem coś przypominającego dramatyczną maskę. Jakby zdjęto odbiciu lustrzanemu twarz. Jej wyraz przygniatał pustką. Wokół nic nie było, nawet wyobraźnia tutaj zwodziła. Samotność pochłonęła wszystko, łącznie ze sobą. Wolałam nie myśleć jaką kukłą był teraz jej właściciel lub właścicielka.

     Dalej nie było nic choć odrobinę podnoszącego na duchu. Zastygłe w granacie łzy, oplecione nitkami bladego błękitu krzyczały boleścią. Teraz oczy, które je nosiły będą na zawsze niezdolne do Płaczu.

     Przyjrzałam się rozczłonkowanemu bukietowi kwiatów, który różowy spoglądał na mnie nieśmiało. Sprawiał wrażenie utraconego raju. Podarunku, którym wszyscy wzgardzili. Niedoceniany, niezrozumiany, daleki. Był imitacją Przyjaźni, czy raczej tym wszystkim, co się w niej nie zawierało. Kiedyś bliski sercu, teraz zgruchotany. A razem z nim zniszczyło się zaufanie.

     Odcinał się od ostatniej najżałośniejszej figurki. Wyglądała jak zgarbiony człowiek na kolanach. Tylko że nie wiadomo było, które części ciała są jakimi. Wydawały się płynąć gęstą strugą w kolorze popiołu. Roztaczały wokół aurę niepowstrzymanej udręki. Taki był Smutek, który potrafi zabić.

     Zanim się zorientowałam po moich policzkach spłynęły łzy. Wiedziałam, że mój Talent należy do dziesiątki podstawowych, uniwersalnych darów, które odpowiedzialne są za trzon Równowagi. I nagle przestraszyłam się, że kiedyś niechcący go zmarnuję i stanie się kolejną paskudą bryłą w barwach Nadziei.

     Poczułam jak Meth bierze mnie za rękę.

     - Masz któryś z pozostałej piątki Głównych Talentów, prawda? - mruknął.

     Skinęłam głową i wolną dłonią otarłam mokre policzki.

     - Wcale nie musi podzielić losu tych tutaj. Za mocno wierzysz w życie, by go zmarnować.

     - Ale ja nie wierzę w życie. Po prostu staram się, żeby było odrobinę lepsze. Każdy je ma za jakąś karę, za irytującą konieczność odgrywania jakiejś roli. Ja chcę tylko, by było takie, jakie uważam, że być powinno.

     - Zobacz. Widzisz? Słońce znowu mocniej zaczyna grzać. Nawet chyląc się ku zachodowi.

      Odwrócił twarz w moją stronę. Jego ciepły oddech muskał mój policzek, nasze ręce wciąż były splecione, a ja czułam jak moja Nadzieja zaczyna mocniej jaśnieć.

     - Muszę już iść – powiedziałam bojąc się, co z tego wszystkiego może wyniknąć.

     - Wrócisz?

     Spojrzałam na niego. Usta Metha wciąż były nieruchome, jednak oczy skrzyły się podobne dwóm błękitnym płomieniom. Ich radosny wyraz onieśmielał.

     - Kiedyś na pewno. - Gdy puścił moją rękę pospiesznie schowałam zmarnowane Talenty do woreczka i oddałam chłopakowi. - Schowaj je najgłębiej jak się da. Może któregoś dnia trafią w dobre ręce i powróci ich blask. O ile to możliwe.

     Zeskoczyłam z kozła. Ręce mi drżały od nagłej bliskości Metha, od informacji jakie niespodziewanie odkryłam. Chciałam jak najprędzej odejść z tego miejsca.

     - Navey? - Zatrzymał mnie.

      - Tak?

     - Zanim tu wrócisz zastanów się, czy na pewno to dobry pomysł. A potem omiń moje stoisko szerokim łukiem.

      Rzuciłam mu tylko cierpkie spojrzenie i poszłam w kierunku niezmiennie kolorowego runku. Nie miałam zamiaru słuchać jego Metha. Nawet jeśli miał rację.

                                          ***

     Fea siedziała przy toaletce ubrana w długą jedwabną koszulę nocną, której różany kolor idealnie pasował do fali jej złocistych włosów. Wzrok miała utkwiony w lustrze, szare oczy wyrażały przygnębienie. Stałam opierając się o parapet i czekałam, co ma mi do powiedzenia.

      - Rozmawiałam z diukiem, odwiedził mnie w ciągu dnia, kiedy ty pałętałaś się po mieście – rzekła.

     - Znalazł syna?

     - Nie. Przyszedł z inną sprawą.

     Zacisnęła usta, palce dramatycznie opierały się o krawędź toaletki. Chyba nie miała mi do zakomunikowania żadnych dobrych wiadomości.

     - Poprosił mnie o rękę.

     Słowa roztrzaskały się o rzeczywistość jak czaszki poległych w walce. Poczułam jak serce podchodzi mi do gardła. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jeśli Fea się zgodzi i zostanie w Imaginacji, już zawsze będę stanowiła jej przyboczną gwardię. A wcale nie miałam na to ochoty.

     - Odmówiłam – powiedziała odczytując moje myśli. - Ale prosił, żebym się jeszcze zastanowiła.

     - Czemu za niego nie wyjdziesz, pani? Ma świetną pozycję, zapewniłby ci dostatek i bezpieczeństwo. Lepszej partii być nie może – sarknęłam.

     - Kiedy ja chcę jego syna! - Spojrzała na mnie gniewnie jakby to była moja wina, że zniknął.

     - Odnoszę wrażenie, że jemu chyba nie spieszy się do waszego ślubu. Czasem bierze się to, co dają, a nie to, o czym się śni. Nawet nie wiesz jak on wygląda, pani.

     - I co z tego? Na pewno jest piękny i ma wspaniały charakter. Nie wątpię, że uczyniłby mnie szczęśliwą.

     Zmrużyłam oczy. Fea była czasami tak naiwna, że aż od tego mdliło. Naprawdę czasami przekraczało już to dopuszczalne granice. Jak teraz. Ale nie miałam prawa zabawiać się w moralizatorkę i krzyczeć na arystokratkę z obcego miasta. Jeszcze nie znudziłam się życiem.

     - W porządku. To poczekamy aż zgrzany długim biegiem zapuka do twoich drzwi, padnie na kolana i przeprosi jakim był idiotą, że chował się tyle czasu.

     I w tamtym momencie moje serce zapłonęło nadzieją, by wcale tak się nie działo. Gdy Fea była sama nie doskwierała mi tak bardzo własna samotność. To trochę egoistyczne, ale już wolałam słuchać jej niedorzecznych marzeń. Miałam świadomość ich nierealności. Niestety, mimowolnie kształtowałam w wyobraźni własny obraz syna diuka. Bynajmniej nie był kruczowłosym szarmanckim dżentelmenem. I nie należał do Fei. Był po prostu niczyj.

     - Już wiem, jaki chcę Talent.

     - Tak?

     - Nadzieję. Pomoże mi spełnić marzenie.

     Moje ręce natychmiast zacisnęły się w pięści. Miałam ochotę uderzyć w twarz tę wymuskaną, idealną nienaturalnym pięknem arystokratkę, która niczego nie rozumiała. Chciałam wykrzyczeć jej, że życie to nie dobrze zaopatrzony sklep, gdzie tylko się bierze nie dając nic w zamian. Nie miała prawa żądać czegoś, co widać nigdy nie było jej przeznaczone. A teraz pragnęła czegoś, co złośliwym trafem było moje, tylko i wyłącznie moje. Poczułam, że choćbym miała walczyć z całym światem, nie oddam Nadziei, która teraz migocze ukryta w moim domu.

     - Nie widziałam jej jeszcze na żadnym stoisku – powiedziałam cierpko.

     - Musi gdzieś być! Albo wiara! Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć mi, że ją znajdziesz?

     - Bo nigdy nie podejmowałam się profesji darczyńcy cudów – warknęłam.

     Fea patrzyła na mnie urażonym wzrokiem, bezbronna jak lalka w rękach nerwowego dziecka.

     - Nie chcesz mi pomóc?

     - Nie chce karmić cię złudzeniami.

     Nagle opuściła smutno głowę.

     - Dlaczego zniknął? Dlaczego nawet mi nie pozwolił spojrzeć sobie w oczy?!

     - Może się bał.

     Odchrząknęłam. Miałam już dosyć całej tej rozmowy, głupiej powtórki każdego minionego dnia.

     - Przeszukam każde stoiska z Talentami, porozmawiam również z potencjalnymi sprzedawcami i prywatnymi kolekcjonerami. Może mają coś,co by ci pomogło.

      Radość, która natychmiast pojawiła się w jej oczach mogłaby przyćmić każde słońce. A mnie przyprawiała jedynie o ból głowy.

     - A teraz pozwolisz, pani, ale udam się do domu. Muszę odpocząć.

     - Oczywiście! Informuj mnie, proszę, o swoich poczynaniach.

    Skądże, nie musisz dziękować mała żmijko, pomyślałam ze złością.

     - Postaram się.

     I czym prędzej wyszłam.

                                           ***

     Trzasnęłam drzwiami od odmu i pomknęłam do sypialni w panice, że ukryta pod podłogą szkatułka może być pusta. Nerwowym gestem zasłoniłam okna i upadłam na kolana, drżącymi rękami sięgając do odpowiedniej deski. Wyjęłam puzderko i czym prędzej otworzyłam.

     Była tam. Lśniła głęboką, egoistyczną zielenią, należącą wyłącznie do mnie. Wyglądała jak odtrącone dziecko leśnych bogów. Delikatnie objęłam ją dłońmi wyczuwając pulsowanie i ciepło, esencja Nadziei muskała moje palce przenikając prosto do serca i tam łącząc się ze swoim źródłem.

     Westchnęłam. Czułam, że nie powinnam ogniskować swojego Talentu w sobie, przeznaczać go tylko dla siebie. Nie po to zostały ludziom dane, by się nimi z nikim nie dzielono.

     Nawet nie zauważyłam, kiedy z moich oczu popłynęły łzy. Strach cały czas gryzł mnie od środka, siedział w gardle jak nieprzyjemny gość i uniemożliwiał głębszy oddech. Bałam się, że Meth kiedyś weźmie w ręce zielonkawą bryłkę w kształcie zgniecionego, żałosnego kwiatu, który będzie zniszczoną Nadzieją. Dopiero kiedy zobaczyłam tamte upadłe Talenty zrozumiałam, że każdą umiejętność, nawet tę najdoskonalsza, należy pielęgnować i posyłać w świat jak pyłki roślin, żeby się rozszastały. Nie miałam tylko pojęcia jak mam to zrobić, dotąd samoczynnie ludziom zapalały się ogniki w oczach i zaczynali wierzyć, że wszystko się uda.

     A teraz pojawiło się pytanie, czy potrafię tym wszystkim odpowiednio kierować. Albo jakkolwiek.

     Gwałtownym ruchem zamknęłam szkatułkę i wsadziłam ją z powrotem na miejsce. Potrzebowałam spaceru, zimnego nocnego powietrza na twarzy, które może choć trochę ukoi moje rozszalałe myśli.

     Wybiegłam na ulicę i zamarłam.

     Meth stał plecami do mnie przy witrynie jubilerskiego sklepu i niedbale palił skręta. Niebieskawy dym unosił się przy jego policzku. O tej porze wszystko było pozamykane na głucho, jednak on wydawał się być bardzo zaabsorbowany towarami, jakimi zachęcała wystawa. Ciekawe, co tu robił.

     - Szukałem cię – odezwał się jakby czytając w moich myślach.

     Strzepnął popiół i powoli odwrócił się w moją stronę. Noc była jasna, księżyc rozmazywał swoje srebro na dachach i skórze. Tłumił miedziany płomień włosów mężczyzny, który uparcie mi się przyglądał. Z oddali nie widziałam jego błękitnych oczu, ale przypuszczałam, że muszą lśnić złowieszczo i wyrażać ciekawość.

     - Kiedy zauważyłem twoją chowającą się za ścianą twarz wiedziałem, że musisz mieszkać gdzieś nieopodal. Postanowiłem to dziś sprawdzić, ale nie przypuszczałem, że tak szybko wyjdziesz mi na spotkanie.

     - Dlaczego mnie szukałeś? - To pytanie cisnęło mi się na usta, odkąd go zobaczyłam.

     - Bo jesteś pierwszą osobą, przy której mam nadzieję, że mój Talent się nie zaprzepaści.

     Najeżyłam się. Sprawiał wrażenie, jakby za dużo wiedział o tym, jaką umiejętnością władam. Jak gdyby znał każdy szczegół moich myśli i pragnień, nieświadomie dawanej mu wiary, że świat wcale nie jest takim skurwysynem.

     - Nie wiem o czym mówisz – prychnęłam i ruszyłam uliczką w kierunku obrzeży miasta.

     - Oczywiście, że nie! Ale zaczęłaś teraz tworzyć w głowie mnóstwo hipotez. Mam rację?

     Przyspieszyłam. Bałam się tego, co może być prawdą, a jednocześnie pragnęłam ją poznać i upewnić się, że jest taka, jaką chciałam, żeby była.

     Dogonił mnie bez problemu. Już nie palił papierosa, szedł z rękami wbitymi w kieszenie spodni. To, co w każdej chwili mógł mi powiedzieć paraliżowało mnie.

     - Zaczekaj!

     Chwycił mnie za rękę, jego palce parzyły moją skórę.

     - Nie pokazałem ci tych Talentów po to, byś się bała.

     - A po co? - wychrypiałam.

     - Żebyś zobaczyła, że to co boskie, nie musi być idealne. Niekonieczne jest nawet tym pierwszym, a przynajmniej ja w to nie wierzę.

     - A czy w cokolwiek wierzysz?

     - Tak. W każdą definicję ulotnej chwili, we wszystko czym ona może być. Jak ciepło twoich rąk albo dopalający się papieros.

     Spojrzałam w oczy Metha. Ich głęboki nocny kobalt zasnuty był goryczą podobną cierpkim truciznom.

     I wtedy moje serce rozerwała gęsta zieleń, rozpływa się po całym organizmie, niewidzialna przenika na świat rzeczywisty i obejmuje nas oboje. Nieświadomie splotłam palce z palcami mężczyzny czując, jak nadzieja iskrzy pomiędzy nimi.

     - Jaki jest twój Talent?

     - Już go nie posiadam. Wydawało mi się, że to widać.

     Kąciki jego ust z wysiłkiem się uniosły, wargi skrzywiły w jakimś dziwnym prototypie uśmiechu i zrozumiałam o czym mówił Meth. Nawet nie zauważyłam, kiedy moja druga ręka powędrowała w górę, a palce nieśmiało poczęły zakreślać kształt warg rudowłosego. Opuszkami czułam ich kuszącą miękkość.

     - Jak mogłeś się go pozbyć? - mruknęłam z wyrzutem.

     - Taki był warunek, bym pozostał bezimienny, nieznany nikomu poza tym, komu oddałem swój kryształ. Żałuję tylko tego, że nie wiedziałem wtedy o jego zamiarach. Nie mam ochoty patrzeć jak Uśmiech dołącza do grona niekształtnych figurek.

     Ujął przegub mojej ręki, która wciąż dotykała jego twarzy.

     - Powiedz swojej pracodawczyni, żeby go kupiła. Przyda jej się bardziej niż ja. A poza tym na zawsze będzie miała cząstkę mojej osoby – powiedział z nieskrywaną ironią.

     - Jesteś synem diuka, prawda?

     - Byłem. Teraz po prostu mam na imię Meth i karmię się nadzieją, że jeszcze potrafię pamiętać o byciu sobą.

     Zniżył twarz i po chwili jego usta zetknęły się z moimi drżącymi wargami. Pocałował mnie tak głęboko jakby to miała ostatnia rzecz w życiu, jaką robi.

     - Nie powinnaś była zjawiać się przy moim stoisku – szepnął po chwili.

     - I jeszcze spróbuj mi powiedzieć, że żałujesz.

     Gdy nachylił się, żeby znowu musnąć mnie wargami, odsunęłam się czując tylko oddech Metha na policzku. Nie chciałam zabierać na własność czegoś, co nie było nawet całkiem namacalne, przypominało raczej ciepło promieni słonecznych.

     - Navey?

     - Tak?

     - Nie szukaj mnie więcej.

     Stałam do niego tyłem, dlatego nie mógł zobaczyć płynących mi z oczu łez. Doskonale wiedziałam, co chcę teraz zrobić, bałam się tylko, że moja wiara może nie wystarczyć, by wszystko poszło tak, jak powinno.

     - Uważaj na siebie, Meth!

    I czym prędzej pobiegłam w drogę powrotną do domu.

                                            ***

     Ze świtu zapamiętałam chłód kąsający mi skórę i pustkę jakby była wypełniona powietrzem. Potem już wszystko miało zwykłe barwy, suche kontury jakby nie dostrzegała w nich śladów życia. A gdy szłam do willi, w której rezydowała Fea bałam się, że nie będę potrafiła być więcej sobą. Tak jakby nagle strach rudzielca nagle stał się moim udziałem. Czy raczej własnością.

                                         ***

     Nie jestem w stanie powiedzieć, że żałuję swojej decyzji. Mam tylko wrażenie, że moje oczy są teraz trochę mniej zielone niż wcześniej. Ich blask jednak nadal się utrzymuje.

     Kiedy wychodziłam od Fei byłam pewna, że wykorzysta daną jej szansę. Nogi niosły mnie na targ jakby jego poplamiona kolorami egzystencja mogła mnie uratować przed niechcianą goryczą. Prawie biegłam mgliście pamiętają jak to jest mieć nadzieję. Jego miedziana czupryna jarzyła się z oddali. Nie obchodziło mnie czy na mnie nakrzyczy, przepędzi, może nawet wyklnie- chciał tylko coś sprawdzić. Musiałam to zrobić. Widziałam z oddali Feę jak z radością odbiera małą szkatułkę i odchodzi w tłum szukając swojego wymarzonego syna diuka. Nie przypuszczałam, by go miała kiedykolwiek znaleźć,skoro dotąd był tuż obok. Czasem nie potrafimy dostrzec, że to, czego najmocniej pragniemy jest na wyciągnięcie ręki, wciąż jednak zbyt bliskie, byśmy mogli tego dotknąć.

     - Macie jakąś nową dostawę? - zwróciłam się do pleców Metha, który na boku przeliczał pieniądze.

     Widziałam jak zastyga w bezruchu, nieruchomieje podobny zamarzającej tafli jeziora. Milczał. Spodziewałam się, że nie przyjmie mnie najlepiej, nie mogą się więcej czepiać złudzeń.

     - Powinienem na ciebie nakrzyczeć – odezwał się nagle. - Nie posłuchałaś mnie.

     - Nie jest mi specjalnie przykro z tego powodu.

     - Szczerze mówiąc mnie też nie.

     Nie powiedział nic więcej, tylko odwrócił się do mnie i miałam wrażenie, że oślepia mnie słońce. Jego uśmiech zdawał składać z najbardziej srebrnych gwiazd nocnego nieba, pałał światłem rodzących się dni. Wydawało się, że jest utkany rękami rusałek, pieścił ciepłem i wnikał gdzieś głęboko pod skórę, do najdalszych miejsc, o jakich człowiek nawet by nie pomyślał. Czułam jak bierze mnie we władanie, razem z błękitem wiosennych strumieni w oczach. To byłą najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć i wiedziałam, że nikt by go nie powtórzył.

     - Meth... - głos uwiązł mi w gardle.

     - Ucieknijmy stąd.

     - Jak to? Przecież oboje mamy pracę! Nie jestem pewna, czy to ma sens.

     - Navey, nie bój się, skoro słońce wciąż mocno grzeje. Wystarczy, byś o tym pamiętała.

     I w tamtej chwili zrozumiałam, że nawet bez mojej szkatułki potrafię mieć nadzieję. Jej się nie trzeba uczyć, ona sama przychodzi dokładnie wtedy, kiedy najbardziej jest potrzebna.

     - Dobrze, Meth. Słyszałam, że sąsiednia metropolia daje wiele możliwości wolnym strzelcom.

     Błysnął do mnie uśmiechem. Nic więcej nie trzeba było tłumaczyć. Mieliśmy siebie, a to oznaczało, że nawet w deszczowe dni słońce będzie świecić.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 608  |  Dodano: 2010-02-20 19:24  |  Punkty od użytkowników: 3.33
Komentarze
Zobacz również
Demon: Amator
opowiadania 2017-11-23 22:17
Oto kolejne opowiadanie, i początek nowego wątku w mojej historii! Mam nadzieję że wam się spod...
*** zapakowałem słowa / w kufer ciszy
poezja 2017-11-23 09:29
I wołanie do Ojczyzny.
poezja 2017-11-21 20:53
21.listopad.2017r           
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com