liczba publikacji: 18
liczba punktów: 8435

Krótka historia pop-grupy Myslovitz ( fragmenty )

Jestem śmiertelnie zmęczony. Przepędzają mnie z parkingów, dworców i centrów handlowych. Jest mi coraz trudniej. Chodzę po wielkim mieście, którego nazwy nie znam. Sprzedaję a raczej próbuję sprzedawać po 4 złote srebrne płytki w papierowych kwadratowych opakowaniach. Czarnym długopisem oznaczam opakowania: ?Krótka historia pop-grupy Myslovitz?. Złym rozdrażnionym ludziom których zaczepiam tłumaczę , że płytka zawiera krótką nieautoryzowana biografię zespołu Myslovitz z Mysłowic. Niektórzy dają mi 5 zł ( w Polsce są monety 5 , 2 i 1-zlotowe) . Jeżeli mam przeczucie , że nie zniszczy od razu płytki, daję ją nawet bez pieniędzy. Mając kilka złotych biegnę do kafejki internetowej. Wchodzę na moją ostatnią darmową skrzynkę e-mailową i wgrywam opowieść na płytkę. Cała operacja kosztuje dokładnie 4 złote i 30 groszy. Czuję , że muszę rozprowadzić co najmniej 888 egzemplarzy opowiadania. Wtedy na pewno przetrwa. Nie zginie w morzu śmiecia i oszalałym bełkocie. Nie wiem ile egzemplarzy udało mi się stworzyć. Straciłem rachubę gdzieś przy 120-130. Jeszcze dużo pracy przede mną . Jestem chory i coraz słabszy. Byłem przedsiębiorcą , budowałem boiska sportowe i place zabaw. Miałem rodzinę , żonę, dzieci , przyjaciół. Oszukała mnie firma z Kielc . Mitex ?zero-osiem?. Bo płaciła swoim kontrahentom osiem dziesiątych procenta wartości umowy. Spróbowałem zrobić taki sam manewr wobec firm , którym ja byłem dłużny pieniądze. Moi wierzyciele grzecznie poprosili mnie żebym nie robił im takich numerów . Nie posłuchałem . Liczyłem ,że przetrzymam ich pieniądze przez zimę a wiosną spłyną do mnie zaliczki z nowych umów. Załatwili mnie w kilka tygodni. Zajęto mi rachunki wierzytelności samochody. Pojawiła się policja , zrobiono ze mnie oszusta. Wszystko się rozsypało. Straciłem rodzinę i przyjaciół . Miotałem się jak zwierze we wnykach. Ostatecznie trafiłem do więzienia. Trafiłem do dwuosobowej celi z Markiem. Ostrzeżono mnie , że to morderca, który zabił sędziego w jakiś okrutny sposób , że nigdy nie wyjdzie z więzienia i żebym go nie prowokował i nie drażnił , bo mnie zabije. Marek był grzecznym człowiekiem w bliżej nieokreślonym wieku. Miał swoje życie a ja starałem się udawać , że mnie nie ma. Po około dwóch miesiącach , gdy wróciliśmy z rannego spaceru , Marek poprosił żebym usiadł na jego pryczy. Mówił gorączkowo cicho bardzo precyzyjnie. ?Jesteś tu przypadkiem, siedzisz za damski huj, lada dzień wyjedziesz na oddział półotwarty, wrócisz do życia, będziesz miał pieniądze. Ja jestem już w grobie , nigdy mnie nie wypuszczą. Do nikogo nie mogę napisać , żeby mi pomógł. Mam tu papiery. To moje życie . To życie ? i tu się zawahał ? to życie innych ludzi. Mam wobec nich obowiązek. Niczego stąd nie wyślę, a jeśli nawet oni to przepuszczą to na wolności pójdzie do pieca albo w hasiok . Ty to skopiujesz i puścisz w świat. Dla ciebie to będą małe pieniądze, zarobisz je w tydzień. Dla mnie??. Zamilkł . Zrobiło mi się go żal . Przyrzekłem , że zabiorę jego papiery i wydrukuję. Zaczęły dziać się prawdziwe cuda. Za kilkanaście dni wyjechałem do ośrodka , gdzie wszyscy pracowali na wolności i wracali tylko na noc . Dyrektor na wstępie zapowiedział, że postara się mnie stąd pozbyć bo powinienem robić karierę na wolności , a nie ?wypoczywać na koszt podatników?. Kilka miesięcy i wyszedłem na wolność. Znajoma sprzed lat opiekowała się mieszkaniem kuzyna , który wyjechał do Irlandii , pracować przy montażu komputerów. Tymczasowo mnie tam umieściła. Znalazłem pracę . Wieczorami dorabiałem przy obsłudze sklepu internetowego. Seledynowa papierowa teczka z zapiskami Marka leżała na dnie podróżnej torby. Było lepiej z tygodnia na tydzień. Mieszkanie , samochód stary ale sprawny , Dziewczyna. Potem nawet pies. Suczka rasy yorkshire terier. Większe pieniądze raz w miesiącu, po parę groszy dodatkowo co tydzień , czasami częściej. Sielanka, błogość, odpoczynek wojownika po bitwie. Przeczytałem powieść Marka. Raz , dokładnie. Już jej nie odłożyłem do torby czy na półkę. Poszła w hasiok. ( ?hasiok? to po śląsku - kosz na śmieci, Marek pochodził ze Śląska). Wyszedłem z bloku i wrzuciłem teczkę do dużego zbiorczego pojemnika na kółkach. Czułem się szczęśliwy , że odrzucam ostatnie brzemię okresu upadku i niepowodzeń. Było to środę, może w czwartek. W poniedziałek runęły na mnie fale nieszczęść . Wraca niespodziewanie właściciel mieszkania. Żaden problem , wynajmę inne , choćby pokój. W firmie dyrektor płacze i tłumaczy się , że musi mnie zwolnić bo główny udziałowiec potrzebuje etatu dla córki przyjaciela, doradcy podatkowego. Pali się przenośny komputer. Kłótnie z dziewczyną , skąd weźmiemy pieniądze na mieszkanie , na życie. Pełna blokada. Nikt mnie nie chce do pracy , żadnych zamówień. Przesiaduję w internetowych kafejkach, piszę setki próśb o pracę, Wstukuję setki , tysiące ogłoszeń na bezpłatnych portalach. Cisza. Mój przenośny telefon milczy. Cisza. Nie ma kłótni , są tylko złe spojrzenia. Wiem co się stało , wiem co mam zrobić. ?Za ostatni grosz, kupię dziś, chociaż cień dawnych dni?. Za ostatnie pieniądze kupuję czas w internetowej kafejce. Czterdzieści godzin przy klawiaturze komputera. Spisuję to , co zapamiętałem z powieści Marka. Moja pisanina. Żałosna. Trzydziesta druga kopia z kopii. Naprędce sklecony barak z desek i falistej blachy. Streszczenie eposu na kartce formatu A4. Mahabharata i Ramajana w wersji dla dziesięcioletnich dziewczynek. Sterta przemieszanych śmieci i gruzu. Ocalić od zapomnienia. Wygrać Tristana i Izoldę na elektrycznym pianinie. Marek pisał ostro , wyraziście, kolorowo. Jego powieść była tysiącem witraży, przeniesieniem mogolskich miniatur w krainę słowa. Każdy obraz był opowieścią. Kilka tworzyło inną opowieść. Mieszane tworzyły coraz to nowe opowieści. Skończona liczba obrazów tworzyła nieskończenie wiele opowieści. Szczegóły dopieszczone i rozpisane były w manierze starszego Goncourta , Edmunda. Delikatność i liryzm to szkoła Juliusza. Odwagę pochwaliłby nawet sam wielki Jan Franciszek , markiz de Sade. ?A słowa wasze niech będą : Tak, Tak i Nie, Nie?. I takie były. Wątki , skojarzenia snuły się i przenikały jak u Joyce?a i Prousta. Słowa miękkie ciepłe i pachnące znienacka nabierały okrutnej mocy serii z karabinu maszynowego. ?Najpierw zabijemy wszystkich wywrotowców, potem ich wspólników i sympatyków. A na koniec wszystkich obojętnych i nieśmiałych?. Głos samego Boga poprzez usta argentyńskiego generała. Tysiące , setki lat temu do osady przybywali Obcy. Pokaleczeni wojownicy z rozbitych armii, pieśniarze , starcy , jedyni ocaleni z rzezi całych miast i plemion, czasem ścigani i wyklęci. Zostawali cztery dni i cztery noce. Dzień pierwszy to wprowadzenie słuchaczy w błąd, wywiedzenie na manowce , zaciekawienie. Dzień drugi wprowadza w opowieść. Dzień trzeci mówi wszystko. Dzień czwarty odkrywa maleńką część prawdy o dniu trzecim i kończy opowieść. W cztery dni można opowiedzieć o człowieku , o jednym zdarzeniu i o Wszystkim. Pisałem cztery dni po dziesięć godzin . Jeszcze starczyło pieniędzy na osiem dysków. Rozdałem je w kafejce. Nie zwracałem uwagi na zdziwione spojrzenia. Wszystko co zbędne wyrzuciłem do kosza na ulicy. Nie wróciłem tam , skąd przyszedłem . Poszedłem prosto w zapadający mrok. Wiedziałem , że tak trzeba. To mój los, moje przeznaczenie. To moja droga. Jestem coraz słabszy. Strasznie boli mnie brzuch ? jak jestem głodny i jak coś zjem. Z dziur po plombach w zębach sączy mi się krew. Stopy mam opuchnięte, paznokcie wrastają mi w ciało. Muszę wytrzymać i ponieść moje brzemię jak najdalej. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie zazdroszczę wymytym , ogolonym mężczyznom , wożącym ładne pachnące kobiety w pięknych samochodach. Panie mój, daj mi nadludzką siłę. Jestem śmiertelnie zmęczony. Krótka historia pop-grupy Myslovitz I nawet kiedy będę sam , nie zmienię się , to nie mój świat. Przede mną droga którą znam , którą ja wybrałem sam . Myslovitz , pop-grupa Idziecie do Rzymu ? Albowiem kto idzie do Rzymu , nie wiem właściwie? jak wraca . Franciszek Loyola Królestwo moje , nie z tego świata jest. Jan Chrzciciel powtarza za Izajaszem Dla Ciebie mógłbym zrobić wszystko, co zechcesz , powiedz tylko , naprawdę na dużo mnie stać ; dla Ciebie mógłbym wszystko zmienić, mógłbym nawet uwierzyć, naprawdę na dużo mnie stać . Myslovitz , pop-grupa 1. Byłem astronautą w kosmicznym statku , miliony lat świetlnych od ziemi. Byłem sam. Nie mogłem żyć bez statku , ale nie byłem statkiem . 2. Artura Rojka wychowywała samotnie matka, ojciec zmarł , gdy chłopiec miał 6 lat. W 1990 roku zaczął studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Jeździł z Mysłowic na uczelnie autobusem 77 i tramwajem 14-tką . Poznał innego studenta, ekonomiki transportu na Politechnice , Wojciecha Powagę. W autobusie i tramwaju spotykała ich moja Lui , która uczyła się w Katowicach w Technikum Łączności na ulicy Mickiewicza . Parę lat później Lui została prawie oficjalną narzeczona brata Powagi , Krzysia , spokojnego chłopca , który teraz pracuje w Banku Przemysłowo-Handlowym w Sosnowcu. Razem byli na balach maturalnych, jeździli w góry. Nic więcej z tego nie wyszło, bo Lui spotkała poetów z Mikołowa , wydała tomik wierszy ?Oszołomienie? , zaczęła pic i ćpać jak oszalała. Podobno Rojek i Powaga proponowali Lui pisanie tekstów dla ?Freshmen?a? , podobno Lui z oburzeniem odmówiła ( Ja poetka , teksty dla zespołu rockowego ? ) ale to chyba legenda ; panicznie skąpy Rojek zawsze wszystko próbował robić sam , nauczył się też pisać teksty piosenek . Rojek i Powaga dobrali jeszcze dwóch dwudziestolatków po zawodowej szkole , którzy niedawno zaczęli pracę w kopalni w Mysłowicach jako górnicy. Pili i wyzywali sztygara , lada dzień i tak wylecieliby z roboty dyscyplinarnie. Jacek ?Jaca? Kuderski i Wojciech ?Lala? Kuderski. Wojtka spotkacie w Mysłowicach w okolicach Rynku , Grunwaldzkiej i Krakowskiej. Łazi tez na wszystkie koncerty i imprezy. Wynajęli od drobnego przedsiębiorcy budowlanego garaż na Janowie. Przez pierwsze sześć miesięcy po parę godzin dziennie trenowali jedna piosenkę , 3 minuty 22 sekundy , ?Peggy Brown?. To stara ludowa irlandzka piosenka z polskimi słowami poety Ernesta Bryla. ?Oh , Peggy Brown , Oh Peggy Brown , kto ciebie ukochać będzie umiał ? . Bębniarz Lala nie miał perkusji i tłukł rytm kijami w dwie blaszane beczki , jedną pustą a drugą do połowy wypełnioną piaskiem. Rojek ? gitara, Powaga ? gitara , Jaca ? bas. Rojek postanowił grać brit-pop. To muzyczka grana po pubach , na szkolnych i zakładowych imprezach przez chłopaków z najbiedniejszej , robotniczej i lumpenproletariackiej klasy w środkowej Anglii. Rock & roll był grany przez młodzież z klasy średniej i studentów , często szkół artystycznych. Brit-pop był wypadkową i popłuczyną : rock&rolla i knajpianego popu , śpiewanego przez rozpijaczonych łajdaków i prostytuujące się piosenkareczki. Grali początkowo bez powodzenia jako suporty innych , równie niepopularnych grup. Groteskowi , czterech skrzatów po metr trzydzieści w kapeluszu , z łysym wokalistą o wyłupiastych oczach , w sweterku bez rękawów w kratkę. Publika o ile była , a nie uciekła , wygwizdywała ich bezlitośnie. Grali dalej. Już jako Myslovitz raz czy drugi pokazali się w telewizji. Nagrali czarną , depresyjną płytę ?Myslovitz?. Rojek zaczął pracę jak nauczyciel gimnastyki w Szkole Podstawowej nr 11. ?Amfetaminowa siostra?. Uczniowie na przerwie pytali go , czy sprzeda im coś , skoro śpiewa to musi też tym handlować. Doszedł do składu Przemek Myszor , sympatyczny rozmowny wielkolud. Wiele lat później , na wręczaniu nagród MTV Poland kulił się gdzieś z tyłu , żeby reszta nie wypadła jak gromada hobbitów. Myszor mieszkał na ulicy Batorego na Janowie w Mysłowicach. To ślepa ulica , dochodzi do skarpy , a na górze jest dojazd do autostrady. Jego dom był w początku ulicy , po lewej ; prawie na końcu po prawej stała stara wielka willa , w której spotykałem się z Lui w czarnym roku 2004. Każdy następny był jeszcze czarniejszy. 3. Urodziłem się w Polsce - kraju kurwy i szatana, w połowie lat sześćdziesiątych. Polacy to folklorystyczna odmiana rosjan , różnią się od nich wyłącznie tym , że są w większości na usługach anglików. Dzień moich urodzin to dwudziesty , miesiąca kwietnia. Dzień Urodzin Fuhrera , narodowy dzień Świętej III Rzeszy. Najbardziej jestem dumny z tego , że moi rodzice urodzili się w wolnej Polsce , pod panowaniem Rzeszy. Ja urodziłem się w niewoli , w królestwie szatana. Byłem kuszony , ulegałem pokusie grzechu ale odnalazłem swoja drogę. Teraz w polskim więzieniu czekam na śmierć. Ziomek spod celu , wyjdzie niedługo na wolność , obiecał mi wynieść moje pisanie i dać je ludziom. Sługom szatana jako znak że wiemy kim naprawdę są ; a ludziom , żeby dać świadectwo, że nie są sami, że ich cierpienie ma wielki , najwyższy sens, że kiedyś będziemy razem, że spotkamy się na uczcie , na zielonej łące u stóp warowni i pałacu Pana. Moja mama była nauczycielką . Moim pierwszym domem było maleńkie mieszkanko, pokoik i kuchnia w starej , z czasów Austro - Węgier , szkole w Borku Nowym. Niedaleko , w Borku Starym , w lesie , w głębokiej kotlinie stało sanktuarium Matki Boskiej od Zagubionych Dzieci. Zbierała ona dzieci porzucone , rozszarpane przez dzikie zwierzęta , zamarznięte na pustkowiach , i bawiła się z nimi na zalanej słońcem polanie . Moja wioska leżała w dolinie , ciągnącej się od Rzeszowa na południe , poprzez Białą , Tyczyn, Kielnarową , Błażową , Białkę , Leckę. Za Lecką kończyła się asfaltowa droga , dalej można było polnymi drogami i ścieżkami dojść na grzbiet działu wodnego , za którym zaczynała się kolejna dolina , i tak coraz wyżej , aż po bieszczadzkie szczyty , Tarnicę , Wołosate, Wielką i Małą Magurę. Z Tarnicy można było zobaczyć przy dobrej pogodzie skraj wielkiej węgierskiej równiny. Gdyby ją przejść , przeprawić się przez Dunaj i wspiąć się na krawędź Rodopów, można by zobaczyć mury Bizancjum. Wejścia do karpackich dolin zamieszkiwali Ukraińcy , Łemkowie i Bojkowie. Zorganizowali oni Ukraińską Powstańczą Armię , aby bronić cywilizacji i wiary przed rosjanami , polakami i żydami. Dlatego też zostali wymordowani przez polaków i rosjan. Na opustoszałym polu pod Rzeszowem mój ojciec kupił od polaków kawał ziemi i wybudował murowany wysoki dom . Piwnica na dwa metry nad gruntem , dwa piętra i wysoki szpiczasty , kryty blachą dach. Strych był miejscem zabaw, kryjówką; przez maleńkie okienka widać było cały Rzeszów , leżący trochę niżej , u wejścia rzeki Wisłok na nizinę . Do szkoły miałem dwa kilometry . Szło się przez wieś w dół, czterema różnymi trasami , dla odmiany. Przy jednej ze ścieżek rosły zdziczałe jabłonie , papierówki , najlepsze jeszcze niedojrzałe , ciemnozielone i wściekle kwaśne. Najdalsza z dróg prowadziła przez łąki na których od wczesnej wiosny aż po koniec lata , można było znaleźć dzikie pieczarki , takie białe kuliste, ogromne cudownie smaczne podsmażone na maśle. Szkoła była stara, z podłogą z grubych desek. Raz w tygodniu były oliwione ; połowa dzieci i niektórzy nauczyciele zaliczali wywrotki. Doprać tego oleju było niemożliwością. Ławki czteroosobowe, z pochylonym blatem , z dziurami na kałamarze. Pisało się zaostrzonymi gęsimi piórami , potem niemożliwie drapiącymi stalówkami w plastikowych rączkach. Długopis zobaczyłem w 1973 roku. Wkłady albo nie pisały albo wylewały się w najmniej spodziewanym momencie. Do kościoła katolickiego wędrowało się w przeciwnym kierunku , poprzez cztery wzgórza do Zalesia. Stała tam cerkiew grecko-katolicka , po wymordowaniu mieszkańców przez polaków zmieniona na kościół katolicki. Ogromna budowla , bizantyjska w każdym najdrobniejszym elemencie. Złoto, światło, cisza. Gdy pod Rzeszowem , w tej okolicy wybudowano dużo domów , to cerkiew była tak zatłoczona , że na mszach byłem na zewnątrz. Z innymi dziećmi siedzieliśmy na niewysokim murku otaczającym cerkiew , w cieniu starych dębów. Zimą były mrozy do minus trzydziestu stopniu Celsjusza i śnieg potrafił napadać na dwa metry wysoko. Do kościoła i do szkoły wędrowałem wąziuteńkimi tunelami , często nie widząc czy dobrze idę. Lata były ogromnie suche i upalne. Gdy stałem na szczycie wzgórza widziałem jak powietrze faluje, jak warstwy gorące i bardziej gorące przesuwają się i wędrują. W domu wieczorami chowałem się na parapecie za firankami i zasłoną , żeby móc obejrzeć film ?po dzienniku? , czyli po 20.00 . Później ojciec kupił mały rosyjski telewizorek przenośny z antenką. W swoim pokoju na piętrze do północy ( wtedy kończył się program w telewizji i pokazywano łopoczącą flagę i grano hymn ) oglądałem filmy z Chaplinem , Busterem Keatonem, Flipem i Flapem, Braćmi Marx , klasykę francuską z lat trzydziestych i czterdziestych , wczesnego Bergmana , angielskie jeszcze filmy Hitchcocka , Felliniego , coś z nowej fali . Czego chce Nowa Fala ? - miejsca po Starej, jak powiedział bezczelnie jeden z klasyków. Kurosawa , oczywiście . Komunistyczny sybaryta , Maciej Szczepański przemycał w telewizji obrazy z innego świata. Jestem mu wdzięczny. Komunizm wymyślili Żydzi żeby zagarnąć majątki bogatych ludzi. Gdyby sami zaczęli rabować , zostali by wyłapani i powywieszani , bo nie było ich dużo . Dlatego też napuścili biednych ludzi , żeby napadli na bogatych , zabili ich, zgwałcili im żony i córki . Obiecali im raj na ziemi . Sami żydzi mieli tylko administrować majątkiem zagarniętym bogatym , bo niby się na tym znali. Gdy biedni wymordowali bogatych , wówczas żydzi pozamykali ich w łagrach ,żeby pracowali aż do śmierci za darmo, gorzej niż niewolnicy w Rzymie. W Ameryce ludzie mieli broń , więc żydzi musieli pójść inną drogą. Zarabiali pieniądze szmacąc się jak tylko można najbardziej. Żyd Robert Zimmerman jako Bob Dylan najpierw zbuntował młodzież i wyciągnął od niej pieniądze ich rodziców. Potem przeszedł na chrześcijaństwo i wyciągnął pieniądze od chrześcijan , a potem ujawnił się jak Żyd i wyciągnął pieniądze od Żydów. Żydzi zaczęli robić z młodzieży mafiosów i prostytutki. Potem zaczęli wmawiać ludziom , że są źli , bo nie są mafiosami , prostytutkami , pedałami i lesbijkami. Rozszalała bestia zaczyna zjadać własny ogon , żydzi z Ameryki okradają żydów z Izraela. Święty naród ukraiński , żyjąc prosto z pracy na roli , bez pomocy filozofów , doszedł do prawdy : ?Bij Lachów ( sługusy anglików ) , Żydów i Bolszewików ( rosjan , komunistów, maoistów)?. Przed domem ojciec zasadził wiele drzew , czereśnię , wiśnie , jabłonie , orzechy . Dwa orzechy włoskie i czereśnia wyrosły bardzo szybko na ogromne wysokie drzewa. Mając kilkanaście lat wspinałem się aż na ostatnie , bardzo już miękkie konary. Na końcu działki mama urządziła gaj malinowy , wysoki na trzy ? trzy i pół metra. Późnym latem huczał tam chór miliona owadów. Zjadałem całymi garściami wielkie czerwone oszałamiająco słodkie owoce. Jesienią wzgórza nad Rzeszowem płoną złotem i czerwienią . Na znak , że śmierć jest też piękna . prawie tak jak życie. 4. Maniakalny kolekcjoner min Mój ulubiony film Bohater dnia Lepiej będzie mi Nienawidzę się Ostatni raz Biorę pigułki przed snem ( Myslovitz , pop-grupa ) Budzę się około trzeciej w nocy. Jest cicho, spokojnie. Ktoś zakaszle , pomruczy przez sen , szczęknie zasuwa wizjera. Jestem wypoczęty wyspany. Myślę o wielu sprawach. Bez emocji. Jest dobrze , wszystko idzie zgodnie z planem. Mam plan - jak zwykł mawiać Egon Olsen, bohater duńskiej serii o przygodach ?Gangu Olsena? . Mam jeszcze dużo czasu. Biznesmen przeczeka tu jeszcze parę dniu. Pierwszy transport może być najwcześniej we wtorek. Poleci w przestrzeń kosmiczny prom z moją przesyłką , moim głosem. Jak w kanadyjskim ?Cube?. Jesteś w pułapce bez wyjścia , ale raz na jakiś czas na moment otworzy się maleńkie okienko , przez które możesz wyrzucić coś na inna planetę , do innego czasu. Jest źle z pisaniem. Przeniosłem się na górne kojo , żeby pisać ukradkiem po 22-giej, do światła wpadającego z zewnątrz przez małe okienko pod sufitem celi. Skrobię gdzieś do 1-wszej w nocy, potem zapadam w krótki czarny letarg. Bliżej czwartej znowu zasypiam, ale to sen , nie-sen ; śnię na pół-jawie. Krążę po ogromnych ciemnych miastach , przemierzam wysokie wąskie klatki schodowe, wspinam się po drewnianych schodach. To wielkie czarne miasto , morze ciemnych starych wysokich kamienic, czasami tylko gdzieś w jednym okienku widać zapalone żółte światło. Załatwiam jakieś sprawy z dziwnie spokojnymi ludźmi. Albo jeżdżę po dziwnej pustej krainie , zawsze przed zmrokiem. Niekończąca się lekko pofałdowana wyżyna. Drogi bez samochodów. Rzadko samotny pusty dom na skrzyżowaniu dróg. Zły czarny las , srebrne tafle małych jezior. Jak zaprogramowany budzę się całkiem na trzeźwo za dziesięć szósta. Szykuję się do pobudki. Apel około 6.20 , śniadanie , a o równej ósmej rusza betoniara , czyli głośnik więziennego radiowęzła zawieszony nad wyjściem. Odpalamy szkiełko - telewizję albo DVD. Między 10 a 12 spacer. A to różnie , czasami na wielkiej przestrzeni z dwoma - trzema boiskami i bieżnią , a bywa że w betonowym kwadracie 8 na 8 metrów, otoczonym 3- metrowym murem i jeszcze drutem kolczastym. Ludzi przychodzą i odchodzą. Starzy i prawie dzieci , adwokaci i prości chłopi spod lasu . Na początku zawsze mnie drażnią, potem się z nimi dogaduję. Okazują się być tak na prawdę fajnymi , ciekawymi facetami. Wcześniej czy później dowiaduję się co zrobili i kim są. Ogromne góry nieszczęścia. Nie są tu za karę. Tu mają azyl , tu chronią się przed krzywdą którą wyrządzili tam za murem. Tu ich nie dopada nawet sumienie , zawsze zostaje w tamtym świecie. Gdy odchodzą albo mnie przerzucają do innej celi , na inny oddział albo wywożą gdzieś w Polskę, to zawsze żegnamy się serdecznie i szczerze. Ja wiem że oni o mnie zapominają po wyjściu na peronkę, i oni wiedzą, że ja ich zapominam. Tak jest dobrze. Mój Boże. Film w szkiełku o Sylwii w szklanym kloszu. Biedna Sylwia , zamordowana przez angolską kurwę. Skrobię zdanie po zdaniu , zerkam czasami. 5. Kiedy powrócisz już Ja będę czekał Ulicą pójdę wzdłuż Kupię gazetę Zabiorę z sobą psa Usiądę na ławce Skończę scenariusz By gotowy był ( Myslovitz , pop-grupa ) Mieszkałem w małym , sympatycznym domku pod miastem z żoną i dziewczynkami. Dostałem zarząd kont powierniczych; były to pieniądze dla których jeszcze nie można było znaleźć właścicieli , albo takie które mogły być wypłacone dopiero za jakiś czas. Trochę dla rozrywki prowadziłem dla różnych osób w Polsce upadłości konsumenckie , czyli legalne uwolnienie się od długów. Ludzie dzwonili z ogłoszeń w Rzeczpospolitej albo Gazecie Wyborczej na mój telefon komórkowy, ja wsiadałem w auto i jechałem coś pozałatwiać w sądach , za parę złotych. Był słoneczny lipcowy dzień , siedziałem w domu w swoim gabineciku; ciepłym , miodowym , meble były z jasnej sosny.; złociły się grzbieciki książek. Kubek z kawą , rozłożona gazeta. Dzwoni komórka . - Dzień dobry Panu , czy ja się dobrze dodzwoniłam ? to wychodzenie z długów ?. - Jak najbardziej , w czym ma Pani problem . - Mam długi , boje się co będzie dalej ?. Idealny klient. Kobieta. Mężczyźni się niczym nie przejmują , nikomu nic nie mówią. Gryzą sprawy w sobie , myślą o samobójstwie , chcą uciekać za granice. Za ostatni grosz kupią żonie perfumy, laleczki albo samochodziki dla dzieci , butelkę wina i w sobotni wieczór zjeżdżają do domu jako człowiek sukcesu, albo na najlepszej drodze do sukcesu. - Proszę Pani ? - przeszedłem prosto do rzeczy ? W jakiej skali ma Pani to zadłużenie , sto tysięcy , milion ? - Dwieście złotych ? moja rozmówczyni miała bardzo miły jasny , ale nie za bardzo wysoki głos. Wariatka , dowcipnisia ? Żart. - Proszę Pani , ja się zajmuje postępowaniami sądowymi , na większe kwoty , od ? dwudziestu tysięcy ? - Ale ja mam straszną sytuację , w mojej rodzinie jest problem alkoholowy? - Ale na dwieście złotych można zarobić zbierając złom albo puszki koło bloku? Dalej powiedziała , że mieszka w Mysłowicach , jest poetką , ma długi wobec Oriflame , bo sprzedawała ich kosmetyki jaki przedstawicielka , ale jej nie wyszło. Powiedziałem , że niedaleko , w Krakowie , mam klienta , zaglądnę przy okazji i do niej i kupię trochę towaru . Dwa dni później jechałem do Krakowa . Na obwodnicy Tarnowa , gdzieś na wysokości kościoła Św. Mikołaja , przypomniałem sobie o dziewczynie z Mysłowic , i że nie mam jej adresu. Miałem komórkę , zadzwoniłem. Mysłowice , to stamtąd jest ten zespół , Myslovitz. Parę miesięcy wcześniej , gdzieś około świąt Zmartwychwstania Pańskiego widziałem w telewizji , gdzieś późno w nocy występ Myslovitz , zarejestrowany 600 metrów pod ziemią w starek kopalni soli w Wieliczce. Niebiańskie dźwięki. Do dziś pamiętam kosmiczną wersje ?Margaret? . Z Rzeszowa do Mysłowic jedzie się drogą , oficjalnie ekspresową , A4. Miejscami przeciska się wąska strużką betonu przez wioski albo małe stare miasteczka. Rzeszów ( tu mieszka i pracuje Małgorzata Lisowicz , prokurator; żeby wydusić ze mnie łapówkę fikcyjnie rozmnożyła moje sprawy i puściła cynk na miasto ) ; Sędziszów ( motel, sex z Lui jeden raz ) , Ropczyce ( skorumpowana sędzia Romańska , sex z Lui wiele razy w motelu ) ; Dębica ( sex z Lui w motelu , ośrodku sportowym pod miastem i w samochodzie na dróżce przez las na południe , w góry ) ; Pilzno , Tarnów , Brzesko , Bochnia , Wieliczka , Kraków , obwodnica , autostrada ( Trzebinia , Chrzanów , Jaworzno ) , zjazd w prawo . Czterdzieści cztery restauracje przydrożne , zajazdy , bary . Sto czterdzieści cztery moje wyjazdy do Lui. Raz ciekawość. Dwa razy podniecenie. Czterdzieści cztery podróże do granic euforii. Dwadzieścia dwie podróże zmęczonego faceta w średnim wieku , szukającego paru chwil zapomnienia . Jedenaście dróg udręki. Reszty nie pamiętam , bo rozpacz zmąciła mi pamięć. 6. Nie wiem ile ty masz lat Chodzisz do pracy Czy na klatce palisz hasz Nie wiem ile ty masz lat Jedno wiem Nie podoba ci się ten plastikowy tlen ( T.Love , pop-grupa ) Gad znowu wlazł pod celę. Wącha. Szuka zioła. Mamy tu świeżaka z Krakowa . Trochę zbuntowany raper , trochę drobny diler , ogólnie debil. Nie przerywam pisania ; na brzegu koja leży wyraźnie zapisana kartka z jakimś zażaleniem bez znaczenia. I am Film in Space , jak śpiewał w Hair Klaudiusz Bukowski. Ja, Klaudiusz. I Clavdis . To nie mój brat. To folklorystyczna odmiana rosjanina i sługus anglików. Dobra psychodelia nie jest zła. ?Skowyt Ginsberga?, Vanilla Fudge , Janis Joplin , Jefferson Airplane , Jimi Hendrix , Charles Bukowski . Jak Mountain zagrali w 1970 na festiwalu rockowym w Kingston na Jamajce to ? mój Boże ? odlot. Odlot. Jack Nicholson i Suzan Strasberg , córka Helen z Actors Studio. Piękna, łagodna dziewczyna. Zmarła sześć czy siedem lat temu. Candice Bergen w Niebieskim Żołnierzu. Louis Malle. Gad nie znalazł zioła a ale i tak zabrał małolata do oddziałowego pod kratę. Miałem ostatnio okropne , koszmarne sny. Sen ma straszny. Potwornie ciężki , bolesny. Gdy z trudem wyrywam się z letargu mam ołowianą głowę i ołowiane serce. Dochodzę do siebie i wiem , że to ostatnie dni kiedy się jeszcze jakoś trzymam . Siła woli. Tryumf woli. Kochana , piękna Leni. Jak się cieszę na spotkanie z Tobą na uczcie , na wielkiej słonecznej łące pod murami pałacu Pana . Jestem w górskiej miejscowości , na wąziuteńkim skraweczku pomiędzy bezdenna przepaścią a stromą , prawie pionową ścianą czarnego lasu , całego skutego lodem. Gdzieś ogromnie wysoko białe szklane szczytów. Wiem że musze iść w górę. Boję się, wiem że poślizgnę się na lodzie i polecę w przepaść. Już czas ubrać ostatni skafander i opuścić mój kosmiczny statek. Potem przetnę linkę łączącą mnie ze statkiem. Odrzucę nóż w kierunku statku. Zamknę oczy na sekundę , może pół. Statek stanie się punkcikiem , jeszcze jedna małą gwiazdką. Potem już go nie odróżnię od miliona milionów takich samych punkcików. Przez czas jaki mi zostanie będę odliczał nieskończenie małe ułamki sekund. Będę i dzieckiem i starcem. Będę dzieckiem które idzie po tatę na budowę , ? Tatusiu, już czas na obiad ?, rozjechanym przez cofająca ciężarówkę ojca. I Królem Królów. Kobietą i mężczyzną. Zatańczę w słońcu i zejdę na dno piekieł. Rozbłysną setki obrazów . Zobaczę Lui po raz pierwszy , gdy otwiera mi drzwi . Przeżyję wszystko co było , co jest i co będzie. Stając się niczym wzrosnę do rozmiarów wszechświata. Zniknę bez śladu , stając się wszystkim co było , co jest i co będzie. I niech tak się stanie. Wyjechałem do Krakowa na biznesowe spotkanie około 8.30. Był czwartek , 22 albo 24 lipca. Dzień duszny , zamglony , ciężki. Na obwodnicy Tarnowa , już widząc z oddali kościół Św. Mikołaja na wzgórzu , przypomniałem sobie że nie zabrałem adresu do Lui. Pamiętałem tylko miejscowość , Mysłowice. W pamięci komórkowego telefonu został numer telefonu od Lui. Zadzwoniłem , była , podała adres raz jeszcze . Przyjechałem do Mysłowic około 16.30 ? 17.00, zaparkowałem kolo hipermarketu Real na katowickiej. Na Rymerę podjechałem taksówką. Po kilku latach Lui powiedziała , że widziała mnie jak wysiadałem z taksówki , i ze jej się od razu spodobałem ? w jasnej marynarce w kratę , w brązowych spodniach , brunatnym cienkim golfie. Drzwi na czwartym piętrze otworzył mi anioł. Była idealnie piękna , wysoka , kobieca , w długiej kolorowej sukni . Platynowe loki miała ułożone w staroświecki sposób , w stylu późnych lat 50-tych . Zaprosiła mnie do swojego maleńkiego pokoiku . Siedziałem na tapczanie ; gdy ona szukała kosmetyków Oriflame , ja przeglądałem jej tomik wierszy w szkarłatnej okładce. Dała mi go zaraz na wejściu , od razu wypisała dedykację. - Marzę proszę Pana , żeby moje wiersze były czytane , wszędzie. Może kiedyś dostane nagrodę Nike . Nike to jakieś popłuczyny , żałosne przeniesienie na polski grunt szacownej instytucji stworzonej przez Edmunda de Goncourt dla uczczenia nieodżałowanego , młodo zmarłego Juliusza. - ( nie dostaniesz grafomanko , jesteś idealnie piękna , ale twoje wierszyki to jakieś egzaltacje nastolatki ) ? pomyślałem trzeźwo. I zaraz myśl : chcę się z tobą kochać , tu i teraz. Zamówiłem telefonicznie dostawę piwa Redds ( jabłkowe , ulubiony słaby trunek Lui ). Potem wizyta w pubie ?777? na Chopina ( wielki francuski kompozytor , którego ojciec parę lat mieszkał w Polsce , w Warszawie ). Rozmawialiśmy o Mickiewiczu ( dziwny temat , ale w końcu była poetką ). Powiedziałem , że jestem zmęczony , że zostanę w Hotelu na noc. Poleciła mi Trojak ( cudowne kurki w śmietanie ! ) . Było już kolo 22.00 kiedy weszliśmy do pokoju. Wypiliśmy jeszcze po jednym piwie . Powiedziała , że musi iść , bo ojciec ja zabije. Zdziwiłem się , miała w końcu dwadzieścia lat i była poetką . Odwiozłem ją taksówką. Noc była idealnie przejrzysta , ciepła , kryształowa. Ani śladu porannego chłodu i mgły. Kolo taksówki znienacka pocałowała mnie. Najpierw do hotelu a rano do Rzeszowa wróciłem naelektryzowany, szczęśliwy i czekający. W najbliższą niedzielę zadzwoniłem do Lui , że będę jutro w okolicy. Umówiłem się z nią koło Reala o 17.00 ,. Miała mieć dla mnie więcej czasu. Poniedziałek był upalny , prawdziwie letni. Przyszła w jasnej , krótkiej sukience zapinanej od góry do dołu z przodu na wielkie drewniane guziki. Była zachwycająca. Pojechaliśmy do Mikołowa przez Katowice , a potem droga na Skoczów. Mówiła o świeżo ukończonych stadiach , Wojaczku , Instytucie , pracy w ośrodku kultury , o Myslovitz , jak jeździła z Rojkiem i Powagą do Katowic tramwajem ?14-tką? i autobusem ?77? ( ona uczyła się w szkole średniej , a Rojek z Powagą już studiowali , chociaż na różnych uczelniach ). Prowadziłem niedbale , patrzyłem na jej uda w rozchylonej sukience , czułem jak mój penis robi się mokry; z obawą patrzyłem na moje białe sportowe spodnie z Columbii , ale nie przemokły. Chodziliśmy po Rynku , obejrzeliśmy z zewnątrz siedzibę Instytutu Wojaczka , poszliśmy na sajgonki i fondue zbójnickie do restauracji ( wejście od rynku a okna wychodziły na kamienicę Instytutu ). Gruczoły Cowpera chodziły jak piła wysokoobrotowa. Kręciłem się na drewnianej ławie , a mój penis w całkiem oślizgłych majtkach , co pewien czas przyjemność niebezpiecznie zbliżała się do granicy orgazmu ; starałem się wtedy myśleć o czymś neutralnym , a nawet poważnym ; było to prawie niemożliwe , bo tak szczęśliwy człowiek nie może myśleć o czymś naprawdę poważnym . Wyjechaliśmy z powrotem kolo 21.00 ; po wyjeździe z miasta na drogę skoczowską delikatnie zapytałem do której ma czas. Powiedziała , że w pół do dwunastej musi być w domu. Zajechałem do motelu , był to wielki drewniany budynek w stylu górskiej willi , wnętrza obite boazerią . W pokoju było wielkie loże i kanapka. Ja usiadłem w fotelu , a Lui rozgościła się na kanapce w pozycji rzymskiej . Rozmawialiśmy o niczym . Lui powoli , centymetr za centymetrem podciągała sukienkę i rozchylała ją jak tylko można najbardziej. Penis wysechł. Byłem rozdygotany , zupełnie nie podniecony. Przemogłem się i podszedłem. Nie wiem co powiedziałem i co zrobiłem. Za chwilę leżała na łóżku , sukienkę miała rozpiętą , majtki leżały obok. Opuściłem spodnie i zesztywniałe majtki. Penis skurczył się , zmalał , jakby chciał się schować w moim brzuchu. Moje zwierzęce ciało mówiło : Nie , Nie , Nie. Demon w mojej głowie szydził , kusił , żądał. Ocierałem się o zaciśnięte wejście do pochwy. Przestałem. Zwaliłem wszystko na zdenerwowanie , przepracowanie itp. Wróciliśmy do Mysłowic . Na pytanie , czy się spotkamy Lui , jakby nieobecna , odpowiedziała niedbale : - ? Może ? kiedyś ?. Następne spotkanie z Lui przygotowałem bardzo starannie . Mieliśmy mieć dla siebie cały dzień i całą noc. Pojechaliśmy do hoteliku w zameczku myśliwskim koło Pszczyny ( niegdyś bywał tu , jeszcze jako następca tronu , Cesarz Wilhelm II ). Jedzie się tam z Mysłowic drogą ekspresowa S1 Cieszyn-Gdańsk , zwaną popularnie ?gierkówką? od nazwiska komunistycznego watażki , rosyjskiego namiestnika w Polsce , który kazał ja zbudować trzydzieści parę lat temu. Droga biegnie szeroką przecinką w sosnowym lesie. ( za tym lasem jest wioska : w 1945 roku , w zimie , rosjanie zgwałcili młodą kobietę , matkę czworga maleńkich dzieci , a potem , jeszcze żywą utopili w lodowatej studni ) . Holl i klatki schodowe w zameczku są ozdobione zdjęciami znanych osób które tu bywały (aktorzy , sportowcy , prezydenci jakichś marionetkowych państewek pod nadzorem anglo - amerykańskiego zionist occupation government-u). Spacer w parku i nad jeziorem ; wczesna kolacja ( cielęcina , grzyby , wytrawne wino ). Lui ubrana była ( nigdy już jej takiej nie widziałem ) w długą czarną spódnicę i elegancką białą bluzkę ze sznurem grubych czerwonych korali na szyi. Pokoik mieliśmy mały , na poddaszu (a i tak kosztował tyle , co minimalna pensją w Polsce w tym czasie ). Jakimś prawie nadludzkim wysiłkiem udało mi się doprowadzić penisa do takiego stanu , ze mogłem założyć prezerwatywie i wepchnąć go w trochę rozluźnioną Lui. Nadzy położyliśmy się do łóżka , ale wtedy Lui zamknęła się i noc upłynęła mi na zachwycie nad jej ciałem . Lui opowiadała o teatrze , że chciałaby być i zawodową poetką i aktorką. Wystąpiła raz w pół-amatorskim przedstawieniu w katowickim Korezie ( kilka miesięcy później byliśmy tam na kawie w teatralnej kawiarni ) . Mówiłem : - Potraktuj to jako zadanie aktorskie. Udawaj , ze mnie kochasz , ze mnie pożądasz. Mówiła ? Nie , nie potrafię. Nad ranem wysadziłem ją z auta w Mysłowicach na Krakowskiej , niedaleko granicznego mostu na Przemszy. Była już szarówka , trochę mgły. Już miała zatrzasnąć drzwi , kiedy niespodziewanie dla samego siebie powiedziałem : - Kocham Cię. Smutno na mnie popatrzyła i odeszła. Kilka spotkań w hotelach i motelach. Czekoladki , szampan. Ogromna dwuosobowa wanna w katowickim Campanille. Kiedyś , bliżej jesieni , w drodze do Mikołowa Lui wspomniała , że jej znajomi chcą wynająć mieszkanie na Bytomskiej za 350 złotych miesięcznie ( było to tylko troszeczkę więcej niż jedna doba w dobrym hotelu ). Powiedziałem , że poczta wyślę jej pieniądze i niech weźmie to mieszkanie dla nas. 7. Rafał Wojaczek urodził się w 1949 roku. Jego ojciec , nauczyciel gimnazjum otrzymał po wymordowanej niemieckiej rodzinie wspaniałe mieszkanie na drugim piętrze kamienicy , przy uliczce biegnącej z rynku na wschód , w dół ; w mieście Nicolai , przemianowanym przez Polaków na Mikołów , czterdzieści kilometrów na południowy zachód od Mysłowic. Uczniem był średnim , ale ciągnęła go w górę pozycja ojca. Zaczął pisać wiersze w manierze raczej klasycznej . W wieku osiemnastu lat coś mu się stało w głowę. Pił , rozrabiał , wdawał się w awantury. Wysłano go na studia do Wrocławia ( tak przemianowano wielkie niemieckie miasto Breslau , po wymordowaniu jego mieszkańców przez rosjan w maju 1945 roku ). Wojaczek wydał tomik wierszy ? seks i śmierć , w ostatnich wierszach było to tak właściwie jedno zjawisko. Jego specjalnością było wychodzenie z restauracji oknem wystawowym (szyby wtedy w Polsce były cieniusieńkie i kruche). Dostawał kilogramy leków psychiatrycznych , brał garść na chybił trafił i popijał szklanką wódki. Zdążył mieć dziecko z pielęgniarką , córkę; mieszka ona teraz koło Myszkowa i prowadzi bar dla truckerów. Trafił na toksyczny zestaw i się przekręcił. Na jego pogrzebie w Katowicach w 1972 roku było dziesięć tysięcy osób. Miałem wtedy siedem lat i mieszkałem daleko na wschodzie w podgórskiej dolinie. Wojaczek popadł w zapomnienie. Gdy zespół Myslovitz zaczął pół-amatorsko grać na Śląsku, wówczas o Wojaczku przypomniał sobie reżyser Lech Majewski . Wyszukał nikomu nie znanego poetę ( raczej wierszokletę-grafomana ) Krzysztofa Siwczyka z Gliwic, syna marynarza i nauczycielki francuskiego. Siwczyk po zdaniu matury wyprowadził się od matki i zamieszkał z dziewczyną. Kiedyś wrócił niespodziewanie i zastał miłość swojego życia z obcym facetem , nagich w łóżku. Przez dwa tygodnie nie jadł , pił wodę z kranu i pazurami zdzierał tynk ze ścian. Jak się uspokoił ? zaczął być poetą , co oznacza według definicji Edwarda Stachury , że ?żył jak poeta?. Na fali powrotu do Wojaczka drobny aferzysta z Mikołowa , nieudaczny filmowiec (absolwent łódzkiej ?Filmówki?, która nie wykształciła jednego porządnego reżysera, za to chlubi się żydowskim gwałcicielem-pedofilem Romanem Polańskim ) , nieudaczny pisarz i przedsiębiorca bez powodzenia Paweł Targiel namówił władze do sfinansowania w domu Wojaczka tak zwanego Instytutu Mikołowskiego im. Rafała Wojaczka, cudacznej instytucji zatrudniającej oczywiście Targiela i grupę dziwacznych osobników jako ? jedynych obecnie w świecie ? ?poetów na etacie? ( ostatni znany mi przypadek to Grand Ministeur de Weimar niejaki Goethe ). Siwczyk, groteskowy Maciej Melecki, ?cudo nawet wśród takich cudów? o pseudonimie Ryba i kilku jeszcze degeneratów. Często na orgie alkoholowe zjeżdżali weterani śląskiej sceny poetyckiej : Jan Marek Krzysztof Emmanuel Baczewski ( tak naprawdę Marek Kowalik ) z Zawiercia i Sławomir Matusz z Sosnowca ( pochodził z Jaworzna, ale ? jak sam mawiał ? został ?wypędzony z Miasta ? ). M.K.E.Baczewski to curiosum nieprawdopodobne wśród poetów ; ma mieszkanie , komputer , kartę kredytowa ? i nie ma większych długów. Z Matuszem łączy go zamiłowanie do bicia mniej wykształconej i mniej poetycznej żony. Baczewski stworzył oszałamiające niezwykłe dzieło, z którym może tylko równać się ?Skowyt? Ginsberga, czyli ?Hujstorię?. ?Hujstoria? to heroiczny poemat białym wierszem ? cywilizacja i kultura jako dzieło pedałów. Rzecz smakowita , dla koneserów. Rzadka inkrustacja wyższej kultury w nieheblowanej desce polskiej literatury. Opętane bractwo wydaje ( raczej nieregularnie ) ?pismo katastroficzne? pod miłym dla ucha i trochę zwodniczym tytule ?Arkadia?. Drukują oczywiście sami siebie ( rzadko , dla zmylenia czytelnika , coś ważnego i wartościowego ). Do Mikołowa jeździliśmy z Lui przez dwa lat przynajmniej raz na dwa tygodnie. Obowiązkowo fondue mięsne i sajgonki w ?Rajskim Ptaku ? albo ?pod Aniołem? w Rynku , potem parę drinków w okolicznych pubach i kulminacja wieczoru , czyli wizyta w Instytucie. Lui znali wszyscy doskonale , jako 17?latka dostała drugą nagrodę w konkursie poetyckim im. Wojaczka ( uczyła się w Technikum Łączności w Katowicach na Mickiewicza ) . Przez kilka następnych lat żyła z poetami w czymś w rodzaju komuny , a raczej dzikiej bandy ; razem imprezowali , głodowali , tłukli się po kątach jak australijskie króliki. Kiedyś przyjechaliśmy do Mikołowa około południa , Dużo za wcześnie na imprezę . Lui gdzieś polazła na miasto z jakąś znajomą. Ja postanowiłem poczekać w Instytucie. Na parterze, w klatce schodowej spotkałem Siwczyka, który znosił do piwnicy plastikową skrzynkę z pustymi butelkami po wódce. Jeszcze opływał w sławie gwiazdy filmowej, wydał grafomańskie ?Wiersze dla palących ?; z mamą , nauczycielką francuskiego fotografował się w kolorowej prasie dla pań. - Mistrzu ? ? zagadnąłem nieśmiało - Jestem szczęśliwy , że Cię spotkałem . - A ja nie bardzo ze spotkania z Panem ? odpowiedział sucho. Wtedy zupełnie go nie rozumiałem. Teraz trochę bardziej , ale też nie do końca. Spotkałem go jeszcze wiele razy. Ostatni raz w Tychach . Lui próbowała dziennikarstwa, pisała recenzję z wystawienia monodramu Siwczyka ( sam też grał ) w tyskim domu kultury. Bardzo, bardzo dalekie echo Ionesco ; może też coś z niedoszłego zięcia Joyce?a , Becketta. Matusz. Mieszkał samotnie w drewnianym domu na peryferiach. Przez internet poznał nauczycielkę gdzieś spod Olsztyna , siedemset kilometrów na północny wschód. Napisała że przyjedzie do niego na świętowanie Nowego Roku. Była okropnie ostra zima. Matusz sms-ami błagał mnie o parę złotych na węgiel , jedzenie i butelkę wódki. Expressowym przekazem wysłałem mu na główną pocztę w Sosnowcu pięćset złotych . Potęga miłości . potęga poezji. Dwa lata później byłem bezdomnym na dworcu w Katowicach . Matusz szedł w białym długim płaszczu i białym kapeluszu podziemnym przejściem z Placu Andrzeja na holl główny. Spojrzał na mnie badawczo , ale widocznie doszedł do wniosku , że to nie mogę być ja . Poszedł dalej. I to był ostatni żywy poeta , jakiego spotkałem w życi
Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 814  |  Dodano: 2009-12-17 10:52  |  Punkty od użytkowników: 4.05
Komentarze
Zobacz również
Saga Indyphara: Wojownik cz. 1
opowiadania 2017-06-25 14:00
Kapral Makoto, ratując nieznajomą, ściągnął na swoje barki los, z którym będzie musiał...
Na Pastwę Róż
poezja 2017-06-20 00:50
Tylko raz
poezja 2017-06-18 10:27
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com
EMigrating Landscapes
eMigrating Landscapes to interdyscyplinarny projekt, rodzaj naukowego laboratorium, działający w Londynie, na wydziale School of Slavonic and East European Studies University College London.
www.emigratinglandscapes.org/
W życiowej sieci
poezja | 2017-06-17 14:41
Angie22
Labirynt Myśli
poezja | 2017-06-17 12:04
DKW
Proch
poezja | 2017-06-13 09:41
JustynaL
pokaż wszystkie »